dwutygodnik internetowy
30.07.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Czy „niebiescy” mogą być czarni

Nawet mocno pobieżna analiza memów, zdjęć, komentarzy czy żarcików pozwala dostrzec, jakie klisze i stereotypy kształtują nasze myślenie o świecie – od poczucia humoru do poglądów politycznych. Schematy pełne uprzedzeń dały o sobie znać szczególnie dotkliwie przy okazji zwycięstwa francuskiej drużyny na Mundialu w Rosji.

francja_afryka_kontakt_niska

ilustr.: Wika Krauz

„Bez pracy nie ma kołaczy”, „Fortuna kołem się toczy”, „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Te i wiele innych powszechnie znanych mądrości stanowią przykłady tak zwanej „myśli potocznej”. Common sense, tłumaczone na polski jako „zdrowy rozsądek” lub właśnie „myśl potoczna”, to – jak pisał antropolog Clifford Geertz – system wiedzy, która wydaje się nam naturalna i oczywista. Nie podlega dowodom, jest przezroczysta, nieuświadomiona,  a także praktyczna – przekazuje użyteczne i „bliskie życiu” prawdy o świecie. Jest także dostępna i stosunkowo demokratyczna – każdy może być ekspertem. Myśl potoczna to taki Mariusz Max Kolonko, który „mówi, jak jest”. Można ją też porównać do okularów, które ktoś nosi, nie zdając sobie z tego sprawy. Problem polega na tym, że takie okulary siłą rzeczy muszą być złożone z uproszczeń, zawierają więc stereotypy i uprzedzenia. Rozbrajanie tego, co wydaje się oczywiste, pomaga zatem demaskować te stereotypy, a w konsekwencji skuteczniej walczyć z dyskryminacją i wykluczeniem, które zaczynają się przecież w naszych oczach i głowach. Mało jest kwestii równie niebezpiecznych i blokujących jakąkolwiek emancypację jak przeświadczenie, że jakiś porządek jest „naturalny”.

Francja afrykańską kolonią

Doskonałym miejscem do śledzenia i rozkładania common sense na czynniki pierwsze są oczywiście media społecznościowe. Nawet mocno pobieżna analiza memów, zdjęć, komentarzy czy żarcików pozwala dostrzec, jakie klisze i stereotypy kształtują nasze myślenie o świecie – od poczucia humoru do poglądów politycznych. Schematy pełne uprzedzeń dały o sobie znać szczególnie dotkliwie przy okazji zwycięstwa francuskiej drużyny na Mundialu w Rosji.

Niektórzy internauci są ironiczno-prześmiewczy: „Szkoda, Chorwaci, Zjednoczone Emiraty Francuskie wygrały niestety”; „Trudno, może następnym razem wygrają Europejczycy :D”; „Kalifat Paryski”; „AFRYKA-CHORWACJA 4:2”; „Jakich trójkolorowych ???!! tam jest tylko jeden kolor :) I to czarny :D:D:D:D”; „Na jakiej tratwie przepłynął do Francji?”; „AFRYKA WYGRAŁA MISTRZOSTWA A FRANCJA TO JEST JUŻ KOLONIA AFRYKI”; „Afryka świętuje, jutro przejazd przez cały kontynent”; „w końcu Afryka jakiś medal dostała” (pisownia oryginalna). Inni zatroskani: „Czy ktoś może zaznaczyć, gdzie na tym zdjęciu są Francuzi?”; „naprawdę nie wiem, czemu 85% ludzi na obrazku jest ciemnej karnacji :( ile Francji we Francji?”; „Szkoda, że Afryka pokonała Europę :( :( :(”. Jeszcze inni wysnuwają z meczu naukę na przyszłość i konkretne postulaty: „jak Francja!!! powinno się dyskwalifikować takie reprezentacje jak zjednoczone ludy afryki we francji, zjednoczone emiraty niemiec, szwajcarii, zjednoczone ludy afryki w belgii!!!”. Wszystkie komentarze pochodzą z facebookowego profilu „Łączy nas piłka” i stanowią zaledwie niewielką część fali rasizmu, która przelała się przez polski internet.

Warte odnotowania są także memy, jak na przykład ten będący zlepką zdjęć twarzy dwunastu piłkarzy francuskiej reprezentacji. Przy każdym portrecie narysowana jest flaga i nazwa „kraju pochodzenia” danego gracza. Ciekawym przypadkiem jest Thomas Lemar, który – choć urodzony w Gwadelupie – nie znalazł się w zestawieniu. Czyżby migracje z Ameryki Środkowej nie stanowiły wystarczająco zabawnego tematu?

Kolaż rozprzestrzenił się w internecie, bardzo często opatrzony dowcipnym komentarzem w stylu „Kalifat Francuski” lub „Francja to jest już kolonia Afryki”. Nawet ten obrazek można jednak określić jako dosyć subtelny, bo pozostawiający oglądającemu minimalną przestrzeń do interpretacji (można w końcu postawić sobie zasadne pytanie: „A właściwie co z tego?”), w porównaniu z memami jawnie rasistowskimi i wprost nawiązującymi do koloru skóry piłkarzy. Godnym reprezentantem tego nurtu żartów jest obrazek przedstawiający zestawienie dwóch zdjęć: francuskiej drużyny z 1986 roku i z 2018. O ile na pierwszej fotografii widzimy tylko jednego czarnego piłkarza, o tyle na tej współczesnej czarnych graczy jest siedmiu. To dzieło internetowej sztuki zaangażowanej opatrzone jest komentarzem nie tylko ironicznym, ale wręcz intersekcjonalnym, piekącym bowiem dwie „lewackie” pieczenie na jednym ogniu: „Widać gołym okiem zmiany klimatyczne :D :D :D”.

Kto ty jesteś?

Przyjrzyjmy się bliżej pierwszemu „dowcipnemu” obrazkowi. Wymienione na nim państwa, z których pochodzą piłkarze, to: Kamerun, Togo, Senegal, Gwinea, Mali, Kongo i Angola. Kamerun i Togo zostały podzielone między Francję a Wielką Brytanię po Pierwszej Wojnie Światowej, Senegal, Mali i Gwinea wchodziły w skład Francuskiej Afryki Zachodniej (1904–1958), w Kongo utworzono francuską kolonię w 1882. W każdym z tych krajów językiem urzędowym jest francuski. Wyjątek w zestawieniu stanowi Angola – była kolonia portugalska. Choć dla wielu to zapewne oczywiste, nigdy nie dość powtarzać, że kolonizacja była procesem krwawym, brutalnym i zbrodniczym. Europejscy kolonizatorzy poczynili w Afryce spustoszenia na płaszczyźnie politycznej, społecznej, przyrodniczej, kulturowej, a także psychologiczno-mentalnej. To między innymi te zniszczenia w znacznym stopniu ukształtowały nierówny globalny układ sił, którego żniwo, chociażby w postaci osławionego „kryzysu migracyjnego”, zbieramy do dziś. Migracje zarobkowe i uchodźstwo nie mają z kolonializmem nic wspólnego, poza tym, że są jednymi z jego następstw. Pisanie o kolonizowaniu Francji przez Afrykę jest więc nie tylko wyjątkowo nieadekwatne, lecz zwyczajnie niesmaczne.

Zdaję sobie sprawę, że kwestia reprezentacji narodowych wzbudza w środowisku piłkarskim żywe emocje. Jak uniknąć sytuacji, w której drużyny narodowe „skupują” najlepszych graczy, nadając im obywatelstwo? Jak sprawić, by piłka narodowa różniła się od futbolu klubowego? Choć pytania te mogą być zasadne w przypadku wielu drużyn, zupełnie nie aplikują się do „Les Bleus”. Dziesięciu z dwunastu piłkarzy, którzy znaleźli się na obrazku, od urodzenia mieszka we Francji. Wyjątek stanowią Steve Mandanda urodzony w DRK i Samuel Umtiti  – w Kamerunie. Wszyscy piłkarze rozpoczynali karierę we francuskich klubach.

Dowcipy dotyczące francuskiej drużyny obnażają niestety znacznie więcej niż tylko skrajną głupotę, wynikającą czy to z kompletnej nieznajomości historii, czy też ze złej woli. Można zadać sobie pytanie, dlaczego właściwie żartobliwe obrazki zwracające uwagę na kolor skóry piłkarzy miałyby być rasistowskie. Przecież nie sugerują, że jedna etniczność jest lepsza, a inna gorsza, po prostu wskazują na pewien oczywisty i jak najbardziej zdroworozsądkowy fakt – „jaki koń jest, każdy widzi”. Argumenty o dostrzeganiu i (nie)waloryzowaniu różnicy przewijają się właściwie w każdej dyskusji o poprawności politycznej i – choć osobiście jestem zdecydowaną zwolenniczką „politpoprawności” – pozwolę je sobie pominąć. Znacznie istotniejszy w tym kontekście wydaje mi się fakt, że autorzy tych treści i osoby je komentujące roszczą sobie prawo do decydowania, kto Francuzem, czy szerzej – Europejczykiem, jest, a kto nie jest. Kryterium tej przynależności jest rzecz jasna jak najbardziej naturalne i zdroworozsądkowe. Cóż jest bowiem szybciej rzucającego się w oczy niż kolor skóry? Oczywiście pod warunkiem, że ta skóra jest czarna. Nikomu nie przyjdzie przecież do głowy zwracać uwagi na karnację, kolor oczu, kształt szczęki czy na jakiekolwiek inne cechy wyglądu mogące wskazywać, że ojciec, babka czy cioteczny pradziadek któregoś z piłkarzy był Niemcem/Norwegiem/Holendrem/Czechem (można tu podstawić dowolny europejski kraj).

Wszyscy jesteśmy migrantami

Migracje od zawsze były i nadal są czynnikiem w ogromnym stopniu kształtującym państwa, narody, społeczeństwa i kultury –  jakkolwiek płynne by nie było każde z tych pojęć. Kłopoty z definicjami to jeden z powodów, dla których antropolodzy kultury już dawno zrezygnowali z używania takich kategorii jak „kultura amerykańska” (i, analogicznie, każda inna „kultura narodowa”) – czym bowiem miałaby ona być? Dziedzictwem rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej (abstrahując już od tego, że indiańskie społeczności same w sobie są ogromnie zróżnicowane)? Bankierów z Wall Street? Czarnych mieszkańców Baltimore? Latynosów? A może polskich imigrantów?

Obecnie międzykontynentalna komunikacja jest łatwa jak nigdy dotąd, problem migracji dotyczy zaś właściwie wszystkich warstw społeczeństwa (choć rzecz jasna jej formy i motywy są zupełnie różne) – od „white collars” po „wykluczonych”. I jedni, i drudzy starają się czasem o obywatelstwo kraju, w którym rozpoczynają nowe życie. I jedni, i drudzy czasem to obywatelstwo dostają. Czy zatem w tych warunkach zrodzone w XIX wieku rozumienie narodu, definiujące to pojęcie w „zdroworozsądkowych” kategoriach kulturowych, językowych i etnicznych, ma jeszcze rację bytu?

A jednak nie kibicuję drużynie szwedzkiej – choć w wielu kwestiach system polityczny tego kraju podoba mi się bardziej niż polski; nie kibicuję Senegalowi – choć cieszę się za każdym razem, gdy kolonizowani zwyciężają kolonizatorów; nie kibicuję wreszcie reprezentacji Francji – choć ideały Rewolucji są mi bliskie. Kibicowałam – dopóki to było możliwe – polskiej reprezentacji.

Trudno zaprzeczyć, że większość z nas, z bardzo różnych względów i na wiele różnych sposobów, identyfikuje się ze swoim krajem pochodzenia. Nawet jeśli zdefiniujemy „naród” czy „kulturę” jako „wspólnotę wyobrażoną”, istnieją one w społeczeństwie jak najbardziej realnie, kształtując nasze wybory i postawy – od tego, jakiej drużynie kibicujemy, przez to, na jakie manifestacje chodzimy, do tego, gdzie decydujemy się zamieszkać. O ironię zakrawa fakt, że rasistowskie memy dotyczą akurat drużyny francuskiej. We francuskim prawie, w imię równościowych haseł Rewolucji, „naród” jest wspólnotą polityczną, definiowaną przez obywatelstwo – pojęcie narodowości jest bowiem tożsame z obywatelstwem. Mówimy zatem o wspólnocie politycznej, nie zaś etnicznej, kulturowej czy religijnej.

Ludzie przemieszczali się od zawsze i przemieszczają się nadal. Zdziwienie i panika, które od początku tak zwanego „kryzysu migracyjnego” trawią Europejczyków, wynikają zapewne między innymi z faktu, że zbyt łatwo i szybko zapomnieliśmy, że my też kiedyś migrowaliśmy – w poszukiwaniu bezpieczeństwa, lepszego życia, bogactwa. Żyjemy w „najlepszej możliwej rzeczywistości”, nic więc już nie powinno się zmieniać. Miliony uchodźców i migrantów starających się o azyl w Europie dobitnie pokazały, że nasz komfort nie jest normą, a przywilejem.

„Kryzys migracyjny” stanowi oczywiście ogromne wyzwanie, wymagające nowatorskich rozwiązań społecznych i prawnych, debat, zaangażowania i dyskusji. Póki co jednak zamiast otwartej, opartej na faktach i analizach dyskusji „kryzys” wywołał w naszym „myśleniu potocznym” erupcję dawno zakopanych pokładów stereotypów, uproszczeń i rasizmu, których dobitnym i równie bolesnym, co irytującym wyrazem są przytoczone tu memy. Biali Europejczycy, którzy z wygodnej kanapy wygłaszają sądy, kto (nie) może należeć do elitarnego klubu białych Europejczyków, powinni wywoływać wyłącznie uśmiech politowania. Cały problem polega jednak na tym, że są niezwykle mocnym głosem w dyskusji. Głosem, który dysponuje potężną bronią: przeświadczeniem o naturalności, oczywistości i zdroworozsądkowości stawianych tez.

Nie ma czegoś takiego jak „wieczny etnos” w danym miejscu, nie istnieje naród w stu procentach homogeniczny. To migracje różnych grup etnicznych, religijnych czy językowych kształtowały i nadal kształtują wspólnoty, które nazywamy „narodami”. Choć jako antropolożka zapewne nigdy nie posłużę się w pracy naukowej kategorią „kultury polskiej”, to – jako Polka – posługuję się nią na co dzień, na przykład kibicując polskiej reprezentacji. I to jest właśnie nieuświadomiony common sense. Żyjemy we wspólnocie wyobrażonej, której analityczny wyróżnik jest trudny do znalezienia, a jednak czujemy ją i oddychamy nią na co dzień. Dlatego tak ważne jest, by sposób, w jaki podświadomie definiujemy tę naszą wspólnotę, był możliwie inkluzywny – bo przecież wszyscy jesteśmy migrantami.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj

***

Polecamy także:

„Azja Express” – podróż do źródeł dominacji

 

Złonkiewicz: Uchodźcy żyją w ciągłym poczuciu tymczasowości