dwutygodnik internetowy
24.09.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Kebab nasz powszedni

Podwarszawski park, październikowy chłód, etnograficzne badania terenowe. Spotykam się z grupką dwudziestoletnich sikhów. Bez większego namysłu wypowiadam pytanie z gatunku tych często zadawanych zagranicznym turystom: o ulubione polskie danie. Pada odpowiedź: kebab.

ilustr.: Adrian Marchewka

ilustr.: Adrian Marchewka

Śmiejemy się wszyscy. Najpierw myślę, że to żart. Potem okazuje się, że nie do końca. Po prostu nie mieli pojęcia, co odpowiedzieć. Po raz pierwszy z polską kuchnią moi rozmówcy zetknęli się wtedy, gdy z koleżankami przyniosłyśmy na wywiad ptasie mleczko.

Po pewnym czasie dochodzę do wniosku, że w tym wydarzeniu była logika. Z czym może kojarzyć polski gust kulinarny migrant świeżo przybyły w okolice Warszawy? Co dominuje w przestrzeni miejskiej? Są amerykańskie fast foody, są pierogarnie, są podupadające bary mleczne i „domowe obiady” na dworcach, ale wyrazy „bigos”, „pierogi” czy „schabowy” nie widnieją na setkach szyldów. A „kebab” owszem.

Wątek kebabów jako polskiego dania narodowego lub paradoksu „nie chcecie nas tu, a u nas jecie” powracał jeszcze w kilku moich rozmowach z imigrantami. A jak my, Polacy, go widzimy? Kebab podawany w tysiącach polskich minilokali łączy z tureckim oryginałem dość odległe podobieństwo, zanikające pod „tradycyjnymi” dodatkami: masą białej kapusty, sosu czosnkowego z Vegetą czy nawet ogórków kiszonych. Wydaje się, że to już danie prawie swojskie, zadomowione. Wedle powszechnych wyobrażeń kebab to wysokokaloryczny ratunek dla niezbyt zamożnych, imprezujących studentów oraz tani, szybki posiłek często występujący w diecie osób o niskim statusie majątkowym. Wszechobecny kebab nasz powszedni.

Jednak w ostatnich latach na świecie zmieniło się dużo. Mamy kryzys migracyjny i zalew ksenofobicznych wypowiedzi polityków, dziennikarzy i internautów. U władzy jest PiS, delikatnie mówiąc, niewalczący z takim dyskursem. Od pewnego czasu po prawej stronie sceny politycznej straszy się wizerunkami młodych, silnych, zdrowych mężczyzn, którzy motywowani sytuacją ekonomiczną chcą przybyć do Europy. Jak wobec tego postrzegani są ci, którzy już tu są i ostrymi nożami ścinają nam wołowinę do „XXL na grubym, sos mieszany”? Czy coś zmieniło się w języku lub skojarzeniach związanych z kebabem? Odpowiedzi na te pytania szukałam w stosach archiwalnych numerów liberalnej „Polityki” i prawicowych „Sieci”.

Zacznijmy od roku 2013, środka ostatniej kadencji PO. Powszechnego straszenia uchodźcami jeszcze nie ma, ataków na cudzoziemców jest mniej niż obecnie. Do morderstwa w Ełku też jeszcze daleko, o Prawdziwym Kebabie u Prawdziwego Polaka nikomu się chyba nawet nie śniło.

Fast foody spod znaku kebabu

Od razu widać, że są wszędzie. W „Polityce” kebaby przewijają się przez artykuły dotyczące wydarzeń w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Tatrach, Włocławku, Lublińcu, Węgorzewie i wielu innych miejscach. Same w sobie nie wzbudzają jednak większego zainteresowania. Służą publicystom głównie do opisywania krajobrazu polskich miast i miasteczek. Są najczęściej jedynie elementem tła, poświęconych im w całości artykułów się nie pisze.

Jeżeli jednak kojarzy się je z czymś bardziej konkretnym, to są to przede wszystkim hasła junk food i „tandeta”. W tej kwestii tak odległe od siebie media jak „Polityka” i „Sieci” tworzą zgodny chór. W pierwszym z pism: „Dzisiejsza Piotrkowska jest z handlowego punktu widzenia cieniem dawnej, choć na «deptakowym» jej odcinku od numeru 1 do 152 naliczyłem 85 kawiarni, restauracji, barów. Niestety, aż jedna czwarta z nich to fast foody, głównie spod znaku kebabu”. W drugim: „Nadmorskie mieściny podobne do siebie jak kolorowe bezmyślne magazyny w kiosku i jak one zawierają zawsze to samo: rybę w starym cieście i przesmażonym oleju, kebab w grubej rozmrożonej bule […], muzykę disco polo, tradycyjne nadmorskie oscypki”.

„Sieci” kładą duży nacisk na zdrowotne skutki spożywania śmieciowego jedzenia, w tym kebabów: „otyłość zaczyna zagrażać klasie średniej, bo wyścig szczurów i stres zmuszają do byle jakiego odżywiania się, zwłaszcza do zamawiania jedzenia na wynos, jakiejś pizzy czy kebaba”. Winne zdaniem felietonistki „Sieci” Krystyny Grzybowskiej są temu kobiety niewypełniające zadań wynikających z tradycyjnych ról płciowych, spożywanie kebaba to efekt ich lenistwa: „kobiety, które nigdy nie ugotowały obiadu, swoje kulinarne umiejętności ograniczając do sadzonych na bekonie. Ogląda taka niewiasta konkurs gotowania w telewizji i myśli sobie: «Chętnie bym coś zjadła. Chyba zamówię jakąś pizzę albo kebab»”. (Wypowiedź utrzymaną w podobnym tonie usłyszałam też osobiście od dostawcy zatrudnionego w jednej z kebabowych sieci. Pytany o przyczyny popularności kebaba, powiedział mniej więcej, że „stara Warszawa jest inna, tradycyjna. Praga… Ja jestem z Pragi, ale na przykład napływowe kobiety w Ursusie potrafią wyrzucić 100 złotych na kebaby na obiad. Kobiety po porodzie robią się leniwe, nie chce im się gotować, nawet jeśli nie pracują”).

W tym kontekście jedna z najważniejszych cech medialnego obrazu kebaba w „Sieciach” staje się jeszcze bardziej zaskakująca. Tygodnik pełen jest napomknień o jedzeniu kebabów przez samych publicystów, w tym i wyżej cytowaną Grzybowską: „W Bonn […] w centrum miasta mogłam kupić świeże mięso w małym sklepie masarskim, ryby w rybnym […]. U Turka zaś baraninę na kresowe kołduny, a także prawdziwy kebab z baraniny”. Ciepły stosunek do kebabów ma też Wiktor Świetlik: „Odstawiłem pieczywo, makaron, piwo i tym podobne. […] musiałem zarzucić fast foody, kebaby, hot dogi i wszystkie niezdrowe rzeczy, którymi gardzi Magda Gessler, a które ja wprost uwielbiałem”.

Swoje kebabowe doznania na łamach tej gazety opisują też gwiazdy, między innymi aktorka Marta Chodorowska: „Zawsze fascynował mnie Bliski Wschód i jego kuchnia. […] W niewielkich meczetach odnajdywałam ten sam spokój co w starych kościołach. […] Każda kultura jest różnorodna i niejednolita wewnętrznie, dziwi mnie więc przypinanie łatek […]. Kebab sprzedawany w budkach w Polsce ma się nijak do tego oryginalnego ze świeżym jogurtem, kolendrą i aromatyczną baraniną. Tęsknię do libańskiego baru w Berlinie na Kasztanowej Alei, nieco obskurnego, ale serwującego całą gamę szalonych smaków. Moja dusza unosi się wtedy niczym pieśń z minaretu”.

Najbardziej charakterystyczną cechą kebabowego obrazu w „Sieciach” jest swego rodzaju pęknięcie:  w większości działów gazety imigracja (może z wyjątkiem ukraińskiej) to zagrożenie, a im bliżej numerów z 2018 roku, tym większe. Kulturze europejskiej grozi eksterminacja, Europa Zachodnia popełnia wręcz kulturowe samobójstwo przez ojkofobię, nietroszczenie się o swoje wartości i chrześcijańskie korzenie oraz wpuszczenie roszczeniowych imigrantów z szeroko pojętego Wschodu i Afryki, którzy akurat o swoje wartości – islamskie, czyli okrutne i niebezpieczne – dbają. Tymczasem felietony kulinarne z działu „Moje smaki” (jak ten z wypowiedziami Chodorowskiej) i sąsiadująca z nimi rubryka prowadzona przez Annę Monicką zawierają inny przekaz: korzystanie z niektórych efektów globalizacji, na przykład obecności kuchni innych kultur, jest dobre. Rubryki okołokulinarne są zawsze odległe od ksenofobii.

Etniczna kuchnia zadomawia się szybciej niż migranci i jest bardzo podatna na spolszczanie. O jej obcości też się często nie myśli, nie łączy się jej ze zjawiskiem migracji. Skoro jednak za takimi daniami faktycznie stoją Inni, można tu widzieć pewną niekonsekwencję: w świecie „Sieci” migrant, który znajduje się poza granicami Polski i chciałby je przekroczyć bądź którego obecność rozważa się teoretycznie, to zjawisko podejrzane, nawet jeśli doświadczenia kontaktu z jego rodakami w etnicznych sklepach i restauracjach nie kończą się niczym złym. W Polsce można się raczyć robionymi przez przybyszów kebabami, pod warunkiem, że zapomina się o przyrządzających je ludziach. Konieczna postać wytwórcy gdzieś znika… Bardzo wygodne.

Niebezpieczny, bo istnieje

Przed latem roku 2015 kebab był jedzeniem głównie niezdrowym. Potem staje się pożywieniem bardzo politycznym. Od lata roku 2015 do końca 2016 ponad połowa tekstów z „Polityki”, w których pada słowo „kebab”, dotyczy kwestii politycznych, głównie kryzysu migracyjnego, uchodźców i islamu.

Publicyści „Sieci” zdają się prześcigać w sianiu strachu i poczucia zagrożenia, również z pomocą kebaba. Czasem widziani osobiście przez dziennikarzy „Sieci” i wplatani w ich narrację obcokrajowcy zdają się łączyć z niebezpieczeństwem, bo… istnieją. Niedługo po zamachu w Brukseli napisano w felietonie: „Dzielnicę, w której mieści się Centrum Polskie […] zdominowali Arabowie. Jest tu tygiel wielu nacji, Polaków i Turków się spotyka, ale kafejki, barki, kebaby, sklepy są prowadzone w większości przez Arabów. I choć nie byli w żadnym stopniu niesympatyczni, ta enklawa multikulti w kimś nieprzywykłym do tego wywołuje lekki niepokój. Psychiczną entropię wzmagają zaśmiecone chodniki i pytanie: Czy w decydującym momencie oni wykażą się lojalnością wobec gwarantującej im dobre życie Belgii, czy wybiorą dżihad?”.

Tak, ciąg skojarzeń prowadzących do iście katastroficznych wizji wywołują… zaśmiecone chodniki. W „Sieciach” można też znaleźć scenkę z warszawskich ulic. W niej jedyną realną czynnością i winą pracownika kebabu jest to, że patrzy na polskiego przechodnia. Kolejne następstwa tej czynności odbywają się tylko w wyobraźni felietonisty: „chodnikiem w centrum miasta dynamicznie kroczy rosły mężczyzna. Jest ubrany na zielono […] w jednolitym, militarnym odcieniu. Na koszulce ma nadruk, przy zbliżeniu się widać, że to arabski napis, pod którym dodatkowo znajduje się angielskie jego tłumaczenie brzmiące: INFIDEL (= niewierny). Nikt tego logo oczywiście nie zauważa prócz jednej osoby – mężczyzny o bliskowschodnich rysach stojącego przed […] kebabem. Nic nie mówi w przeciwieństwie do swojej miny. A ta zdradza najpierw niedowierzanie, potem cichą dezaprobatę, by przejść w fazę kpiącego wyrazu, niejako śmiechu z «głupiego niewiernego». Co ważne, spostrzegawczy imigrant patrzy za niewiernym przechodniem co najmniej przez 20 sekund […]. Dopiero wtedy gość otrząsa się z nienawistnego letargu i z lekko zaskoczoną twarzą zauważa, że ktoś chce coś od niego kupić. Powoli z niegościnnych pustyń wraca na ziemię… gościnnej Polski. Znowu robi się uprzejmy i nawet coś tam zagaduje po polsku. Wieczorem już po arabsku opowie o koszulce znajomym z kebaba. Oni przekażą dalej. Niby to nic, ale jednak coś… niepokojącego”.

Tyle wyobrażenia prawicy. A co wtedy dzieje się w „Polityce”? Między innymi umacnia się stereotyp chuligańskiego zwolennika skrajnej prawicy jako amatora kebabów. Na przykład: „kebab to narodowa polska potrawa: to prawda, że po każdej paradzie nierówności i marszach niepodległości największy ruch jest właśnie w kebabach, czy rano Heniek zniszczył jakiegoś debila na forum, w południe Janusz sklepał facjatę czarnemu z bloku naprzeciwko, wieczorem Seba z kolegami obsmarował brudasów, wsuwając kebaba”.

Kebab to już nie tylko tłusty, niezdrowy posiłek na talerzu. W artykułach zaczyna dominować kwestia, kto go robi, kto go je i jakie są między tymi grupami stosunki. Ten problem już w kebabowym dyskursie zostanie.

Publiczne jedzenie kebaba to deklaracja polityczna

Wyżej opisałam kebab wyobrażony wraz ze stereotypami na temat agresji (w „Sieci” – migrantów wobec społeczności przyjmującej, w „Polityce” – społeczności przyjmującej względem migrantów). Tymczasem agresja zaczyna też nabierać realnych kształtów. W „Polityce” wzrasta liczba wzmianek o atakach na cudzoziemców i lokale z kebabem. Pokazywane są też przykłady mowy nienawiści, choćby taki: „Bartosz, uczeń VII klasy szkoły podstawowej, rozkłada szeroko ręce. – Jak oni wysadzają ludzi w powietrze, to dobrze? Kim są «oni»? Bartosz chwilę się zastanawia. – Kebaby, ciapate, Ukraińcy, wszystkie czarnuchy. No uchodźcy, po prostu”.

Najważniejszym wydarzeniem tego okresu pod interesującym mnie tu względem jest morderstwo w Ełku w noc sylwestrową 2016/2017. Znamienne są różnice w prezentowaniu wydarzeń przez obie gazety: „Polityka” skupia się na przestępczej przeszłości ofiary (zabity Polak miał na koncie kilka wyroków po napadach i pobiciach) i islamofobicznych incydentach przed tragedią i tuż po niej. Autor przywołuje komentarze internautów: „Daniel R. niewinny, oddał życie […] kolejny Polak zabity przez islamistę po kierowcy tira w Berlinie w grudniu, […] Bóg z Danielem, […] niech się Zachód uczy od Polaków, jak rozprawiać się z islamską zarazą, bo Polacy to waleczne pany: ta waleczność jest we krwi Polaków po Monte Cassino”. Słucha też komentarzy na ulicach: „uchodźcy, którzy zabili Daniela za dwie butelki coli, przyjechali do Ełku bez pieniędzy, a lokale na bary kebabowe i pieniądze na rozkręcenie działalności dostali od władz Polski”. Pokazuje w końcu ełckie życie kulinarne po tym wydarzeniu, powrót do normy: „Kebab Istanbul […] czynny na sposób nieoczywisty – za przysłoniętymi żaluzjami […]. Kebaby jednak puste – właściciel jednego z nich zdradza, że lekko wzrosła sprzedaż na wynos, bo publiczne jedzenie kebaba to teraz w Ełku deklaracja polityczna. […] 4 stycznia wraca już życie do istniejących ełckich kebabów. Ludzie najpierw ostrożnie rozglądają się po wnętrzu, pytają, czy czynne, zamawiają”. Echa tych wydarzeń będzie widać w wielu kolejnych materiałach gazety, zapadły one w pamięć publicystów i wypowiadających się na łamach „Polityki” ekspertów jako tragiczne reperkusje islamofobii i pretekst do kolejnych ataków na pracowników kebabów.

W „Sieciach” pod względem kebabowym rok 2017 tak jak w „Polityce” zaczyna się od Ełku, w numerze drugim na temat morderstwa w tym mieście opublikowany jest duży artykuł… i w odróżnieniu od „Polityki” na tym temat Ełku się kończy. Przekaz jest krótki i jasny: w Ełku i w Polsce nie ma rasizmu. Jak ten komunikat jest budowany? Między innymi przez wyobrażenie orientalnego Obcego jako porywczego i agresywnego z samej swej natury i z charakteru swojej narodowej kultury. Już to można uznać za rasistowskie. Uwaga artykułu skupia się na nożowniku. Autor konstruuje oś różnic kulturowych: w Polsce rzadko odbywają się bójki na noże, natomiast „co innego na Południu. Algierczycy czy Tunezyjczycy reagują znacznie bardziej emocjonalnie na zaczepki niż przeciętny Polak. I zanim pomyślą, wyciągają ostre narzędzia”. Między wierszami zawarty jest komunikat: pracownik kebaba był niebezpieczny. Dlaczego? Bo był z Południa. Słowa zebranego następnego dnia tłumu nie są podawane, policjantka udzielająca wywiadu powiedziała: „Zatrzymało się kilku, zaczęli coś krzyczeć”. Wiarygodność facebookowego postu, w którym opisano Prince Kebab kilka godzin przed tragedią (między innymi słowami: „W barze znajdowało się kilku pijanych mężczyzn. […] posyłali raz po raz obraźliwe słowa w kierunku pracowników. Jakie? Np. «Dawaj ku*wo te jedzenie, tylko nie pluj, bo ci tym mordę wysmaruje», albo «Ciapaku na kolana i do pana»”), jest podważana: „informator nie został pouczony o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania. Dlatego też należy podchodzić do niej z dystansem”. Na Ełk „Sieci” spuszczają zasłonę milczenia, jednak temat kebabu nie znika, tak jak nie znika ksenofobia: „największym osiągnięciem kanclerz Merkel jest zaproszenie do Europy setek tysięcy muzułmanów. Można powiedzieć: no i masz, babo, kebab! […] tykają islamskie bomby, a choinkę trzeba mieć w konspiracji”.

Tak więc masz, czytelniku, kebab. W debacie publicznej w ostatnich pięciu latach sporo się w jego kwestii zmieniło: coraz więcej się o nim mówi, w tym coraz częściej w kontekstach przestępstw z nienawiści. Czy zmiany w dyskursie i – szerzej – zmiany światowej i krajowej sytuacji politycznej jakkolwiek przełożyły się na realne funkcjonowanie kebabów?

Kebabowe scenki rodzajowe

Mając z tyłu głowy to pytanie, równocześnie z analizowaniem mediów odwiedzałam kebaby, zarówno warszawskie, jak i podmiejskie, w ruchliwym centrum i na peryferiach. Najwyraźniej niewiele się tam zmienia. Zobaczyłam i usłyszałam przeważnie to, co spodziewałam się usłyszeć i zobaczyć. Klienci: raczej mężczyźni niż kobiety. Raczej dobrze zorientowani, po co przychodzą („kolega będzie wiedział, mięso z surówką za dwie dychy”). Zachowanie: raczej kulturalne. (Tylko raz usłyszałam, jak pewien wyraźnie dbający o muskulaturę, ubrany w patriotyczną koszulkę mężczyzna powiedział do miło uśmiechającego się sprzedawcy tonem i wywyższającym się, i obrzydliwie żartobliwym: „Co się śmiejesz, jak do mnie mówisz, ty, ty, uważaj!” oraz pogroził mu palcem. Pracownik to zignorował). Kebabom niestraszni też kibice. W dwóch lokalach ujrzałam napoje energetyczne, których logo i nazwa nawiązywały do jednego z piłkarskich klubów. Jak pragmatycznie skomentował ten fakt pracownik: „to towar, który się sprzedaje, więc jest i będzie w ofercie”. Zainteresowanie klientów przestrzenią, w której się znajdują, lub ludźmi, którzy sprzedają im kebaby: raczej żadne (jak powiedział pewien Banglijczyk, pracownik kebaba i student Politechniki Warszawskiej: „They only care about the quality of kebab. If the kebab is good, then everything is good”).

To inny Inny

W całym tym rekonesansie najbardziej nurtowało mnie pytanie, jak można łączyć brak niechęci do jedzenia kebabów z ogólną niechęcią do imigrantów. Jak można rozumować tak, jak – zdaje się – myślą narodowcy z memów wrzucanych do sieci po Marszach Niepodległości, którzy nie zważając na stare, ksenofobiczne hasło „Jedząc kebaba, osiedlasz Araba”, jedzą kebaby na potęgę, nie tylko w Prawdziwym Kebabie u Prawdziwego Polaka.

Taki sposób funkcjonowania do pewnego stopnia pozwolił mi zrozumieć jeden z rozmówców, którego spotkałam w kebabie na pewnym warszawskim dworcu. Był to pracujący za granicą budowlaniec w wieku około sześćdziesięciu lat. Od dawna ilekroć jest na tym dworcu głodny, kupuje sobie kebab właśnie tam. Jest więc okazjonalnym, lecz stałym klientem. Spytałam, czy choć w najmniejszym stopniu ciekawi go, skąd są pracownicy. Odparł: „Aby dobre jedzenie było, mnie wszystko jedno, skąd są”. Dodał też, że sam ma w rodzinie Egipcjanina. Po chwili powiedział jeszcze: „ja na nich wszystkich mówię Beduini. Nie jestem jakimś rasistą, ale nie mogę zrozumieć, jak to z nimi jest, że dzisiaj jest fajny, a jutro założy ładunek z bombą na plecy. W naturze Beduinów jest ta nieprzewidywalność”. Deklarował, że „nic nie ma” do ludzi pracujących w miejscu naszej rozmowy („ja się z nimi nie kłócę przecież, bo to jest człowiek, sprzedaje żywność”), bo gdyby miał, to przecież by tam nie jadł. Spytałam: skoro ma doświadczenie z kontaktem z tymi wszystkimi ludźmi, członkiem rodziny, współpracownikami, sprzedawcami w kebabie i oni nie robią niczego złego, to skąd różne podejrzenia? On na to, że „to nie podejrzenia, tylko to, co pokazują w telewizji. Nie widzi pani, co się dzieje za granicą?” i że „oni chcą przyjeżdżać nie do pracy, tylko po zasiłki, ci imigranci i uchodźcy”. Jeździł też po Polsce i słuchał w CB-radiu, jak kierowcy opowiadają, że ich w Niemczech imigranci napadli i okradli. Spytałam, czy się boi tych młodych mężczyzn, którzy już tu są i pracują w takich miejscach jak to, gdzie właśnie rozmawiamy. Lekko poirytowany, bo tłumaczył mi tę samą kwestię kolejny raz, powiedział: „ale to nie ci. Oni tu przyjechali robić biznes, a to nie ci, co robią rozboje, mordują i gwałcą”.

Zupełnie nie łączył imigrantów ekonomicznych, których spotyka na swojej drodze, z kolejnymi potencjalnymi przybyszami z tych samych krajów, wyznawcami tych samych religii, ludzi w tym samym wieku. Ci pierwsi raczej nie są zagrożeniem, może mieć ich w rodzinie i u nich jeść, ci drudzy na pewno nie przyjechaliby uczciwie pracować, tylko od przekroczenia granicy chcieliby darmowego mieszkania i pensji bez pracy – chyba mniej więcej tak widział to mój rozmówca. To nie są ci sami ludzie – tak można by w skrócie podsumować całą tę rozmowę. Jeżeli taką tezę uznać za prawdziwą, można napisać w internecie „cała Polska śpiewa z nami: wypier… z uchodźcami” (choć akurat tego pana o takie działania nie podejrzewam) i pójść „na kebsa”, by mieć siłę na kolejne takie wpisy.

Dyskurs o kebabie z biegiem lat wyewoluował od portretowania tandetności polskich realiów oraz negatywnych zmian w stylu życia w zglobalizowanym świecie do umieszczania kebabów w kontekście migracji. „Sieci” używają tego dyskursu jako oręża w walce z cudzoziemcami, „Polityka” pokazuje skutki takich zabiegów w licznych doniesieniach o niszczeniu lokali z kebabem i stosowaniu wyzwiska „kebab”. Bywa, że tak konstruowany obraz ma wpływ na rzeczywistość: mój rozmówca przytaczający różne wizje zagranicy wydaje się zainfekowany wyobrażeniami, jakie konstruują „Sieci”, gdy piszą o migrantach na Zachodzie i kebabie jako zagrożeniu. Jednak ten wpływ, jak pokazuje przykład owego rozmówcy, nie jest aż tak duży, by kebaba nie jeść.

Przyszłość pokaże, czy dalsze eksploatowanie motywu „kebab = potencjalny wytwór terrorystów” tego nie zmieni. Przypuszczam jednak, że w konfrontacji z codziennym doświadczeniem straszenie w duchu „od zaśmieconych ulic do dżihadu” raczej nie porwie tłumów. Pozycja kebaba jako popularnego fast foodu powinna pozostać niezagrożona.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Wszyscy jesteśmy przybyszami

Złonkiewicz: Uchodźcy żyją w ciągłym poczuciu tymczasowości

Czy „niebiescy” mogą być czarni

  • adam81

    Ten pan ma rację: “to nie oni” – nie ci, którzy przyjechali do Europy pracować robią zamachy. To robią ich dzieci. To drugie pokolenie.