dwutygodnik internetowy
26.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Uniwersytet 50 lat po Marcu

Tak jak w 1968 roku, tak i teraz uniwersytet tworzą przede wszystkim studenci i studentki. Bez ich głosu na uczelniach nie będzie ani prawdziwej solidarności, ani prawdziwej autonomii.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Kampus Centralny UW jest przyprószony śniegiem. Na chodniku sporo lodu, trzeba uważać przy chodzeniu, żeby się nie poślizgnąć. Dziedziniec przed Starym BUW-em powoli zapełnia się ludźmi. Dzień jak co dzień? O tym, że to zdjęcie historyczne, świadczą sylwetki w charakterystycznych zimowych paltach. Dziś studenci przebiegaliby przez dziedziniec raczej w puchowych kurtkach. No i aut jak gdyby mniej – zdjęcie pochodzi w końcu z czasów, kiedy talon na samochód był rzadkim i pożądanym dobrem. Dziś sytuacja się odwróciła: o samochód łatwo, natomiast o miejsce parkingowe przy Krakowskim Przedmieściu – wręcz przeciwnie.

W samo południe

Czy ludzie uchwyceni na fotografii zdawali sobie sprawę, że za chwilę wydarzy się Historia? Coś przeczuwać musieli, w końcu na uniwersytecie już od kilku tygodni wrzało. Zdjęcie z afisza „Dziadów”, głośne zebranie Związku Literatów Polskich, wreszcie relegowanie z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera… O tym wszystkim musieli mówić i słuchać. Ale tego, że za kilkanaście minut na teren uczelni wtargnie „aktyw robotniczy” i rozpoczną się wydarzenia, które do historii przejdą jako „marcowe”, pewnie nikt się nie spodziewał.

Dziś, patrząc na te zdjęcia, widzimy głównie wielką Historię, która wydarzyła się później. Przemoc, niesprawiedliwość i obrzydliwą kampanię nienawiści, która doprowadziła do wygnania z Polski tysięcy Żydów. Ale wtedy, na kilka minut przed południem 8 marca 1968 roku, studentom organizującym wiec pod uniwersytecką biblioteką zależało przede wszystkim na zabraniu głosu w ważnej dla nich sprawie, a naturalnym miejscem dla tej debaty był uniwersytet, którego wszyscy byli częścią. Ich postulaty, choć dotyczące spraw ogólnopaństwowych, skierowane były przede wszystkim do społeczności uniwersyteckiej.

Dlatego, mimo że Marzec stał już się częścią narodowej martyrologii, jako jeden z „polskich miesięcy” wpisany w epopeję walki między narodem a komunistami, warto odłożyć na chwilę wielkie interpretacje i spojrzeć na Marzec ’68 jako swoiste miejsce pamięci Uniwersytetu Warszawskiego. Co analiza tego studenckiego buntu może nam dziś powiedzieć o współczesnych przestrzeniach debaty i partycypacji na UW? Jak scharakteryzować społeczność uniwersytecką 50 lat po Marcu? I czy w historii szukać możemy wzorców dla współczesnego zaangażowania?

Uniwersytet – przestrzeń debaty

Podstawą studenckich protestów w Marcu 1968 roku były dwa hasła: solidarność i autonomia. Miały wówczas szczególny, bardzo namacalny wymiar. Po pierwsze, oznaczały wstawienie się za kolegami relegowanymi bezprawnie z uczelni. Po drugie, były wyrazem sprzeciwu wobec naruszenia przez komunistyczne władze jednej z niewielu enklaw wolności, jaką była wówczas przestrzeń uniwersytecka. W 1968 te dwa hasła zapoczątkowały lawinę. Co znaczą dzisiaj?

Studenckie wiece, charakterystyczny element repertuaru marcowego protestu w wielu polskich miastach, dziś należą do rzadkości. Poza Uniwersytetem Zaangażowanym nikt raczej nie organizuje tego typu akcji na terenie uniwersyteckim. Dziedziniec przed Starym BUW-em jest współcześnie przestrzenią apolityczną. Jeśli już, miejscem debaty staje się teren przed bramą główną Kampusu Centralnego (wykorzystywany niestety również przez działaczy ONR), obszar na pograniczu przestrzeni publicznej i uniwersyteckiej. Ta zmiana oczywiście nie musi oznaczać, że studenci i studentki przestali interesować się polityką (to zjawisko dużo bardziej skomplikowane). Z pewnością jednak uniwersytet przestał być domyślnym miejscem wyrażania politycznych postulatów. Dzisiejszy studencki aktywizm bierze na sztandary inne hasła.

Czy stołówka jest polityczna?

W książce „Polski rok 1968” Jerzy Eisler przywołuje relację Anny Dodziuk z zebrania uczelnianej organizacji partyjnej, które odbyło się na dwa dni przed historycznym wiecem: „Normalnie na takie imprezy nikt nie chodził, ale wtedy Auditorium Maximum było wypełnione po brzegi. Spodziewałam się, że ciało profesorskie poprze stanowisko studentów w sprawie «Dziadów» i dwóch wyrzuconych i że to przekona władze. […] Za to pamiętam, jak po dramatycznym wystąpieniu jednego z «komandosów» – Olka Perskiego – o pogwałceniu zasad demokracji i samorządności uczelni wstała jakaś panienka z geologii czy biologii i zaczęła biadolić, że w salach wykładowych brakuje krzeseł, a stołówka nie wydaje posiłków dietetycznych. Głos Olka został bez żadnej odpowiedzi czy repliki, jakby go wcale nie było. Miałam poczucie kompletnego surrealizmu tej sytuacji”.

To ciekawe, że w tej relacji postulaty socjalne zostały przeciwstawione studenckiej samorządności i demokracji. Doświadczenia ostatnich protestów na UW pokazują, że współcześnie te dwie sprawy są ze sobą blisko powiązane. Nie bez przyczyny aktywiści i aktywistki Uniwersytetu Zaangażowanego wśród postulatów wymieniają studenckie stołówki razem z kwestią równego udziału w podejmowaniu najważniejszych decyzji dotyczących uczelni. Te – wydawałoby się – absolutnie podstawowe kwestie socjalne stają się kością niezgody w relacjach między studentami a rektoratem. Po pierwsze, neoliberalna transformacja lat 90., która przeorała również sposób myślenia o uniwersytecie, sprawiła, że te – dotychczas apolityczne – postulaty nabierają ogromnego ciężaru. Po drugie, zmieniło się otoczenie uniwersytetu. Dziś studenci i studentki mogą wyrażać swoje poglądy bez narażania się na relegowanie z uczelni, a przestrzeni tego typu debat jest wiele poza uniwersyteckimi murami.

Nastąpiło przewartościowanie postulatów studenckich protestów. Wspólnym mianownikiem, łączącym Marzec ’68 ze współczesnością, pozostaje jednak hasło solidarności. Potrzebujemy jej dziś tak samo jak 50 lat temu.

Juwenalia, nie debata

O nieodrobionej lekcji z lat 60. świadczyć mogą postawy oficjalnych organów reprezentujących studentów (dziś uczelniany samorząd, wówczas organizacja partyjna i ZMS). W obydwu przypadkach daleko im do kontestacji polityki uniwersyteckich władz. Podczas marcowego wiecu sprzed 50 lat działacze ZMS krzyczeli: „Dajcie się nam spokojnie uczyć!”, „Wichrzyciele z uczelni!”, „Prowokatorzy precz z uczelni!”. Oczywiście współczesne zachowania mają zupełnie inny kaliber, ale rozdźwięk między oficjalnymi reprezentantami a aktywistkami i buntownikami pozostał i skłania do refleksji. Samorząd studencki zajmuje się obecnie raczej juwenaliami niż organizacją poważnych debat o kształcie uniwersytetu. W sytuacji konfliktu na linii studenci–rektorat często wprost staje po stronie władz uczelni (jak na przykład w trakcie protestów przeciwko nowemu regulaminowi studiów).

Diagnoza jest smutna. Z jednej strony obserwować można bierność większości studiujących, dla których uniwersytet to wyłącznie miejsce otrzymania dyplomu, a nie wspólnota, za którą czują się odpowiedzialni. Z drugiej strony widoczny jest konformizm ich oficjalnych reprezentantów. Na marginesie studenckiej społeczności znajduje się natomiast mała grupa aktywistek i aktywistów kontestujących sytuację, ale bez większego wpływu na struktury i decyzje. Brak adekwatnej reprezentacji interesów studenckich rzuca się w oczy szczególnie w sytuacjach konfliktowych, na przykład wobec debat o kształcie nowej ustawy o szkolnictwie wyższym. Smutnym potwierdzeniem tej tezy był niewątpliwie atak, jaki na Monikę Helak, Piotra Drygasa i Aleksandra Temkina przypuścili przedstawiciele samorządu studentów na listopadowym posiedzeniu Senatu UW. Znów „wichrzyciele” niepotrzebnie jątrzyli, podczas gdy przedstawiciele oficjalnych organów studenckich milczeli lub zajmowali się dyscyplinowaniem zbyt aktywnych kolegów. Lekcje Marca nie są jak widać wcale tak odległe od teraźniejszych bolączek.

Autonomia studencka to autonomia uniwersytetu

Warto wrócić jeszcze do drugiego hasła wznoszonego przez protestujących w 1968 roku – obrony autonomii uniwersytetu. Pięćdziesiąt lat temu namacalnym dowodem jej pogwałcenia było wtargnięcie na Kampus Centralny oddziałów MO, które zaczęły bić rozchodzących się po zakończonym wiecu studentów. Autonomia miała wtedy szczególne znaczenie, ponieważ w ówczesnym systemie politycznym uczelnie wyższe stanowiły enklawy, gdzie można było powiedzieć i zrobić więcej. Marzec ’68 oznaczał dociskanie politycznej śruby i likwidację tych nielicznych namiastek wolności intelektualnej, nic więc dziwnego, że hasła obrony autonomii uniwersytetów znalazły szczególne miejsce w studenckich rezolucjach z tamtego czasu.

Dziś również wiele mówimy o autonomii, szczególnie w kontekście zmian, jakie ma wprowadzić Ustawa 2.0. Można jednak odnieść wrażenie, że prawo uczelni do samorządności i decydowania o swoich wewnętrznych sprawach jest we współczesnych debatach rozumiane bardzo wąsko. Autonomia w tym rozumieniu cały czas dotyczy quasi-feudalnej struktury, w której profesorowie decydują o przyszłości przy (w najlepszym wypadku) milczącej zgodzie studentek i studentów oraz reszty społeczności uniwersyteckiej. Jak pokazuje powyższy przykład konfliktu między przedstawicielami KKHP a rektorem Uniwersytetu Warszawskiego, w tej wizji uczelnianej niezależności brak miejsca na swobodną debatę, w jakiej każda osoba należąca do wspólnoty mogłaby zabrać głos na prawach równych z innymi.

Czego w tym kontekście uczyć nas może lekcja Marca ‘68? Największy w historii studencki protest z pewnością każe pamiętać, że uniwersytet tworzą przede wszystkim studentki i studenci. Dopiero wtedy, gdy będą oni jego pełnoprawną częścią, hasła solidarności i autonomii uniwersytetu zyskają rzeczywisty wymiar.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Przetrwamy wyłącznie jako uniwersytet

Grzegorczyk: Dostosowywanie działań uniwersytetów do doraźnej polityki jest szkodliwe!