dwutygodnik internetowy
04.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pismo, ciało, afekt. O „Miłości” Ignacego Karpowicza

Na najnowszą powieść Ignacego Karpowicza – ekscentryczną, tajemniczą, świetnie napisaną – po prostu trzeba zwrócić uwagę.

materiały prasowe

materiały prasowe

J.

Trochę to dziwne, że niektórzy postanowili uznać „Miłość” – ostatnią powieść Ignacego Karpowicza – za jedną z najlepszych książek minionego roku, zanim w ogóle oficjalnie ją wydano. Trudno bronić takich przedwczesnych ruchów mających na celu natychmiastową beatyfikację utworu; zawsze wiąże się to z niebezpieczeństwem, że tekst będzie rozpoznawalny nie ze względu na swoją wysoką jakość, ale z powodu działania marketingowej maszyny. Dotyczy to szczególnie utworów tak interesujących i tak ambitnych jak właśnie „Miłość”.

Najnowsza książka Karpowicza potwierdza, że jest on obecnie jednym z najkunsztowniejszych kompozytorów polskiej literatury. Tak jak i wiele innych jego tekstów, „Miłość” cechuje się bardzo skomplikowaną, ale niezachwianą strukturą, pozbawioną zarazem formalistycznego fetyszu – rozliczne imponujące zabiegi językowe czy narracyjne (o których niebawem powiem znacznie więcej) nie tworzą tu pięknej konstrukcji-wydmuszki, lecz znakomicie współgrają z bogatą intelektualną i emocjonalną tkanką utworu. Można powiedzieć, że kompozycja to zarówno szkielet, jak i życiodajny krwiobieg tekstowego ciała.

„Miłość” jest rozpisaną na głosy i ciała mozaikową opowieścią, której treściową dominantę stanowią silne, obezwładniające uczucia – korzystając ze współczesnego języka humanistyki, moglibyśmy je określić mianem afektów, to znaczy wyjątkowo intensywnych wrażeń wprawiających podmiot w gorączkowe drżenie. Miłość nie uznaje kompromisów i przedziera się przez układy społeczne czy polityczne, a także przekracza język, ośmieszając go i demaskując jako żałośnie niewystarczający, kiedy ten usiłuje dostarczyć możliwości opisu doznania. Porządek pisma – a skoro mowa o literaturze, to również porządek opowiadania – pod wpływem afektu traci swoją spójność, zmuszony jest dopuścić to, co niespodziewane, niesamowite; to, co bliskie jest raczej specyficznej logice snu. Mam tutaj na myśli zarówno kompozycję całej książki Karpowicza – zbudowanej poprzez zaburzenia, powtórzenia, przeniesienia – jak i poszczególne segmenty, w których bardzo często splatają się ze sobą motywy chorego ciała, miłości i pisma. By się o tym przekonać, spróbujmy pokrótce przyjrzeć się czterem narracyjnym warstwom składającym się na „Miłość”.

Pierwsza z nich, stanowiąca podstawową treść fragmentu zatytułowanego „Piękno” (kolejne to „Prawda” oraz „Dobro”, zatem razem te tytuły tworzą platońską triadę etyczno-estetyczną), jest wariacją na temat postaci Jarosława Iwaszkiewicza. Książkowy Jarosław, mieszkający wraz z żoną Anną w majątku Stokroć, usiłuje uporać się ze śmiercią swojego kochanka, Jakuba. Tymczasem brat Jakuba wraz z żoną przybywa do Stokroci i także nie jest obojętny pisarzowi…

Karpowicz prowadzi narrację z perspektywy Anny, która odczuwa świat w sposób silnie sensualny oraz – w pewnym sensie – mistyczny; jej duchowość została ukształtowana przez mieszankę religijnej ortodoksji, wierzeń ludowych i ezoteryki. Zmagająca się z chorobą psychiczną i przytłoczona skomplikowanymi relacjami małżeńskimi, Anna ucieka w światy duchów, dzieci i zwierząt. Traumatyczna konfrontacja z rzeczywistością okazuje się jednak nieunikniona i bolesne sekrety po kolei wychodzą na jaw. Przypomina to „wywoływanie zdjęć, z tą różnicą, że obraz, zamiast jaśnieć – ciemniał i dopiero ciemniejąc, uchylał skrawka tajemnicy” (s. 43).

Ostateczna ekspozycja tłumionych, podskórnych namiętności przychodzi wraz z niespodziewanym odnalezieniem „zwróconego z przeszłości” opowiadania, które Jarosław przed laty napisał dla Jakuba. Ta „futurystyczna błahostka” okaże się w planie powieści Karpowicza czasoprzestrzenną bramą, która uruchamia kolejną narrację. Nie jest to wszakże typowe rozwiązanie rodem z powieści szkatułkowej – historia przechodzącego zawał pisarza i jego partnera Zbyszka ma charakter autonomicznego utworu wmontowanego w całość, który być może jest futureską napisaną przez Jarosława, być może zaś tylko stoi z nią na jednej półce w Borgesowskiej Bibliotece Babel.

Ta stopniowo rozwijana przez całą książkę (i najciekawsza w niej) opowieść o okłamywaniu samego siebie i próbie pogodzenia się z własnymi uczuciami jest także w skali polskiej literatury zupełnie nowatorską, wyjątkowo cenną narracją o męskiej homoseksualności – narracją intymną i szczerą, a w warstwie językowej ascetyczną, ale nie chłodną. Karpowicz i w tym miejscu ukazuje przede wszystkim afekty, których siła sprawia, że ochronna skorupa, która pokrywa pragnące, pożądające ciało, wreszcie może pęknąć. To dzięki miłości pisarz może zrozumieć, że wszystko, co stworzył dotychczas, było tylko nieznaczącym szelestem języka. Miłość przestaje być dla niego literackim i społecznym konstruktem, zaczyna zaś nasycać jego istnienie, zatem także – jego twórczość.

W tej warstwie książki Karpowicza nie mamy jednak do czynienia z ekstatycznym peanem; to również opis zmagań z cierpiącym ciałem i sytuacją społeczno-polityczną, która bynajmniej nie sprzyja rozkwitowi homoseksualnej miłości: oto właśnie przyjęto Paragraf 22 (nawiązanie do powieści Josepha Hellera nie jest tu bynajmniej przypadkowe), czyli „tak zwany zakaz promocji homoseksualizmu, połączony ze wspieraniem chrześcijańskich wartości narodowo-rodzinnych. Ohydny dokument, pełen nieprawd, z krzywdami wielu ludzi wpisanymi w legislacyjny żargon. […] Hiacynty znowu zakwitną” (s. 125).

Ale to dopiero początek koszmaru. W części zatytułowanej „Prawda” dowiadujemy się, że w dystopijnej Polsce pod koniec XXI wieku (przedstawionej chyba w niezamierzenie groteskowy sposób) bycie osobą homoseksualną oznacza albo konieczność przejścia „dobrowolnie obowiązkowej” kuracji wyjaławiającej z jakichkolwiek uczuć, albo, w razie niezgody, śmierć w męczarniach. Oczywiście wiedza o tych praktykach pozostaje niejawna – dostęp do niej mają jedynie wysocy rangą urzędnicy. Informacje te udaje się jednak uzyskać niejakiej Albertynie Żalek, studentce, która otrzymuje od swojego opiekuna naukowego zadanie polegające na przygotowaniu referatu o pisarzu Januszu Sumie (vel Januszu Karasiu). Szybko staje się jasne, że oficjalny wizerunek autora, mającego sumiennie pracować na rzecz politycznej propagandy, nie ma nic wspólnego z prawdą o jego życiu i twórczości.

Z tym fragmentem powieści Karpowicza mam największy problem. Autor daje tutaj wyraz swojego głębokiego przerażenia rządami Prawa i Sprawiedliwości – w „Miłości” partia ta nosi nazwę „Prawo i Swoboda” – i tworzy osobliwą wizję autorytarnego ustroju jednocześnie teo- i technokratycznego. Nie ma mowy o żadnych swobodach obywatelskich, wszelkie produkty są marnej jakości ersatzami, język zaś przekształca się w nowomowę, niestety kuriozalną i wprowadzaną dość niezbornie – by wymienić tutaj tylko jaTel zamiast iPhone’a i kilkołyk zamiast szklanki. Wizja Karpowicza jest nachalna, irytująca, raczej banalna, niemniej w „Prawdzie” dzieje się także wiele rzeczy, na które warto zwrócić uwagę. To tutaj przede wszystkim dochodzi do kilku fenomenalnych posunięć narracyjnych, sprawiających, że „Miłość” to jedna z najbardziej zaawansowanych kompozycyjnie powieści ostatnich lat.

Okazuje się bowiem, że Janusz Sum vel Karaś jest autorem przemówienia, które rozpoczyna się od słów przywoływanych w jednym z poprzednich rozdziałów „Miłości”; że w jednej z jego powieści mowa o zaręczynach Jerzego i Jarosława; że jego inne teksty bardzo łatwo można zidentyfikować z realnie istniejącymi powieściami samego Karpowicza (Sum-Karaś-KARPowicz?). Zresztą tak książka, którą mamy w rękach, jak i powieści Suma/Karasia zadedykowane są komuś, kogo imię rozpoczyna się na literę „J”.

Jakby jeszcze tego było mało, na zakończenie całej książki Karpowicz funduje nam… baśń. Jest ona zamieszczona w segmencie o tytule „Dobro” – to, rzecz jasna, tytuł jednego z tekstów Suma/Karasia. Balansując nieustannie na granicy między wyrafinowaniem a mało już subtelną pretensjonalnością, autor opowiada nasyconą symbolami historię tyleż o sile miłości, co o magicznej roli opowieści:

Ty też odrodzisz się w jakiejś historii i w jakimś ciele (s. 261).

Przyjacielu, przejdź na tamtą stronę opowieści i poczekaj na mnie. Tam będziesz szczęśliwy (s. 274).

Przez fantazmatyczne światy podróżuje się w „Miłości” właśnie dzięki mowie, jednak jest to mowa wypływająca ze wszystkich członków chorującego i kochającego ciała. Pisać to dawać przestrzeń dla miłości, to znajdować możliwość komunikacji z tym, co minione, i z tym, co dopiero nadejdzie. Pisać to wytwarzać żywotne, wibrujące archiwum afektów – rejestrujące czy uwieczniające, ale nie uśmiercające.

W tym kontekście zadanie Karpowicza oraz jego bohaterów jest szczególnie trudne: dać wyraz miłości, o której wciąż należy mówić przyciszonym głosem, a z jej afektywnymi oznakami najlepiej się nie afiszować. Sygnowane językiem spotkanie ciał i umysłów przekracza w tym utworze opresyjne miejsca i czasy, dając nadzieję na wspólne, ostateczne Przejście ku wiecznemu szczęściu.

***

Ignacy Karpowicz, Miłość, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2017.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także inne teksty Antoniego Zająca:

„Najmilszy, najdroższy, najobrzydliwszy!” Listy Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego

Przedmioty i ich ludzie? „Nakarmić kamień” Bronki Nowickiej

Reportaż jako gest etyczny – „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza