dwutygodnik internetowy
9.10.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Reportaż jako gest etyczny – „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza

Tegoroczną Nagrodę Nike po raz pierwszy przyznano autorowi reportażu. Czy książka Cezarego Łazarewicza dotycząca jednej z najgłośniejszych zbrodni lat 80. w Polsce – morderstwa Grzegorza Przemyka – została słusznie wyróżniona tak ważną literacką nagrodą?

materiały prasowe

materiały prasowe

Odbierając Nagrodę Nike za reportaż poświęcony sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka, Cezary Łazarewicz wspomniał o niepokoju towarzyszącym mu podczas pracy nad książką – wydawało mu się, że przejdzie ona bez echa, że nikogo dziś już nie zainteresuje ta tajemnicza historia, której bohaterowie i bohaterki, niegdyś osoby powszechnie znane, wydają się obecnie znajdować w szarej strefie zbiorowej niepamięci. Łazarewicz postanowił na własną rękę zmierzyć się z wyjątkowo bolesnym odcinkiem zagmatwanej, trudnej epoki i nie tylko postarał odpowiedzieć na pytania zawieszone w historycznej próżni, ale również zdecydował się dociekać przyczyn samego ich zawieszenia. Jego wątpliwości dotyczące podjętego wyzwania nie okazały się zasadne, a to, jak sądzę, głównie dlatego, że zamiast skrupulatnej, ale w swojej buchalteryjności niezbyt pasjonującej publikacji o charakterze dokumentacyjnym lub (to druga dostępna skrajność) przerysowanej martyrologicznej powiastki Łazarewicz napisał książkę niepokojącą i niewygodną w lekturze, stosując jednak przy tym zdystansowaną, w pewnym sensie fotograficzną perspektywę. Dzięki niej autor może otworzyć  traumatyczne archiwum – to symboliczne i to całkowicie namacalne –  na powrót otwierając również ranę, która zabliźniła się tylko prowizorycznie.

Grzegorz Przemyk, dziewiętnastoletni syn opozycyjnej działaczki i poetki Barbary Sadowskiej, zostaje w maju 1983 roku brutalnie pobity przez milicjantów na warszawskiej komendzie przy ulicy Jezuickiej. Przyczyny tak wielkiej agresji zomowców wobec chłopaka nie są wystarczająco jasne – być może funkcjonariusze dostali rozkaz poturbowania go w celu zastraszenia jego matki, być może nie podobało im się, że Przemyk wraz z przyjacielem Cezarym F. głośno świętował na Starym Mieście pomyślne zdanie matury. Do Grzegorza, który otrzymał kilkanaście silnych ciosów w brzuch, zostaje wezwana karetka, jednak wyłącznie po to, by przewieźć go do szpitala psychiatrycznego – zdaniem zomowców zachowywał się bowiem jak niezrównoważony. Matka, którą o całym zajściu poinformował jeden z kolegów syna, obawia się, że Przemyk będzie tam poddawany elektrowstrząsom lub innym nieadekwatnym, opłakanym w skutkach kuracjom, dlatego też postanawia zabrać go do domu, nie zdając sobie sprawy z faktycznego stanu jego zdrowia. Następnego dnia rano chłopak umiera – obrażenia są zbyt poważne, by w jakikolwiek sposób mu pomóc. Zdąży jeszcze tylko ze szczegółami opowiedzieć Barbarze Sadowskiej cały przebieg koszmarnych zdarzeń.

Władze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej mają świadomość tego, jak poważna i znacząca jest ta sprawa – zaufanie społeczeństwa do milicji jest skrajnie niskie, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę niedawno zakończony stan wojenny, a wyjście na światło dzienne prawdziwych informacji o śmierci Przemyka może spowodować wielkie obywatelskie poruszenie. Oprócz tego ekipa rządząca obawia się znacznego pogorszenia sytuacji kraju na arenie międzynarodowej. Z tego względu zostaje podjęta decyzja o nadaniu tej sprawie najwyższego priorytetu.

Łazarewicz z wielką dokładnością, a jednocześnie w bardzo przejrzysty sposób opisuje mechanizmy działania uruchomionej przez władzę ludową śmiercionośnej machiny inwigilacji – tysiące agentów i funkcjonariuszy zaangażowano w czynności polegające na nękaniu, podsłuchiwaniu, nakłanianiu do fałszywych zeznań czy fingowaniu artykułów prasowych. Wszystko to ma na celu wylansowanie nieprawdziwej, spreparowanej wersji zdarzeń, co pozwoliłoby oddalić wszelkie podejrzenia lub zarzuty od milicjantów, a także pognębić i oczernić osoby najbliższe Przemykowi, jego zaś – pokazać jako narkomana, psychicznie chorego szkodnika.

Te okrutnie wyrafinowane „gry operacyjne” opierają się głównie na umiejętnie rozsiewanym kłamstwie, zgodnie ze słowami Piotra Wierzbickiego, które stanowią motto książki Łazarewicza: „Kłamstwa nie chodzą w pojedynkę. Kłamstwa chodzą stadami. Stadami uporządkowanymi. Kłamstwa układają się w system”.

Ufundowany na naciskach i manipulacji system kłamstw zostaje wykorzystany przez władzę do przekonania opinii publicznej, że mordercami Przemyka byli sanitariusze z karetki, która wiozła go do szpitala, a także – co wyjątkowo bezczelne – że okrzyki bólu katowanego chłopaka były tak naprawdę… okrzykami karate, które miał z siebie wydawać ponoć konfrontacyjnie nastawiony maturzysta. To on wraz z matką wydawał się wręcz prawdziwym oskarżonym w procesie, na którego przebieg od początku do końca wpływali najważniejsi wówczas politycy: generał Wojciech Jaruzelski i generał Czesław Kiszczak.

Sadowska postanowiła zrezygnować z aktywnego udziału w czynnościach sądowych – to dramatyczna decyzja pokazująca, że pragnienie sprawiedliwości nie mogło znaleźć swojego spełnienia w sytuacji, w której prawo funkcjonuje wyłącznie jako wtopiona w rzeczywistość zasada wszechobecnej opresji: odczuwana tak podskórnie (w ciężkiej, gęstej od niepokoju atmosferze), jak i poprzez kolejne bolesne ciosy zadawane milicyjną pałką.

Łazarewicz chce po latach odpowiedzieć na apel Sadowskiej wypływający z jednego z jej listów:

„Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości. Nie przypuszczam, żeby nastąpiło to prędko. Będzie to w takich czasach, kiedy systematyczne bezczeszczenie grobu mojego świętej pamięci syna Grzegorza będzie już tylko haniebnym znakiem dzisiejszej rzeczywistości”.

Dlatego też postanawia poznać prawdę o zdarzeniach z maja 1983 roku, a następnie ukazać ją w swoim tekście, umiejętnie demaskując przy okazji wszelkie związane z nią mity i przekłamania. Jego reportaż postrzegam jako etyczny gest nawrotu ku przeszłości, która domaga się sprawiedliwego życia po życiu. Nie dotyczy to wyłącznie przebiegu śledztwa i procesu – wokół tej tematycznej osi autor rozpisuje zbiór pasjonujących wątków, które opowiadane są za pośrednictwem rozlicznych retrospekcji i reminiscencji; oprócz tego Łazarewicz szkicuje w „Żeby nie było śladów” kilka przepięknych portretów ludzi dzielnych i nastawionych nonkonformistycznie, którym jednak daleko do postawy martyrologicznej czy przekonania o wybraństwie. Grzegorz Przemyk, Barbara Sadowska, Cezary F. – wszyscy oni pragnęli po prostu żyć własnym, swobodnym życiem, które mogłoby rozwijać się bez ciągłego strachu i poczucia śmiertelnego zagrożenia.

Co ważne, Sadowska nie pojawia się w tej opowieści jedynie jako „Matka Polka” – nie spycha się jej na drugi plan i nie traktuje instrumentalnie, za to wiele miejsca poświęca się jej pasjonującemu, pogmatwanemu życiu, a także – i to cieszy najbardziej – jej twórczości poetyckiej, która współcześnie została całkowicie niemal zapomniana, mimo że momentami jest ona naprawdę znakomita. W pisanych po śmierci syna utworach Sadowskiej żałoba miesza się z furią:

na skrawku papieru

obrażam

sąd

i rząd

dzieckiem

którego nigdy

nie uda

wam się zabić

[*** z tomu „Słodko być dzieckiem Boga” (1987)]

Napisany „w obronie przegranej sprawy” reportaż Łazarewicza to publikacja bardzo ważna właśnie dlatego, że jest on nie tylko (bardzo potrzebną) rekonstrukcją wszystkich faktów dotyczących śmierci Grzegorza Przemyka, lecz także zbiorem wnikliwie i wyjątkowo poruszająco opisanych ludzkich historii, które powinny zajmować ważne miejsce w polskiej – wspólnotowej, instytucjonalnej, ale także indywidualnej – pamięci. Tylko pamięć jest bowiem w stanie oddać bohaterom tej książki choćby namiastkę tak pożądanej przez nich sprawiedliwości.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.