dwutygodnik internetowy
04.12.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Złonkiewicz: Uchodźcy żyją w ciągłym poczuciu tymczasowości

Dzieci uchodźców na różnych etapach edukacji bywają bardzo zagubione – muszą się uczyć hymnu, godła, symboli narodowych. Ale co właściwie jest ich symbolem narodowym?

ilustr.: Wika Krauz

ilustr.: Wika Krauz

Z Marią Złonkiewicz rozmawiają Hanna Frejlak i Andrzej Dębowski.


HANNA FREJLAK, ANDRZEJ DĘBOWSKI: Jak wygląda procedura dostawania statusu uchodźcy w Polsce?

MARIA ZŁONKIEWICZ: Najpierw przekracza się granicę. Granicą jest także lotnisko, choć do Polski około 80 procent uchodźców wjeżdża przez Terespol. Osoba przyjezdna, gdy zadeklaruje na granicy, że będzie chciała się tutaj starać o status uchodźcy, powinna zostać natychmiast wpuszczona. Z tym, jak wiadomo, różnie bywa i część ludzi utyka na granicy. Ale jeśli wszystko idzie zgodnie z prawem, taki człowiek zostaje skierowany do jednego z dwóch ośrodków recepcyjnych (w Dębaku lub Białej Podlaskiej) – dostaje adres i musi się tam zgłosić w ciągu 48 godzin. Kobiety w ciąży, osoby niepełnosprawne czy osoby starsze powinny być przewożone na koszt straży granicznej. Tam uchodźcy są rejestrowani i przechodzą między innymi badania epidemiologiczne. W ośrodku recepcyjnym rodzina spędza zwykle kilka tygodni, czasem kilka miesięcy, następnie jest kierowana do innego ośrodka w Polsce, gdzie zostaje do czasu rozpatrzenia wniosku o ochronę międzynarodową. Z tego drugiego ośrodka może się wyprowadzić i mieszkać prywatnie.

Czy państwo coś dopłaca do takiej wyprowadzki?

Suma, którą uchodźca dostaje od państwa, ma szansę wystarczyć na wynajęcie mieszkania, jeżeli ktoś będzie miał szczęście i znajdzie tanie mieszkanie. Ta kwota to maksymalnie 25 złotych dziennie na osobę, czyli 750 złotych miesięcznie. Jeżeli w rodzinie są dwie osoby, to już jest 600 złotych na każdą z nich, czyli 1200 w sumie, i ta kwota się zmniejsza wraz z liczebnością rodziny. To nie wystarcza na przeżycie. Wiadomo, że trzeba jeszcze mieć pracę albo oszczędności czy rodzinę, która wysyła pieniądze zza granicy, co w Polsce zdarza się bardzo często. I nie zawsze są to krewni z Europy Zachodniej – znamy panią, której pieniądze wysyła rodzina z Syrii.

Co się dzieje, kiedy wniosek zostanie rozpatrzony?

Jeżeli zostanie rozpatrzony pozytywnie, uchodźcy mają dwa miesiące na znalezienie mieszkania i wyprowadzkę z ośrodka. Z kolei od decyzji negatywnej mogą się odwoływać, lecz jeśli zostanie ona utrzymana, migranci mają jeden miesiąc na opuszczenie Polski. Jeżeli nie wyjadą sami – zostają deportowani.

Jakie warunki trzeba spełnić, żeby dostać status uchodźcy?

Trzeba mieć uzasadnioną obawę przed tym, że można być prześladowanym w swoim kraju. Najlepiej widać to na przykładzie uchodźców politycznych – w Polsce jest obecnie przynajmniej kilkudziesięcioro uchodźców politycznych z Tadżykistanu, gdzie wiele partii zagrażających monowładzy Ludowo-Demokratycznej Partii Tadżykistanu zostało zdelegalizowanych, a członkowie „nielegalnych” ugrupowań i ich rodziny są prześladowani.

Zamiast statusu uchodźcy można też dostać ochronę uzupełniającą, na przykład jeżeli nie było się personalnie prześladowanym, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że te prześladowania nastąpią, bo należy się do określonej grupy społecznej: na przykład jest się osobą homoseksualną w kraju, w którym to jest nielegalne, lub żoną polityka opozycyjnego, który siedzi w więzieniu, i jest prawdopodobne, że rząd będzie się mścił także na jego rodzinie.

Z drugiej strony, znam panią pochodzącą z Ukrainy Zachodniej, która wyjechała, bo wiedziała, że tu będzie lepiej. To nie jest sytuacja, na którą się dostanie status uchodźcy. „Najlepiej” mieć mocny przypadek, czyli właśnie prześladowanie, na które bardzo często nie ma dowodów. Ale i z dowodami różnie bywa, bo jeśli chrześcijanin nie jest w stanie poświadczyć, że był prześladowany, wciąż ma szanse na ochronę, gorzej jeśli w takiej sytuacji znajdzie się muzułmanin.

Czym się różni w praktyce ochrona uzupełniająca od statusu uchodźcy?

Niemal niczym, jeżeli chodzi o to, jakie człowiek będzie miał prawa: do ubezpieczenia, do pracy, do bezpłatnej edukacji. Kartę pobytu przy statusie uchodźcy należy odnawiać co trzy lata, przy ochronie uzupełniającej co dwa lata. Uchodźcy dostają też paszport genewski, tak zwany niebieski paszport.

Czy duża część wnioskujących otrzymuje status?

Większość osób, które wjeżdżają do Polski, przez tę Polskę tylko przejeżdża i nie stawia się w ciągu pierwszych 48 godzin w ośrodku. Składają na granicy wniosek rozpoczynający procedurę otrzymania ochrony, po czym jadą do Niemiec, skąd zwykle później zostają deportowane z powrotem do Polski, gdzie ich sprawa jest po raz kolejny liczona jako nowa. Jeżeli chodzi o całą liczbę osób, które przejeżdżają w ogóle przez granicę, to 2,5–3 procent z nich dostaje ochronę. W zeszłym roku na dwanaście tysięcy osób, które wjechały do Polski, zostało około 2–3 tysięcy. Jesteśmy krajem z jedną z najniższych w Unii Europejskiej przyznawalnością statusu uchodźcy, i to nawet biorąc pod uwagę fakt, że część osób nie zostaje w Polsce. Prawo jest stosowane bardzo restrykcyjnie i zdarza się, że jakiś przypadek w Niemczech czy we Włoszech miałby szansę zostać rozpatrzony pozytywnie, a u nas ta sama osoba dostanie negatywną decyzję.

Różnice w egzekwowaniu prawa dotyczącego przyznawania uchodźcom ochrony wynikają z różnic w prawodawstwie polskim i – na przykład – niemieckim?

Nie. Chodzi tu o różnice w praktyce, ponieważ wszystkie wnioski rozpatrywane są w kontekście Konwencji Genewskiej, w której jako uchodźcę określa się osobę, która „żywi uzasadnioną obawę przed prześladowaniami w kraju pochodzenia”. Problem polega na tym, że „uzasadniona obawa” to dosyć mgliste pojęcie. Jak udowodnić, że obawy są zasadne? Przedstawić list, w którym ktoś grozi ci śmiercią? A może „wystarczy” pokazać ślady po torturach na ciele? Wszystko jest kwestią interpretacji, a w Polsce ta interpretacja jest zwykle bardzo rygorystyczna.

W tych nieprzychylnych uchodźcom realiach powstało „Chlebem i solą”, które współtworzysz. Czym właściwie się zajmujecie?

Jesteśmy inicjatywą nieformalną ludzi, którzy zwołali się, żeby działać na rzecz uchodźców. Pochodzimy z odmiennych środowisk, mamy różne prace, profesje. Dzięki temu, kiedy szukamy dla kogoś pracy, mieszkania czy wózka dla dziecka, docieramy do bardzo zróżnicowanych gron. Zaczynaliśmy jako grupa znajomych, ale teraz otwieramy się coraz bardziej i do różnych działań włączamy osoby spoza naszego kręgu. Takim pomysłem jest projekt „Students for Refugee Kids”.

Opowiedz coś więcej o tym przedsięwzięciu.

W krótkich słowach – studenci jako wolontariusze pracują z dziećmi uchodźczymi i pomagają im w nauce. W porównaniu z innymi państwami europejskimi w polskich szkołach zadaje się sporo pracy domowej, w której bardzo często pomagają dzieciom rodzice. Tymczasem rodzice naszych dzieci najczęściej nie znają polskiego. Nie ma to za wiele wspólnego z poziomem wykształcenia w danej rodzinie – mamy w programie jedną mamę, która obroniła doktorat, mamy inną mamę, która nigdy nie miała możliwości chodzić do szkoły i dopiero teraz uczy się czytać i pisać, ale obie z nich, przez brak znajomości języka, nie są w stanie pomagać swoim dzieciom w szkolnych zadaniach.

Kto uczestniczy w „Students for Refugee Kids”? 

Przede wszystkim należy się zastanowić, kim jest „uchodźca”. W tym projekcie jako uchodźców traktujemy oczywiście osoby, które otrzymały jakąś formę ochrony międzynarodowej, ale też te, które są w procedurze uchodźczej, to znaczy czekają na decyzję o statusie uchodźcy i mieszkają w ośrodkach. I duża część z nich tego statusu nie dostanie. Jednak edukacja jest przecież dzieciom potrzebna bez względu na to, jak się potoczą ich dalsze losy. W momencie, w którym dziecko przyjeżdża do Polski z rodzicami i stara się o status uchodźcy, ze względu na obowiązek szkolny już następnego dnia może trafić do szkoły. W tej chwili w projekcie jest około czterdziestki dzieciaków, choć w sumie przez naszą inicjatywę przewinęło się trochę więcej osób. Część rodzin zrezygnowała, jedna wyjechała z Polski, niektórzy przenieśli się do innych miast.

A wolontariusze?

Mamy trzydzieścioro siedmioro wolontariuszy i wolontariuszek, głównie studentek i studentów, którzy uczą się z dzieciakami najczęściej indywidualnie i w domach. W związku z tym pracują i wchodzą w relacje z całą rodziną, a nie tylko z dzieckiem.

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie dziewczyna z informacją, że siostra chłopaka, z którym pracuje, miała wypadek i właśnie jedzie z nimi do szpitala. Nasi wolontariusze stają się więc też trochę takimi ich polskimi znajomymi, którzy wprowadzają w polski kontekst i tłumaczą wiele rzeczy. Zdarzyło się, że dzieci nas pytały: czy w Polsce mogą dwie panie albo dwóch panów wziąć ślub? Czy w Polsce uważamy, że była ewolucja? Trudne jest też to, że te dzieci, jak trafiają do szkoły nagle, gdzieś w środku programu i bez żadnego przygotowania, muszą się uczyć o Kazimierzu Wielkim albo o Powstaniu Listopadowym.

Łączymy Polaków, którzy chcą działać na rzecz uchodźców, z uchodźcami, którzy potrzebują tych działań. Myślę, że paradoksalnie przez to, że temat uchodźców jest tak bardzo upolityczniony i przedstawiany w sposób negatywny, wzrasta też pozytywne zainteresowanie uchodźcami. Temat jest cały czas podgrzewany i ludzie się do nas ciągle zgłaszają. Również w ramach gestu niezgody wobec polityki obecnej władzy, która przecież zbiła kapitał polityczny, podgrzewając negatywne nastroje wobec uchodźców.

Zaobserwowaliście na jakichś indywidualnych przypadkach osób, którym pomagacie, wzrost ksenofobicznych nastrojów w Polsce?

Niestety tak. Jedna pani szukała z rodziną mieszkania w Warszawie. Kiedy już im to mieszkanie znaleźliśmy i do niej zadzwoniłam, okazało się, że tego samego dnia rano pobito dziewczynę z ich rodziny. Odprowadzała swoje dzieci do przedszkola, niestety jej hidżab nie spodobał się jednemu panu, który zaczął ją zaczepiać, a następnie bić. Okazało się później, że ten pan też odprowadzał dzieci do tego samego przedszkola. W związku z pobiciem rodzina, która miała się przeprowadzić do Warszawy, uznała, że zostanie tam, gdzie mieszkała – pod Warszawą, bo „nie jest najlepiej, ale przynajmniej nikt nas nie bije – znamy środowisko”.

Również fakt, że my musimy szukać uchodźcom mieszkań, mimo że są przecież ogłoszenia, wynika stąd, że nie wszyscy chcą wynajmować obcokrajowcom. Paru naszych wolontariuszy zostało zwyzywanych, ktoś usłyszał: „Ale naprawdę pan nie ma polskich znajomych, żeby im wynająć mieszkanie, tylko musi pan dla Czeczenów wynajmować?”. Teraz ogłaszamy się na Facebooku i ludzie, którzy się do nas zgłaszają, wiedzą, że mieszkanie będzie dla uchodźców, i nie mają nic przeciwko. Wyjątkiem była jedna pani, której zaproponowaliśmy rodzinę z Tadżykistanu lub z Syrii, a ona zareagowała: „Ojej, ja nie wiedziałam, że ci uchodźcy są tacy egzotyczni!”. Ktoś inny, gdy dowiedział się, że szukamy mieszkania dla Czeczenów, też zrezygnował, bo on „chciał wynająć takiemu Syryjczykowi, takiemu, jakiego widział w telewizji”. Zdarzył się też pan, który zgodził się na wynajem wyłącznie chrześcijanom. Co ciekawe, ludzi dużo mniej interesuje to, czy dana osoba jest wypłacalna, niż to, z jakiego kraju pochodzi albo jakiego jest wyznania.

Więc skąd pochodzą ludzie, którym pomagacie?

Większość osób, które przyjeżdża do Polski i stara się o status uchodźcy, to są Czeczeni. Polska jest pod tym względem zupełnie niestereotypowa – uchodźca kojarzy nam się z osobą z bliskiego wschodu, najpewniej z Syrii, najlepiej młodym mężczyzną. Tymczasem w Polsce 63 procent mieszkańców ośrodków to dzieci poniżej 18 roku życia. W naszym projekcie najwięcej jest dzieci z Czeczenii. Następna grupa to Syryjczycy. Mamy też osoby z Iraku, z Egiptu, z Tadżykistanu, rodzeństwo z Pakistanu, ludzi z innych obszarów Rosji niż Czeczenia i z Ukrainy. W przeważającej części są to muzułmanie, sunnici, ale mamy też sufich, prawosławnych, grekokatolików i Koptów.

Abstrahując nawet od ksenofobicznych zachowań – językowa i etniczna odmienność nie ułatwiają raczej młodym uchodźcom odnalezienia się w polskiej szkole. Jak dzieci pochodzące z kontekstów społecznych tak niekiedy różnych od naszego dogadują się z polskimi rówieśnikami?

To, że wyróżniają się spośród innych uczniów, potrafi akurat działać w dwie strony. Niekiedy takie dzieci albo zapadają się w sobie, albo robią się agresywne – jest to jakiś ich sposób reagowania na zaczepki, więc zarówno zaczepianie, jak i agresja nękanych zaczynają się coraz bardziej nakręcać. Często też, kiedy pytamy te dzieci, czy mają kolegów, odpowiadają, że nie mają. Albo gdy chcemy się dowiedzieć, z kim siedzą w ławce, okazuje się na przykład, że siedzą same. Albo że ten ktoś, z kim siedzą w ławce, to jest jedyna osoba w klasie, którą uważają za fajną.

Ale mamy też takie dzieciaki, które są po prostu klasowymi gwiazdami. Gdy zapytałam jedną dziewczynkę, która zmieniała niedawno szkołę, czy ma w klasie koleżanki i kolegów, powiedziała: „No, pierwszego dnia miałam tylko kilkoro, a teraz cała klasa to moje koleżanki i koledzy”. Więc tak, są też takie dzieci, które z odmienności uczyniły swój wielki atut. To zresztą jedna z psychologicznych prawidłowości: dziecko do etapu mniej więcej czwartej–szóstej klasy często stara się być takie samo jak cała reszta grupy. Z kolei już w momencie wchodzenia w wiek nastoletni dzieci często zaczynają podkreślać swoją indywidualność i zwracają uwagę właśnie na to, co ich wyróżnia z całej reszty.

Znam sytuację dwunastoletniej dziewczynki z Syrii, która chodziła w hidżabie, i ponieważ była taką gwiazdą klasową, trzy inne dziewczynki też zaczęły przychodzić w hidżabie, bo chciały być takie jak Fatima. No i zaczęły być problemy z rodzicami, bo „zaraz, zaraz, dlaczego nasze córki chodzą w chuście?”. A to po prostu najfajniejsza koleżanka w klasie chodziła w chuście, więc one też chciały.

Z drugiej strony, inna dziewczynka – uczestniczka naszego projektu – przez trzy tygodnie w nowej szkole nie odezwała się do żadnego dziecka w klasie właśnie z powodu swojego hidżabu. Obawiała się tego, jak zareagują. Bywa bardzo różnie.

Ale przecież integracja z innymi dziećmi to tylko wąski wycinek sytuacji i zagadnień, w których towarzyszycie uczestnikom projektu „Students for Refugee Kids”.

Bardzo często wolontariusze pośredniczą między szkołą a rodzicami, którym trudno wdrożyć się w polski system edukacji. Zdarza się, że trzeba było coś przynieść na zajęcia, a dziecko tego nie przyniosło, bo nie zrozumiało, albo co tydzień przychodzi o niewłaściwej godzinie, a nauczyciele nie mają jak przekazać tego rodzicom.

Dzieci na różnych etapach edukacji bywają bardzo zagubione – muszą się uczyć hymnu, godła, symboli narodowych. Ale co właściwie jest ich symbolem narodowym? Najmocniej widać to wśród czeczeńskich dzieci, które przecież nie znajdą w atlasie swojego godła i flagi. Sporo dzieci migrowało z kraju do kraju: przejechali przez Polskę do Niemiec, tam przechodzili podobne lekcje, potem zostali deportowani z powrotem do Polski. Trudno się w związku z tym dziwić dzieciom, a mamy takie w naszym projekcie, które nie chcą się uczyć polskiego, bo uważają, że do niczego im się nie przyda.

Jeden chłopiec z naszego projektu chodził do szkoły w Niemczech – miał tam kolegów, psychologa, zaprzyjaźnionych nauczycieli – i kiedy został deportowany do Polski, nie chciał się uczyć języka. Wolontariuszka, która z nim pracuje, bardzo dobrze zna niemiecki i rozmawia z nim po niemiecku, mimochodem wprowadzając polski. I to zadziałało.

Jeszcze inna dziewczynka, która wcześniej mieszkała z rodzicami w Anglii, chodzi do szkoły międzynarodowej i nie chce się uczyć polskiego, bo i tak z kolegami i koleżankami ze szkoły rozmawia po angielsku. Okazało się, że nie chce mówić po polsku przede wszystkim dlatego, że ogromnie się wstydzi błędów językowych, które popełnia w naszym języku. Wolontariuszka odkryła, że ta dziewczynka bardzo lubi kucyki Pony, więc w trakcie spotkań zaczęły się nimi bawić. I to te kucyki mówią po polsku, a nie dziewczynka! Odblokowała się, robi coraz mniej błędów, zwłaszcza kiedy mówi nie ona, tylko kucyk Pony.

Skoro uchodźcy mają za sobą doświadczenie ucieczki z własnego kraju, a do tego często również deportacji, to wspomniana niechęć do nauki języka może wynikać z poczucia tymczasowości, zawieszenia w czasie. Jak długo przebywa się w ośrodku w oczekiwaniu na decyzję o przyznaniu ochrony międzynarodowej?

Bardzo różnie. Jeżeli twoja sytuacja jest oczywista, decyzję otrzymasz w ciągu kilku miesięcy. Zgodnie z przepisami nie powinno się na nią czekać dłużej niż sześć miesięcy i dlatego przez pierwsze pół roku wnioskujący o status uchodźcy nie mają dostępu do rynku pracy. Ale w naszym projekcie jest na przykład chłopak, który przebywa tutaj już sześć lat, ponieważ jego rodzina dostawała odmowę, ciągle odwoływała się od decyzji, a w międzyczasie zwiali na Zachód, więc po deportacji do Polski znowu wszystko zaczęło się przedłużać.

Jak wygląda codzienność w ośrodku?

Zapewnione jest minimum konieczne do przeżycia – jedzenie i dach nad głową. Nie trzeba sobie gotować, ale równocześnie mieszkańcy ośrodków nie mają wpływu na to, co będą jedli. Fajnie by było dać im jakąś możliwość wpływu, na przykład dostarczać im produkty, żeby sami gotowali, lub zatrudnić jako pomoc w kuchni. Przychodzisz o określonych godzinach i dostajesz porcję na talerzu. W efekcie nawet ludzi, którzy byli w swoim kraju aktywni i pracowali zawodowo, taki ośrodek bardzo uniesamodzielnia. Chociaż kojarzę panie z ośrodka, które pracują jako sprzątaczki czy pomoc w kebabie. Dodatkowo brakuje prywatności – są małe przestrzenie, ścisk, więc nie ma za bardzo gdzie uciec, żeby pobyć sobie przez chwilę samemu. Przez to wszystko dużo ludzi wpada w ośrodku w depresję – niektórzy leżą cały dzień w łóżkach twarzą do ściany, żeby nie widzieć innych, schodzą tylko na jedzenie. Najczęściej dotyka to mężczyzn. Po przyjeździe tutaj często odwracają się role: w kraju pochodzenia pracował ojciec i mama siedziała z dziećmi w domu, a gdy znajdą się w Polsce, bardzo często to właśnie matka jest aktywna, wychodzi na zewnątrz, nawiązuje relacje i znajduje pracę, natomiast ojciec siedzi w pokoju i żyje w swojej „małej Czeczenii”, którą sobie organizuje w swoim własnym domu.

Można takiemu wyobcowaniu jakoś przeciwdziałać?

Moim zdaniem bardzo dużym błędem jest brak jakiegokolwiek samorządu w ośrodkach. Nie dość, że uchodźcy czekają decyzję, czy w ogóle mogą tu zostać czy nie, to jeszcze nie mają wpływu na to, co jutro będą jeść na kolację. Gdyby istniał samorząd, który decyduje chociażby o takich mniejszych rzeczach: „co zrobić z placem zabaw?” albo „jakie zajęcia byśmy chcieli, żeby nam tu jakaś organizacja pozarządowa przeprowadziła?”, mieszkańcy czuliby, że mają jakikolwiek wpływ na swoje życie. A oni po prostu siedzą w tym ośrodku.

Do tego jeszcze są to ludzie z bardzo różnych krajów. W takich sytuacjach często powstają konflikty, rodzą się układy, jakie my możemy znać z wyjazdów na kolonie: silniejsi gnoją słabszych, a kiedy przyjeżdża ktoś nowy, a dookoła są ludzie, którzy w danym miejscu mieszkają już od dawna, to stają się silną grupą, która narzuca jakieś swoje zasady. Chłopcy w jednym ośrodku mówili mi, że jeżeli ktoś chce przyjść pograć w piłkę na boisku, to grupa mieszkańców z długim stażem każe sobie płacić 20 złotych za każdą grę. Personel ośrodka o tym wie, ale nic sobie z tego nie robi, więc nikt nie korzysta z tego boiska. Bardzo ubolewam nad tym, że podobne konflikty są zamiatane pod dywan, a jeżeli już ktoś je zauważy, to poszkodowanych przenosi do innego ośrodka, zaś tych, którzy ten konflikt wywołali, zostawia.

Czy rozwiązania podobne do tych, które proponujesz, funkcjonują gdzieś za granicą? Byłabyś w stanie wskazać przykłady ?

Tak. Kiedy byłam na wizycie studyjnej w Norwegii, spotkaliśmy się z facetami z takiego ośrodka, w którym mieszkało kilkadziesiąt osób. W wielu krajach zachodnich, mimo że mają uchodźców nieporównywalnie więcej od nas, pomysły na organizację tymczasowego mieszkania u nich idą raczej w tym kierunku, żeby nie zamykać dużej liczby ludzi w jednym ośrodku, tylko żeby tworzyć więcej małych ośrodków. Dzięki temu ich mieszkańcy mają większy kontakt ze społecznością na zewnątrz. W Norwegii spotkałam się właśnie z trzema chłopakami – przewodniczącym i dwoma wiceprzewodniczącymi ośrodka dla mężczyzn. Mieli określone funkcje, mieli swoją wewnętrzną radę, odbywały się głosowania, w których każdy mógł brać udział. Decydowali wspólnie, na przykład co zrobić z funduszem na czas wolny: czy przeznaczyć go na sport, a jeśli tak, to na jaki, czy może to jednak na jakieś kulturalne sprawy albo na edukację.

Zyskali elementarną sprawczość.

Tak, ale sądzę, że to ważne nie tylko dla ich poczucia sprawczości – miałoby również wartość integracyjną. Do tego ośrodkowy samorząd pokazywałby, jak takie rzeczy działają na zewnątrz. Pamiętajmy, że wiele osób przyjeżdża z krajów, w których demokracji albo nie ma, albo ona nie funkcjonuje. I to też jest dla nich niekiedy nauka tego, w jaki sposób funkcjonować, gdy nagle się okazuje: „O kurczę, ktoś ma jakieś inne zdanie, a mimo to musimy się tutaj dogadać”. A my w Polsce uchodźców w pewien sposób upupiamy. Siedzą sobie, przychodzą trzy razy dziennie jeść, wychodzą i tyle.

Ale czy ich sytuacja jest rzeczywiście tak zabetonowana? Realia ośrodków się nie zmieniają?

Cóż, mówiliśmy dotąd o ośrodkach otwartych, ale są też w Polsce ośrodki zamknięte, czyli takie, z których nie można wychodzić. Od niedawna jest tak, że nie ma w nich krat i zmieniono sporo rzeczy, które wcześniej upodabniały je do więzień. Dzieci z takich ośrodków nie wychodzą i nie uczęszczają do zewnętrznej szkoły, tylko tam do nich przyjeżdżają nauczyciele – a i to funkcjonuje na strasznie niskim poziomie.

Obecnie do ośrodków zamkniętych trafiają przede wszystkim te osoby, których tożsamości nie można ustalić, bo podczas przekroczenia granicy nie mogą pokazać dokumentów, albo cudzoziemcy, którzy zostali odesłani z innego państwa UE, bo nielegalnie do niego wyjechali. Wyobraźcie sobie, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zaproponowało zmianę ustawy o udzielaniu cudzoziemcom ochrony, żeby niemal wszyscy cudzoziemcy starający się o status uchodźcy z automatu trafiali do ośrodka zamkniętego.

Według tych przepisów człowiek wnioskujący o status uchodźcy nie będzie mógł siedzieć tam dłużej niż 28 dni. W tym czasie jego sprawa powinna zostać rozpatrzona, co nawet nie brzmi tak źle. Problem w tym, że skoro już teraz nie rozpatrujemy spraw w wyznaczonym przepisami czasie, to każdy podobny termin może zostać, oczywiście, przedłużony. Do tego decyzja o deportowaniu cudzoziemca będzie mogła być natychmiastowo wykonywana i taki człowiek w praktyce nie będzie mógł odwołać się od niej do sądu.

Znam przypadek uchodźczyni, przebywającej w ośrodku zamkniętym, której powiedziano, że zostanie zamknięta na 90 dni. Jakoś to wytrzymała, po czym pod koniec tego czasu powiedziano, że jej pobyt został przedłużony o kolejne 90 dni. Pod koniec tych kolejnych powiedziano, że musi zostać na jeszcze następne. Siedziała tak przez prawie rok i po prostu widziała, że jest w systemie, który nie daje jej realnej nadziei, nie daje żadnych wartościowych informacji. Kobieta próbowała popełnić samobójstwo i dopiero wtedy psychiatra orzekł, że nie może zostać dłużej w ośrodku zamkniętym.

Te 28 dni pewnie będzie funkcjonowało w ten sam sposób. To system, który niedawno wprowadziły Węgry, a teraz chce go przyjąć także Polska.

***
Trwa zbiórka na kontynuację projektu: https://pomagam.pl/dzieciuchodzcy

Projekt „Students for Refugee Kids” w roku 2017 jest współfinansowanego ze środków European Students’ Union w ramach programu małych grantów „Together, Moving Forward” i realizowany we współpracy z Fundacją Przestrzeń Wspólna.

***

Maria Złonkiewicz – bałkanistka, kulturoznawczyni, zajmuje się przemianami islamu bośniackiego oraz teorią turystyki. Współzałożycielka inicjatywy CHLEBEM I SOLĄ oraz projektu post-turysta.pl