dwutygodnik internetowy
10.04.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Najmilszy, najdroższy, najobrzydliwszy!” Listy Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego

Listy Iwaszkiewicza to dokument tęsknoty pisany ciałem. To również świadectwo ogromnej ceny, którą musiał zapłacić pisarz, próbując wypełnić przykazanie miłości.

materiały prasowe

materiały prasowe

Niosą nas różne wątpliwości,

zdania bez interpunkcji, ścieżki

wydreptane okruchami ciasta.

Są wypukłe i śliskie. Gdy dotykam –

pękają.

Pęka mi skóra na plecach. Czytam

i nie śpię.

Tomasz Pułka, „Paralaksa w weekend II”

Lektura niedawno wydanego zbioru listów Jarosława Iwaszkiewicza do jego kochanka, Jerzego Błeszyńskiego, wymaga refleksji nad tym, w jaki sposób obcować można z nieobecnością i milczeniem. Nie możemy bowiem usłyszeć głosu Jerzego Błeszyńskiego, nie możemy śledzić jego losów w taki sposób, w jaki on sam chciałby o nich opowiedzieć – jego listy do Iwaszkiewicza nie zachowały się. Zbiór zatytułowany „Wszystko jak chcesz” naznaczony jest bolesnym brakiem, który towarzyszył także samemu pisarzowi, jako że bardzo niewiele z jego pisanych niemal codziennie listów doczekało się odpowiedzi. Dlatego też możemy tę korespondencję traktować jako dojmujący zapis zmagań autora z obezwładniającą, obsesyjną miłością, ale również z otchłannym lękiem przed samotnością.

Iwaszkiewicz poznaje Błeszyńskiego w roku 1953, kiedy dwudziestojednoletni wówczas chłopak wraz z grupą koleżanek odwiedza pisarza w Stawisku, chcąc zaprosić go na organizowaną przez nich konferencję. Tu bierze swój początek wielka fascynacja, która przerodzi się niebawem w sześcioletnią miłość, będącą chyba jedyną prawdziwą treścią tego okresu życia wybitnego autora. Jest to uczucie wpisane w nadzwyczaj skomplikowaną sieć międzyludzkich zależności i uzależnień – Iwaszkiewicz jest głową wielopokoleniowej rodziny, zaś Błeszyński oprócz żony, z którą wkrótce się rozwiedzie, pozostaje także w namiętnych relacjach z kilkoma kochankami. Ich uczucie musi być zatem ukrywane, kryptonimowane, lecz staje się widoczne właśnie przez to, jak desperacko mężczyźni próbują je zataić. O ile jednak dla Iwaszkiewicza relacja ta jest w istocie najważniejsza i całkowicie odmienia jego życie, o tyle nastawienie Błeszyńskiego pozostaje dużo bardziej skomplikowane i zagadkowe.

Świadomość, że Iwaszkiewicz nigdy nie będzie mógł z najbliższą sobie osobą wejść w stabilny i wyłączny związek, wpędza pisarza w lęk prowadzący do obsesji. Autor w każdej chwili obawia się, że może zostać przez kochanka skompromitowany, wyśmiany, a nade wszystko – na zawsze opuszczony.

W tej nieprzewidywalnej relacji stałe jest tylko przeczucie zbliżającego się kryzysu, który wyniknąć może z zaledwie jednego słowa lub gestu. Stąd też tyle napięcia i niepokoju w listach, które stanowią zapis sprzecznych emocji. Poruszające, przepełnione bezgraniczną miłością fragmenty sąsiadują tutaj z obszernymi passusami, w których Iwaszkiewicz pisze o Błeszyńskim jako o człowieku „wrednym, pachnącym babami, obcym, złym, niedostępnym i obłudnym”. Pisarz z przerażeniem odkrywa kolejne kłamstwa i zdrady kochanka, zdając sobie raz po raz sprawę z tego, jak niewspółmierne są ich światy i sposoby postrzegania rzeczywistości. „Zupełnie nie rozumiem Twojego stosunku do mnie […]. O co chodzi? Czego ode mnie potrzebujesz? Męczę się piekielnie” – czytamy w jednym z niedatowanych listów. Błeszyński zachowuje się sprzecznie, przez co wydaje się nieuchwytny, płynny, nieprzenikniony. Jego działania wprowadzają w życie Iwaszkiewicza chaos, przynoszą cudowne, ożywcze wytrącenie z marazmu, lecz wiążą się także z destrukcją i unieważnieniem wszelkich dotychczasowych porządków. Chcąc wypełnić trudne przykazanie miłości, pisarz musi ryzykować upokorzeniem i balansować na granicy między „zdrowym rozsądkiem” a szaleństwem. To ogromna cena, którą trzeba zapłacić za szczęście niemożliwe do osiągnięcia poprzez żaden inny akt niż akt miłosny. Co więcej, jest to szczęście nigdy nierealizujące się w pełni, obecne jedynie w ułamkach sekund, między jednym a drugim zamknięciem powieki.

Chyba to także dlatego Iwaszkiewicz pisze te listy – by zatrzymać się i ponownie spojrzeć na wszystkie zdarzenia dziejące się w tak zawrotnym tempie: „mijają widziadła i słowa, i szybko, szybko kręci się świat, wszystko wygląda jak z satelity”. Nie mamy tu jednak do czynienia z niespieszną, stoicką kontemplacją, lecz raczej z gorączkową próbą porządkowania zawikłanej rzeczywistości, wypatrzenia jakichś konturów w bezładzie jej nurtu: pięknego, choć jednocześnie tak ciemnego.

Inną możliwość takiej konfrontacji daje literatura, w której siłę Iwaszkiewicz niewątpliwie wierzy. Relacja z Błeszyńskim znajduje odbicie w dużej grupie utworów pochodzących z lat 50.; dotyczy to chociażby polemicznego wobec „Upadku” Alberta Camusa „Wzlotu” czy też „Wesela Pana Balzaca” (jest to dramat w znacznej części skomponowany z powiedzeń charakterystycznych dla pary kochanków, a postaci obdarzone zostały ich cechami charakteru). Granica między życiem i tekstem zdaje się nadzwyczaj cienka, o ile w ogóle istnieje. Z tej perspektywy korespondencja Iwaszkiewicza z Błeszyńskim ma po części charakter literacki albo, mówiąc nieco inaczej, jest rejestracją, w której życie bezpośrednio przepływa w tekst, ale również na odwrót. Przykładowo pochodzące z września 1958 roku listy, które roboczo nazwać można „rozliczeniowymi” lub „konfrontacyjnymi”, są ponumerowane i układają się w dokładnie zaplanowany (quasi-literacki?) cykl. Uwagę zwraca także wczesny list składający się z kilku bajkowych, mitologizujących Błeszyńskiego wizji.

Te życioteksty są dokumentami obezwładniającej tęsknoty – także za tym, co nigdy nie zaistniało i pozostaje wyłącznie w sferze pragnień, przez co mamy również do czynienia ze świadectwem głęboko melancholijnym. Jest to tęsknota wręcz namacalna, odczuwana cieleśnie, dlatego też tak blisko ciała przez Iwaszkiewicza w listach rozpisywana. Mowa tu o rozdzieranym przez pożądanie ciele, które w każdej chwili może obrócić się w popiół. Jego niesamowita paradoksalna kruchość oddana jest najpiękniej chyba w listach pisanych już po śmierci Błeszyńskiego, który umiera na oczach pisarza po kilkuletnich zmaganiach z gruźlicą. Iwaszkiewicz nie używa tu słowa „śmierć”, kryptonimując je konsekwentnie jako „podróż do Surabaji”. Indonezyjskie miasto (miejsce pobytu brata Błeszyńskiego) symbolizuje wieczne szczęście i rajską beztroskę, której nikt nigdy nie położy kresu. Autor nie mówi także o trumnie, ale o „kuferku” albo „śmiesznej drewnianej skrzynce”.

Dla pisarza jest to czas gorzkiej rekapitulacji sześciu lat spędzonych z kochankiem lub w tęsknocie za nim. Iwaszkiewicz podejmuje śledztwo mające na celu rekonstrukcję – przesadzam tylko w niewielkim stopniu – każdej minuty życia Błeszyńskiego. Spotyka się z jego żoną, przyjaciółmi i partnerkami, nieustannie chcąc pojąć, kim właściwie był ten, którego nazywa Wszystkim.

W jednym z listów Iwaszkiewicz zauważa, że „całe życie trzeba zawsze zestawiać, składać z kawałków, zszywać z gałganików, zbierać ze słówek”. Listy ze zbioru są właśnie takimi kolekcjami. Składają się na archiwum tego, co wypowiedziane, i tego, co pozostaje tylko w niemal całkowicie opierającej się językowi sferze pragnień. Gromadzone są niemożliwe do zrealizowania scenariusze wspólnego życia i warianty zdarzeń, które nie mogły mieć miejsca. W tym archiwum na równych prawach występują wielostronicowe, bardzo drobiazgowe analizy zdrad i histeryczne wybuchy emocji.

Działanie pisarza-archiwisty wiąże się z nadzieją na upamiętnienie zdarzeń i miejsc, które naznaczyła obecność ukochanej osoby. To pragnienie, by najpiękniejsze z ciał mogło zostać zapisane słowami. Pisze o tym Iwaszkiewicz w wierszu z cyklu „Droga”:

Chodzi tylko o trochę wiosennego wiatru,

Żeby włosy rozrzucił na twoim czole,

I żebym, kiedy już te dni się zatrą,

Zapamiętał twą dłoń na stole.

Z listów Iwaszkiewicza do Błeszyńskiego wyłania się portret człowieka żyjącego wobec ciągłych sprzeczności, nieustannie rozdzieranego przez lęk, ale i przez klaustrofobiczne miłosne uczucie, które nie pozostawia miejsca na oddech. To ogromne rozedrganie sprawia, że mamy do czynienia z wyjątkowo dojmującą spowiedzią człowieka balansującego na granicy otchłani, która wraz ze śmiercią kochanka okazuje się nadzwyczaj bliska. Iwaszkiewicz pisze: „Całuję Twoje usta, o ile jeszcze istnieją”. O ile to, co najbardziej żywe, nie stało się nicością – nie zginęło na zawsze w otchłani Surabaji.

Jarosław Iwaszkiewicz, „Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego”, opracowanie i wstęp Anna Król, Wilk & Król, Warszawa 2017

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.