dwutygodnik internetowy
27.02.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Grzegorczyk: Dostosowywanie działań uniwersytetów do doraźnej polityki jest szkodliwe!

Żadna opcja polityczna nie powinna móc w tak dalekim stopniu, jak ma to dziś miejsce, ingerować w niezależność świata nauki. Jeżeli przyznanie danego grantu uzależniane jest od tego, czy ktoś pochodzi z tego samego obozu, czy też, nie daj Boże, zajmuje się „jakimiś studiami gejowskimi lub lesbijskimi”, mówimy o ingerencji, która jest niedopuszczalna.

15502999_1398613283484521_1297141291_o

ilustr.: Zuzanna Wicha

HANNA FREJLAK: Jak określiłabyś najważniejsze problemy, z którymi obecnie borykają się polskie uniwersytety?

KAROLINA GRZEGORCZYK: Podstawą naszych rozpoznań jest przeświadczenie, że neoliberalny kierunek zmian w edukacji jest szkodliwy. Pierwszym niebezpiecznym efektem takiej polityki jest utowarowienie wiedzy. Nauka musi być autonomiczna i w tym sensie nigdy nie daje się wpisać w logikę rynkową. Drugim szkodliwym skutkiem neoliberalnej polityki jest stopniowe zmniejszanie autonomii poszczególnych uczelni na poziomie instytucjonalnym. Ścisła relacja zależności pomiędzy uczelniami a ministerstwem uniemożliwia oddolne podejmowanie decyzji czy trafne rozpoznawanie wewnętrznych problemów akademii. Ośrodki naukowe stają przed koniecznością dostosowania się do zestandaryzowanego, sparametryzowanego systemu ewaluacji. Cierpią na tym szczególnie mniejsze uczelnie.

W jaki jeszcze sposób rynkowe myślenie szkodzi nauce?

Logika rynkowa znajduje odzwierciedlenie nie tylko w kwestii proponowanych rozwiązań, ale i tempa ich wprowadzania. Zmiany często są stanowczo zbyt szybkie. Przeświadczenie o tym, że jedną decyzją ministra jesteśmy w stanie zreformować w poważny sposób szkolnictwo wyższe, jest zwyczajną mrzonką. Dostosowanie się do niektórych zmian jest niemożliwe w trybie krótkookresowym, przez co wprowadzanie ich w bardzo szybkim tempie, bez okresów przejściowych, jest samo w sobie zjawiskiem negatywnym. Chociażby dlatego, że skutki rekrutacji na studia danego rocznika rozciągają się dla uczelni na przestrzeni kilku lat.

Na czym polegają zmiany, które forsuje minister Gowin?

Przede wszystkim warto przyjrzeć się zmianom w algorytmie finansowania uczelni. Do tej pory było tak – im więcej studentów na danej uczelni, tym większa dotacja z ministerstwa. Czyli de facto obowiązywały mechanizmy, które promowały zjawisko umasowienia szkolnictwa wyższego. Teraz w trybie nagłym – zmiany weszły w życie już w styczniu, a ich propozycje zostały ogłoszone raptem kilka miesięcy wcześniej – zmienią się czynniki, które wpływają na wysokość otrzymanej dotacji i szczególnie istotny stanie się tak zwany „składnik studencki”.

Czyli?

„Idealna” proporcja między liczbą studentów i doktorantów a liczbą wykładowców zatrudnionych na danej uczelni. W świetle wprowadzonych zmian wynosi od jedenastu do trzynastu studentów przypadających na jednego prowadzącego. Teoretycznie ma to doprowadzić do sytuacji, w której grupy zajęciowe będą mniejsze, a przez to komfort pracy i możliwość przekazywania wiedzy większe – dążenie to można zresztą uznać za pozytywny element nowego algorytmu finansowania.

Ale co jeszcze oznaczają nowe regulacje? Dla największych uczelni, takich jak Uniwersytet Warszawski czy Jagielloński, właściwie nic się nie zmieni, ponieważ powyższa proporcja zachowana jest tam już teraz. Natomiast na mniejszych uczelniach nowe przepisy wymuszą redukcję liczby studentów. Zmiana ta nie jest możliwa do przeprowadzenia w trybie natychmiastowym, ponieważ – tak jak wspominałam – każda rekrutacja wyznacza uczelni mniej więcej trzyletni okres działania. Rozwiązanie nie sprowadza się jedynie do tego, aby w najbliższej rekrutacji przyjąć jak najmniej osób czy zrobić na tyle trudną sesję, by większość studentów odpadła. W świetle nowych zasad składnik studencki miałby być wyliczany na podstawie procentowego udziału poszczególnych uczelni w ogólnej liczbie osób studiujących w kraju. Czyli w momencie, w którym dana uczelnia zmniejsza liczbę swoich studentów, spada także jej ogólny udział we wskaźniku studenckim. Oznacza to redukcję dotacji, a w konsekwencji konieczność cięć kadrowych. Pogłębianie podziału na centrum i peryferia będzie dokonywać się na naszych oczach, w zgodzie z przepisami.

Po drugie, dofinansowanie kadry ma być uzależnione od jakości pracy poszczególnych prowadzących. Znowu: jak to ocenić? Istnieją wykładowcy, którzy wprawdzie nie mają publikacji w największych anglojęzycznych czasopismach naukowych, a mimo to odgrywają ważną i czynną rolę w życiu swojej uczelni.

Minister Gowin nigdy się nie krył ze swoimi sympatiami wobec uczelni prywatnych. Kolejną negatywną konsekwencją jego reform może być przejmowanie przez te ośrodki studentów, którzy w wyniku konieczności zmniejszenia limitu przyjęć wciąż będą szukali swojego miejsca w systemie kształcenia. Oprócz tych spośród uczelni niepublicznych, które ponoszą odpowiedzialność za jakość swojej oferty dydaktycznej, istnieje szereg szemranych instytucji, których funkcjonowanie umożliwia brak transparentnych reguł związanych z powstawaniem uczelni prywatnych. Podtrzymywanie iluzji, zgodnie z którą posiadanie wykształcenia wyższego stanowi bilet do lepszego życia, jest najzwyczajniej w świecie nieuczciwe i prowadzi do sytuacji, w których osoby, którym nie udało się dostać na studia na uniwersytecie, płacą za dyplomy marnej jakości.

W tym, co wy postrzegacie jako problem polskiej edukacji, minister Gowin widzi rozwiązanie. Z jego wypowiedzi wprost wynika, że to właśnie ściślejsze powiązanie nauki i rynku ma służyć awansowi polskiej nauki „do światowej ligi”. Jakie są skutki uboczne takiej polityki?

We wrześniu ubiegłego roku ogłoszono strategię rozwoju dla polskiej nauki i szkolnictwa wyższego, w ramach której minister Gowin zaproponował między innymi zmiany w algorytmie naliczania dotacji dla poszczególnych uczelni. Na poziomie deklaratywnym miałoby to wspierać jakość dydaktyczną, potencjał badawczy uczelni, a także ich umiędzynarodowienie. Hasłem przewodnim projektu był koniec umasowienia edukacji. Niestety, gdy przyjrzymy się potencjalnym konsekwencjom tej konkretnej propozycji, widać, że dąży ona do pogłębienia nierówności i podziałów społecznych. Metropolie będą przyciągały najzdolniejszych studentów, na czym ucierpią uczelnie w dawnych i obecnych miastach wojewódzkich. W efekcie nastąpi odpływ elit lokalnych do największych ośrodków, przy jednoczesnym pogrążeniu się mniejszych miejscowości w intelektualnym marazmie. Już za pół roku wraz z ogłoszeniem zapowiadanej „konstytucji dla nauki”, czyli nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, przekonamy się, na ile ziszczą się resortowe marzenia o stworzeniu systemowego wsparcia dla rodzimej ligi bluszczowej.

Dlaczego lokalne ośrodki są tak ważne i dlaczego nie możemy pozwolić na ich osłabienie?

Pomysł uczelni flagowych miałby dotyczyć takich ośrodków akademickich jak Warszawa, Kraków czy Poznań. Oznacza to, że wszyscy, którzy chcieliby kształcić się publicznie, migrowaliby do dużych miast. Jednocześnie brakuje propozycji, która potem sprzyjałaby ich powrotowi, i jakiejś formie animowania społeczności, z których się wywodzą. I tak, na przykład Uniwersytet Opolski wypada w ogólnokrajowych zestawieniach dużo gorzej niż UW. Jednak jako ośrodek akademicki jest on niezwykle istotny z perspektywy tworzenia lokalnych elit, kształcenia kadry urzędniczej czy po prostu ożywienia miasta, które siłą rzeczy nie ma tak bogatej oferty kulturalnej jak Warszawa. Proponowane reformy są pozorne – na większych uczelniach nie zmienią właściwie nic, natomiast zdławią mniejsze.

Umocnienie flagowych jednostek wydaje się dość intuicyjną odpowiedzią laika na panikę, która wynikła w związku z kiepską pozycją naszych uczelni w Rankingu Szanghajskim.

Liczby działają na wyobraźnię, a hasło, że jesteśmy gdzieś na szarym końcu, wydaje się groźne i niepokojące. Problem polega na tym, że w przypadku każdego rankingu trzeba sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, na jakich zasadach i przez kogo jest on tworzony. Rankingi dają ogląd tylko pewnego wycinka rzeczywistości. Nie pozwalają na całościową ocenę działania uniwersytetów. Jeśli chodzi o Ranking Szanghajski, polskie uczelnie zwyczajnie nie mają szansy na znalezienie się w jego pierwszej setce. Niezwykle istotne przy tworzeniu tego rankingu są parametry bibliometryczne. Mierzy się ilość cytowań w specjalistycznych czasopismach, które najczęściej są anglojęzyczne.

Umiędzynarodowienie oznacza zatem przynależność do określonego obszaru językowego. Ranking nie uwzględnia lokalnych uwarunkowań, różnic kulturowych czy językowych. Wzmacnia najsilniejszych graczy, którzy swoją elitarność zawdzięczają w dużym stopniu przynależności do urynkowionego systemu edukacji. Należy też pamiętać, że takie próby przełożenia nauki na konkretne liczby i parametry są szczególnie zawodne w kontekście nauk humanistycznych, które nie tak łatwo podlegają zestandaryzowanej ewaluacji.

Cały czas dotykamy kwestii związanych z ewaluacją. Rozumiem, że jako taka ewaluacja może sprzyjać utowarowieniu nauki i edukacji, co budzi sprzeciw Uniwersytetu Zaangażowanego czy Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. Jednak w sytuacji, w której mamy do rozdystrybuowania publiczne środki, musi istnieć jakiś algorytm, który pozwoli rozdać je sensownie, skutecznie i sprawiedliwie – cokolwiek przez to rozumiemy.

Nie polemizujemy z samą ideą dokonywania ewaluacji. Nie mamy jednak wątpliwości, że związane z nią mechanizmy doprowadzą do niekorzystnych zjawisk, które uderzą w autonomię i suwerenność uczelni. Wymogi stawiane jednostkom nie są zróżnicowane, nie uwzględniają podstawowych różnic między większymi a mniejszymi ośrodkami. Spróbujmy pomyśleć o tym w kategoriach równomiernego wysiłku. Jeśli mówimy o zmianie jakości kształcenia, to znajdźmy mechanizmy, które zmuszą również większe uczelnie, aby ją poprawić. Wydaje się, że w całej dyskusji o badaniu efektywności zapomnieliśmy zadać sobie podstawowe pytanie: co to jest uniwersytet, jakie pełni funkcje i czy chcemy, żeby się zmienił, a jeśli tak, to na jakich zasadach?

A co z dofinansowaniem kierunków humanistycznych i społecznych? Jak je docenić i wesprzeć inaczej niż poprzez system grantowy?

Nawet w obrębie neoliberalnego sposobu myślenia o weryfikacji rynku wiemy, że pewne dziedziny nauki nie poddają się jej tak łatwo. Wobec tego powinniśmy ewaluować je na zróżnicowanych zasadach. Natomiast nie ma cienia wątpliwości, że dziedziny te są istotne z wielu innych przyczyn. Bardzo dobrze byłoby stworzyć kategorię „innowacji społecznych”, które byłyby traktowane na równi z innowacjami w sensie technicznym.

Dlaczego nie granty?

Granty są konkursami. Aby uzyskać grant, trzeba podejść do konkursu, rozpisać swój projekt i wygrać. Jesienne kontrowersje wokół grantów przyznanych przez Ministerstwo pokazują, że nawet w konkursie, który zdawałoby się, że ma w ten czy inny sposób obiektywne kryteria, można faworyzować tych, którzy odpowiadają ministerialnej linii programowej. Cały czas mówimy o ministrze Gowinie, ale istotne jest to, że on po prostu wzmacnia pewną tendencję, charakterystyczną także dla poprzednich rządów. Żadna opcja polityczna nie powinna móc w tak dalekim stopniu, jak ma to dziś miejsce, ingerować w niezależność świata nauki. Jeżeli przyznanie danego grantu uzależniane jest od tego, czy ktoś pochodzi z tego samego obozu, uprawiającego określony model nauki, czy też, nie daj Boże, zajmuje się „jakimiś studiami gejowskimi lub lesbijskimi”, to można już mówić o ingerencji, która jest niedopuszczalna. System grantowy stwarza konieczność ubiegania się o zewnętrzne finansowanie badań. Do tego dochodzi niepewność związana z tym, czy owo dofinansowanie uda się zdobyć – tu po raz kolejny objawia się biznesowa logika, zgodnie z którą uda się niekoniecznie najlepszym, a najbardziej zaradnym. Powszechna grantoza, czyli wyścig o krótkotrwałe zastrzyki funduszy, służy zacieśnieniu zależności między jednostkami badawczymi a ministerstwem. Badacz lub badaczka uzależniona jest od dofinansowań, które z kolei zależą od tego, jak dobrze napisze się wniosek, jak skutecznie się go umotywuje. Swój pomysł trzeba „sprzedać”, sprawić, by był jak najbardziej atrakcyjny. Czas, który się na to poświęca, można by równie dobrze spożytkować na czynności bezpośrednio związane z pracą badawczą. Jak w ogóle możemy mówić o rozwoju czy wzbogacaniu szkolnictwa wyższego, gdy naukowcy zwyczajnie nie mają czasu na badania?

Czy aspekt finansowy zawsze musi być ideologiczny?

Teoretycznie oczywiście nie musi, ale szanse na dofinansowanie projektów badawczych czy czasopism bardziej odległych od głównej linii programowej rządzących stoją pod znakiem zapytania. W tym sensie ideologia i finanse łączą się ze sobą. Wydaje się, że dopiero krytyka, która dostrzegłaby wielość czynników wpływających na obecny kształt akademii, mogłaby rzeczywiście dążyć do jej uzdrowienia. Nie róbmy z nauki zaplecza do prowadzenia walk politycznych, lecz dążmy do podtrzymania jej potencjału badawczego. A ten musi być różnorodny.

Niemniej ministra czy minister nauki i szkolnictwa wyższego zawsze jest z jakiejś partii. Jak sprawić, by funkcjonowanie uniwersytetów w mniejszym stopniu uzależnione było od bieżącej polityki?

Dostosowywanie działań uniwersytetów do doraźnej polityki jest szkodliwe niezależnie od opcji politycznej reprezentowanej przez poszczególne ministry i ministrów. Reformy Barbary Kudryckiej, Leny Kolarskiej-Bobińskiej i Jarosława Gowina należą tak naprawdę do tego samego nurtu neoliberalnych przemian, które podporządkowują poszczególne dziedziny życia społecznego logice przedsiębiorstw, a w kontekście szkolnictwa wyższego promują zacieśnianie relacji pomiędzy edukacją a biznesem. Wspomniana synergia ma prowadzić do rozwoju innowacji rozumianych w kategoriach wyrobów i usług. Tymczasem osiąganie kolejnych wyznaczonych efektów kształcenia z perspektywy studenckiej przypomina coraz częściej zdobywanie umiejętności, które równie dobrze można nabyć podczas kursu czy szkolenia. Niestety ma to coraz mniej wspólnego z wiedzą stanowiącą wynik pracy intelektualnej. Znajdujemy się w paradoksalnej sytuacji, w której to rynek pracy dyktuje kierunki zdobywanej wiedzy – w świetle tej logiki, dopiero gdy wypełnimy narzucone przez niego kryteria, staniemy się pełnoprawnymi obywatelami, funkcjonalnie wykorzystującymi swój potencjał. Konieczność dopasowania się do odgórnie narzuconych wymogów usypia, uczy bierności i zwalnia z odpowiedzialności za postawę krytyczną. Dostosowujemy się zatem do obecnie panującego systemu, chociaż mamy coraz więcej namacalnych dowodów na to, że powinniśmy mu się sprzeciwić i zmienić go na lepszy, bardziej sprawiedliwy.

***

Karolina Grzegorczyk jest studentką kulturoznawstwa i filologii romańskiej na UW oraz działaczką inicjatywy Uniwersytet Zaangażowany. Współpracowała również z Komitetem Kryzysowym Humanistyki Polskiej.