fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Bezzębność, fun i przemilczenia. Raz jeszcze o „Barbie”

„«Nasze» tematy są smutne i męczące. A potrzeba nam funu”. „Może inna krytyka kapitalizmu nie jest możliwa. Na razie”. „Aby taki film był opłacalny dla marki, musi budować mit i przemilczać problemy”. Redaktorki i redaktor Kontaktu wracają do głośnego filmu „Barbie”.
Bezzębność, fun i przemilczenia. Raz jeszcze o „Barbie”
ilustr.: Katarzyna Pustoła

Maria Rościszewska

Krytyka pozbawiona zębów, ale niekoniecznie sensu

To zawsze interesujące, gdy kino wywołuje silne emocje i wpływa na debatę publiczną. Tak właśnie było w przypadku filmu ,,Barbie” wyreżyserowanego przez Gretę Gerwig. Tylko w Polsce w tydzień sprzedano milion biletów na ten film w kinach, widzieliśmy też wszyscy memy o Barbenheimerze i zdjęcia widzów specjalnie ubranych na seans w kolor różowy. Film, tak bardzo popularny, był dla krytyków i krytyczek pretekstem do napisania recenzji, w których zaprezentowane zostały skrajnie różne stanowiska i uczucia: od zachwytu po złość i pogardę.

Krytyczki zazwyczaj spierały się o to, czy film ,,Barbie” można nazwać feministycznym. Z jednej strony mamy tu przecież krytykę naiwnego, kiedyś-feministycznego światopoglądu, zgodnie z którym jako kobiety możemy być, kimkolwiek tylko zechcemy (ale tak długo, jak tylko jesteśmy szczupłe i kobiece) – a taka była w końcu idea stojąca za pomysłem na lalkę Barbie. Perspektywa ta uznana jest właśnie za naiwną, a jej krytyka najwyraźniej widoczna jest w (dość tendencyjnym i niezbyt finezyjnym) monologu Glorii (granej przez Americę Ferrerę): ,,Bycie kobietą jest po prostu niemożliwe. (…) Mamy być chude, ale nie za chude, i nie wolno mówić, że chce się być chudą, trzeba mówić, że chce się być zdrową, ale przy tym być chudą. (…) Musisz kochać swoje dzieci, ale na litość boską, nie gadać o nich przez cały czas. Masz robić karierę, ale nie możesz przestać się troszczyć o wszystkich wokół”. Ciekawą do zanalizowania z perspektywy feministycznej jest też sytuacja Kenów w Barbielandzie – można mieć wrażenie, że pod koniec filmu, gdy Kenowie negocjują warunki funkcjonowania sądów, wyśmiana zostaje perspektywa, według której sprawiedliwość zapanuje wtedy, gdy kobiety i mężczyźni po prostu zamienią się miejscami. Rolą feminizmu byłoby więc wypracowanie nowych struktur, w ramach których podział byłby bardziej adekwatny.

Z drugiej strony jednak wiele krytyczek ma wątpliwości, czy możemy nazwać ,,Barbie” filmem feministycznym. Problemem przede wszystkim jest to, że producentem jest firma Mattel – odpowiedzialna za stworzenie lalki, która, jak zauważa między innymi Aleksandra Kumala w ,,Krytyce Politycznej”, miała silny wpływ na postrzeganie własnego ciała u małych dziewczynek. Jak pewnie też wszyscy doskonale wiemy, korporacja zarobiła setki milionów na samym filmie, a przecież kampania reklamowa wpłynęła również na sprzedaż jej zabawek – plastikowych i produkowanych, jak zauważa Agnieszka Jakimiak w ,,Dwutygodniku”, w Chinach przez osoby pracujące po 11 godzin dziennie za śmieszne pieniądze. Film, który z założenia miał krytykować tani popfeminizm lalki Barbie, w znaczący sposób podniósł zyski z jej sprzedaży. Dlatego też Agnieszka Graff w ,,OKO.press” z żalem zauważa, że ,,nie mamy do czynienia z autorskim dziełem feministki Grety Gerwig, która posłużyła się figurą Barbie, by skrytykować patriarchat, ale ze świetnie zarządzaną franczyzą, w której Gerwig zgodziła się odegrać rolę reżyserki”. Jakimiak i Graff, chociaż doceniają niektóre aspekty krytyczne filmu – jak na przykład trafną krytykę stereotypów płciowych – wyraźnie zaznaczają, że mamy do czynienia z sytuacją, gdy ,,współczesny kapitalizm pożera ze smakiem wszystko, łącznie z krytyką kapitalizmu”. Mechanizm jest analogiczny do tego opisywanego przez Michała Ochnika w tekście „Kultura hurt–detal” z 52. numeru papierowego Magazynu Kontakt pod tytułem ,,Powtórka z rozrywki” – tam autor bloga „Mistycyzm popkulturowy” analizuje serial ,,Black Mirror”, w którym przedstawiona została krytyka Netfliksa (na której sama platforma streamingowa oczywiście bardzo dobrze zarabia).

Wydaje się więc, że krytyka przedstawiona w filmie ,,Barbie” Grety Gerwig staje się niegroźna i pozbawiona zębów, które rzeczywiście mogłyby ugryźć męski kapitalistyczny pośladek. Jest to perspektywa dość przerażająca, bo pokazuje, że niemożliwa jest krytyka kapitalizmu poza jego obrębem i nie na jego zasadach. Widzę dwa możliwe sposoby odpowiedzi na ten problem. Pierwszą receptą na ten strach i smutek może być inna próba spojrzenia na ,,Barbie” – przedstawiona we wspomnianym tekście Kumali w ,,Krytyce Politycznej” oraz w eseju Agaty Czarnackiej w ,,OKO.press”. Pierwsza autorka stwierdza, że ,,nawet, jeśli blockbusterowa, idealnie trafiająca w swój czas opowieść o emancypacji i samoakceptacji sprawi, że firmie Mattel ponownie skoczą słupki sprzedaży, najnowsze dzieło Grety Gerwig ma szansę przysłużyć się czemuś więcej, niż tylko ślepemu konsumpcjonizmowi”. Kumala uważa, że ,,Barbie” potrafi połączyć krytyczne myślenie z frajdą i zabawą, korzystając z estetyki kampu i inspiracji feministycznych. Mnie ta analiza nie bardzo przekonuje, ale zostawiam ją dla tych, którzy szukają pocieszenia. Czarnacka stwierdza zaś, że ,,Barbie” jest krytyką kapitalizmu, ale krytyką przewrotną – ,,nie traktuje go ironicznie, nie tworzy na niego satyry, ale dyskretnie podpowiada drogę wyjścia”. Używając mechanizmu Heglowskiej dialektyki, autorka zauważa, że ,,Barbie” proponuje nie proste przeciwstawienie antytezy tezie, lecz ,,syntezę-antidotum w postaci porzucenia definiujących nas kategorii, osobistego rozwoju i przyjaźni”. Według Czarnackiej Barbie wyzwala się z ograniczających ją określeń i nawiązuje prawdziwe przyjaźnie (w przeciwieństwie do tych nie–do–końca–prawdziwych relacji z Barbielandu), nadając w ten sposób samej sobie swobodę i wolność.

Drugi sposób odpowiedzi na ten problem jest bardzo prosty – i przedstawiony już w samym filmie. Zauważcie, że pierwszą rzeczą, która wyzwala – czy może raczej ,,wytrąca” – Barbie z jej plastikowego życia, jest myśl o śmierci i depresji, co pokazuje scena z imprezy w Barbielandzie. Może więc tak, jak Barbie uznała wypierane do tej pory przez nią i przez jej świat myśli o śmierci i nieperfekcyjności, my musimy uznać, że inna krytyka kapitalizmu nie jest możliwa. Przynajmniej na razie. Nie utożsamiajmy tylko uznania z pogodzeniem się z tym stanem rzeczy.

ilustr.: Katarzyna Pustoła

***

Ida Nowak

Lewica just needs to have fun

„To lato girl power, za sprawą Beyoncé, Taylor Swift i «Barbie». Miliony osób z różnych generacji słono płacą za te doświadczenia, przyczyniając się do napędzanego przez kobiety ożywienia gospodarki” – pisał w sierpniu zeszłego roku CNN business. Rzeczywiście, od startu „The Eras Tour” Taylor Swift w marcu zeszłego roku i „Renaissance Tour” Beyoncé w maju, regularnie pojawiają się newsy o kolejnych miastach, w których obroty wielu branż wzrastają niebotycznie w weekendy koncertowe za sprawą osób przyjeżdżających obejrzeć show, wychodzących na miasto i bookujących noclegi. „Barbie” z kolei w kilka miesięcy zarobiła ponad miliard dolarów i jest najbardziej dochodowym filmem w historii Warner Bros.

Całkiem mnie te doniesienia cieszyły. Jasne, daleko mi do poglądu, że zysk ekonomiczny jest wartością samą w sobie. Ale jako że już żyjemy w tym nieszczęsnym późnym kapitalizmie i chwilowo nie zanosi się na zmiany, podobało mi się lato, w którym ekonomią dla odmiany rządziły Taylor, Beyoncé i Barbie, a nie typy biegające za piłką albo strzelające do siebie na ekranie.

Oczywiście wolałabym, żeby największym wydarzeniem filmowym poprzedniego roku była opowieść bardziej intersekcjonalna i bardziej krytyczna wobec wielkich korporacji. Wolałabym też, żeby Taylor Swift utrzymała swój aktywistyczny zapał z 2019 roku i częściej wypowiadała się o kwestiach społecznych. To dlatego, że jestem częścią lewicy. A jako lewica staramy się zawsze myśleć krytycznie, intersekcjonalnie i wymagać od siebie i innych uprzywilejowanych – jak najwięcej. To oczywiście nasza wielka siła, ale też przywara. Autoironizujemy w końcu, że prawdziwym lewakiem człowiek staje się dopiero wtedy, gdy pokłóci się z innym lewakiem, bo tamten okaże się za mało lewicowy. Jesteśmy raczej grupą poważną. „Nasze” tematy są zwykle trudne, smutne, męczące – dotyczą w końcu cierpienia istot i planety. Wałkujemy je nie dla funu, ale ponieważ są dla nas ważne, ponieważ wierzymy, że muszą zajść zmiany, że nie wolno nam odwrócić wzroku, zapomnieć.

Tymczasem zarówno w lewicowej bańce, jak i poza nią, bardzo nam tego funu potrzeba. Nie tylko jako „odmóżdżenia”, „higieny umysłu”, „spuszczenia pary”, ale jako integralnej części ludzkiego doświadczenia. Potrzeba nam wydarzeń wesołych, świątecznych, przyjemnych – nie tylko protestów, debat i marszy. Usłyszałam niegdyś opinię, że sukces parad równości zasadza się właśnie na tym, że parada to po prostu fajny dzień, na który czekamy. Śpiewanie, tańczenie, kolorowe ubrania. A jednocześnie element walki o prawa osób LGBT+.

Oczywiście nie z każdego tematu da się zrobić święto. Więcej: większości „naszych”, lewicowych tematów nie wypada wręcz łączyć z imprezą, chyba że jest to de facto stypa, czyli właśnie „spuszczenie pary”, wkurwiony rave po kolejnej śmierci na ciążę w polskim szpitalu albo after aktywistów po premierze „Zielonej granicy”.

Są jednak miłe wyjątki – należą do nich wspomniana queerowa duma i dziewczyńskość, które aż proszą się o celebrację. I tak, dla nas, lewaków, parada zawsze będzie przypominać o prześladowaniach mniejszości LGBT+ i pinkwashingu, a beztroska dziewczyńskość wydawać się naiwnością w ogromie genderowej przemocy i feministycznych rozterek nad inkluzywnością. Uważam jednak, że powinniśmy wręcz pozwalać sobie na te momenty beztroski i spłaszczenia naszych akademickich rozkmin, bo bez nich trudno się nie wypalić, a z drugiej strony zainteresować szersze grono.

Koncerty Taylor Swift i Beyoncé, a także seanse „Barbie” to definicja dobrej zabawy – z przyjaciółkami, przebraniami i muzyką, w dodatku w kontrze do zinternalizowanej mizoginii, wedle której powinnyśmy wyrugować ze swojego życia wszelkie przejawy „stereotypowej kobiecości”, takie jak różowe ubrania albo słuchanie piosenek o byłych chłopakach. Nie są to rzecz jasna wydarzenia, które stanowić będą przełom w dyskursie feministycznym. Ale w życiu kilku, kilkuset lub kilku tysięcy dziewczyn, których doświadczenie kobiecości będzie dzięki nim nieco mniej bolesne – może już tak. Ponieważ tego typu komercyjne wydarzenia robią coś, co jest nam jako lewicy bardzo potrzebne – docierają szeroko poza lewicową bańkę, w tym do bardzo młodych odbiorczyń, oraz robią fun w „naszych” tematach. A to chyba dobrze, prawda?

***

Bartosz Tarnowski

Pozytywny mit, przemilczane problemy

„Kool thing”, jednej z najbardziej znanych piosenek zespołu Sonic Youth Kim Gordon śpiewała: „Hej cool gościu (…) chcę wiedzieć, co zamierzasz zrobić dla mnie? / To znaczy, czy chcesz wyzwolić nas, dziewczyny / z białej, męskiej, korporacyjnej opresji?”. Podobne pytania chce się zadać ostatniemu filmowi reżyserki Grety Gerwig. Jej poprzednie dzieła („Lady Bird” i „Małe kobietki”) dawały bowiem nadzieję, że zobaczymy na ekranie coś więcej niż wysokobudżetową reklamę znanej marki – film krytyczny, odważny, dialogujący z niejednoznaczną rolą, jaką lalki Barbie odegrały w naszej kulturze.

Film „Barbie” z pewnością chce nam pokazać, że jest bardzo świadomy tego, jakie formy przybiera biała, męska, korporacyjna opresja. Od pierwszego zetknięcia się głównej bohaterki z seksizmem „zwykłego” świata, przez skład zarządu firmy Mattel, aż po oznaki męskiej władzy odkrywane przez Kena – wszystko to jest pokazane na ironiczną nutę i bez pardonu wyśmiane. Z pewnością film nie pozostaje też bezkrytyczny wobec marki, którą reprezentuje – a śmiech z powodu tego zaznaczonego dystansu nie opuszcza nas od lekko przegiętego nawiązania do prologu „2001: Odysei kosmicznej” aż po doskonały żart w samym finale filmu. Te punkty krytyki zarówno współczesnego świata, jak i samej marki, były po prostu nie do pominięcia w filmie, który chce być cool.

Jednak aby taki film był opłacalny dla marki, która chce – mimo kontrowersji – pozostać atrakcyjna dla współczesnego konsumenta, potrzebne są w nim jeszcze dwa ważne składniki – zbudowanie pozytywnego mitu i przemilczenie prawdziwych problemów. Choć więc skomentowano budowę stóp Barbie, nie skomentowano standardów budowy kobiecego ciała, jakie marka promuje. Standardy te są nie do obrony – Barbie jest skrajnie wychudzona, a obraz ciała przez nią prezentowany jest jednym z powodów kompleksów nastolatek kilku już pokoleń. Ten problem z marką jest realny, a nie domniemany – jednak właśnie dlatego trzeba go przemilczeć, by nagle nie zrobiło się tak niezręcznie, jak w scenie, w której Barbie nagle ni z tego, ni z owego zaczyna myśleć o śmierci.

Pozytywnym mitem, który koniecznie należy podtrzymać, jest inspiracja dla dziewczynek. Podstawowym sloganem reklamowym marki jest „Możesz być, kim chcesz” – a więc Barbie może być naukowczynią, tenisistką czy baletnicą. Dostępne wersje lalki obejmują też różne kolory skóry czy różne niepełnosprawności. Stąd rola marki w inspirowaniu kolejnych pokoleń dziewczynek nie może być podważona, a wręcz musi zostać (i jest) głównym motorem napędowym dla fabuły – bo to właśnie ten mit dziś odpowiada za słupki sprzedaży Mattel. Nawet gdy Gloria (grana przez Americę Ferrerę) w słynnym już monologu opisuje sprzeczne oczekiwania społeczne wobec kobiet, rola Barbie w budowaniu tych oczekiwań i ich podtrzymywaniu zostaje przemilczana. Istotna jest za to jej rola w rozbudzaniu marzeń dziewczynek o lepszym życiu, którą nawet krytyczna wobec Barbie córka Glorii pod koniec filmu przyznaje i afirmuje.

„Barbie” Grety Gerwig jest cool gościem z piosenki Sonic Youth. Świadomym problemów trapiących społeczeństwo zabawnym typem z dystansem do siebie. Jednak gdy się spytamy, czy jest gotów się realnie zmienić, zrezygnować z odrobiny własnych zysków i popracować nad swoimi wadami, okazuje się, że wymagamy niestety zbyt wiele. Tak jak śpiewa Kim Gordon – wciąż możemy zostać przyjaciółmi, ale nic więcej z tego nie będzie.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×