dwutygodnik internetowy
6.11.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wszyscy jesteśmy przybyszami

Katolickość uczestników Marszu Niepodległości jest właściwie na opak: nie aspiruje do powszechności (co mógłby sugerować grecki przymiotnik katholikos), lecz wyklucza wszelką – kulturową, polityczną czy religijną – odmienność.

ilustr.: Kolarstwo

ilustr.: Kolarstwo

11 listopada ulicami Warszawy przejdzie Marsz Niepodległości. I to pod nie byle jakim hasłem: „My chcemy Boga”. Ciekawe, czy działa to także w drugą stronę, to znaczy: czy Bóg chce Marszu Niepodległości. W każdym razie takiego, jaki znamy z poprzednich lat. Marszu, który stawał się okazją – bynajmniej nieprzypadkową – do tego, żeby w oprawie do złudzenia przypominającej faszystowskie pochody z lat 30. skandować: „Nie czerwona, nie tęczowa, tylko Polska narodowa” i „Nie islamska, nie laicka, wielka Polska katolicka”. „Katolicka” na opak: nieaspirująca do powszechności (co mógłby sugerować grecki przymiotnik katholikos), lecz wykluczająca wszelką – kulturową, polityczną czy religijną – odmienność.

Z grubsza wiadomo, czego organizatorzy Marszu Niepodległości chcą (Boga) i czego nie chcą (imigrantów i uchodźców). Mimo prowokacyjnie wręcz deklarowanego i manifestowanego przez nich katolicyzmu, coraz mniej im po drodze nie tylko z nauczaniem „lewackiego” papieża Franciszka, lecz także ze stosunkowo ostrożnym stanowiskiem polskiego episkopatu, któremu wiele można zarzucić, ale na pewno nie lewactwo. Coraz mniej im wreszcie po drodze z nauczaniem Jana Pawła II, „Wielkiego Polaka”, który w swoim ostatnim Orędziu na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy pisał: „Chrześcijanie winni przede wszystkim usłyszeć wołanie o pomoc tak licznych migrantów i uchodźców, ale winni też przyczyniać się aktywnie do tworzenia nowych perspektyw, które pozwolą żywić nadzieję na powstanie społeczeństwa bardziej otwartego i solidarnego”. Cóż jednak, skoro coraz wyraźniej widać, że to nie papieże ani nie biskupi są trendsetterami polskiego katolicyzmu (o chrześcijaństwie nawet nie wspominając). Są nimi raczej redaktorzy prawicowych tygodników, które od pewnego czasu zdają się startować w konkursie na najbardziej ksenofobiczną okładkę since 1939.

Katolicy, którzy sprzeciwiają się nie tylko unijnemu programowi relokacji uchodźców, lecz także zainicjowanemu między innymi przez Wspólnotę Sant’Egidio projektowi otwarcia korytarzy humanitarnych, nie ustają w próbach uzgodnienia swoich przekonań z etyką chrześcijańską. Spektakularną karierę zrobiła wśród nich na przykład zapożyczona od świętego Tomasza zasada ordo caritatis, to znaczy „porządku miłości”, na którą kilkakrotnie powoływał się sam prezes Jarosław Kaczyński. Według niego zakłada ona w pierwszej kolejności troskę o „własną rodzinę, własną wspólnotę i własny naród”. Dopiero wówczas, gdy potrzeby rodziny, wspólnoty i narodu zostaną zaspokojone, wolno zacząć myśleć o rozszerzeniu naszej troski na innych (w tym przypadku na uchodźców).

Nietrudno zrozumieć, na czym polega pułapka zastawiona w takiej argumentacji. Otóż potrzeby naszej rodziny i naszego narodu nigdy nie zostaną zaspokojone, bo to właśnie mają do siebie potrzeby, że zawsze można je zaspokoić w większym stopniu. Zawsze można być na przykład bezpieczniejszym, nawet wówczas, kiedy jest się w gruncie rzeczy całkiem bezpiecznym, jak przeciętny Polak w porównaniu do przeciętnego Syryjczyka. Kierując się taką interpretacją zasady ordo caritatis, niejako z definicji nigdy nie możemy dojść do wniosku, że oto nadeszła chwila, w której powinniśmy zaangażować się na rzecz ludzi mniej nam bliskich. To trochę tak, jak gdybyśmy nie ruszali na ratunek człowiekowi tonącemu w stawie, tłumacząc się tym, że dzieci, które akurat odprowadzamy do szkoły, musiałyby na krótką chwilę zostać pozbawione naszej opieki w samym środku bezpiecznej dzielnicy.

Ta analogia wyda się zapewne nietrafiona osobom, w polemice z którymi została użyta. W ich przekonaniu należałoby pewnie dopowiedzieć, że kiedy tylko ów tonący w stawie człowiek z naszą pomocą postawi nogę na brzegu, natychmiast zacznie czyhać na bezpieczeństwo pozostawionych bez opieki dzieci, i że w gruncie rzeczy tylko po to do tego stawu wskoczył. Chętnie zapytałbym ich o to, skąd mogą to wiedzieć, ale z pewnością nie jest to okazja, przy której chciałbym po raz kolejny podejmować dyskusję o krzywdzących stereotypach na temat islamu i jego wyznawców. Nie szukam więc zaczepki i odsyłam do sporządzonego przez Wspólnotę Sant’Egidio zarysu programu korytarzy humanitarnych. Niech czytelniczki i czytelnicy sami ocenią, która z dwóch analogii jest w tym przypadku trafniejsza.

Inna wątpliwość: jeśli przyjmuję polsko-katolicką wykładnię zasady ordo caritatis, to na jakiej zasadzie wolno mi brać udział w samym Marszu Niepodległości? Dlaczego mam troszczyć się o „własny naród” – zakładając, że uczestnictwo w Marszu jest wyrazem takiej troski – skoro w tym samym czasie mógłbym poświęcić się temu, żeby w większym stopniu zaspokoić potrzeby „własnej rodziny”, która jest przecież wspólnotą mi najbliższą? Szach mat. Lansowana przez kulturową prawicę wizja chrześcijańskich stosunków moralnych z definicji sprowadza je do egoizmu. Wszystko jedno, czy rodzinnego, czy narodowego.

Uniknięcie powyższej sprzeczności jest możliwe tylko pod warunkiem założenia organicznej tożsamości interesów obydwu wspólnot: rodziny i narodu. Założenie to wydaje się jednak na wskroś ideologiczne i bardzo trudne do empirycznego uzasadnienia. Nietrudno wskazać sytuację, związaną na przykład z działaniami wojennymi, w której „dobro rodziny”, to znaczy bezpieczeństwo, o które idzie przecież osobom obawiającym się napływu uchodźców, i znacznie trudniejsze do zdefiniowania „dobro narodu” będą się nawzajem wykluczać. Poetyka Marszu Niepodległości zdaje się wskazywać na to, że w takiej sytuacji naród jest wspólnotą i wartością silniej zobowiązującą niż rodzina (chyba że mamy na myśli „rodzinę” de facto utożsamioną z narodem). Jak pogodzić to zobowiązanie z zasadą ordo caritatis? Dlaczego wolno zawiesić ją w tym przypadku, a trzeba się jej bezwzględnie trzymać w warunkach kryzysu humanitarnego? Te pytania są w gruncie rzeczy retoryczne i prowadzą do wniosku, że użycie zasady ordo caritatis jest wtórne w stosunku do przekonania o nieuchronnej wojnie kultur i cywilizacji, która – jako żywo – ze świętego Tomasza nie daje się już wyczytać.

Zresztą ordo caritatis jest – jak zauważył ksiądz Grzegorz Kramer – „porządkiem miłości”, a nie „porządkiem pomagania”. Nikt nie każe ci kochać bardziej obcego uchodźcy niż własnego dziecka. Ale w sytuacji, w której życie tego uchodźcy jest zagrożone, a twoje dziecko dość bezpiecznie śpi w swoim łóżeczku, masz obowiązek zatroszczyć się o uchodźcę. Proste. Każda inna interpretacja zasady ordo caritatis jest sprzeczna nie tylko z Magisterium (to znaczy z nauczaniem lewackiego papieża i stanowiskiem nielewackich biskupów), ale i z Pismem. Od ksiąg Starego Testamentu (Iz 58,7: „wprowadzić w dom biednych tułaczy”) po Ewangelie (Mt 25,35: „byłem przybyszem [dosłownie: obcym], a przyjęliście Mnie”) jak refren powracają wezwania do otoczenia uchodźcy szczególną opieką (Kpł 25,23 deklaruje wręcz: „ziemia należy do Mnie, a wy [czytaj: nawet polscy katolicy] jesteście u mnie przybyszami i osadnikami”). Kto nie przyjmuje tego do wiadomości, zmienia swoje chrześcijaństwo w tożsamościowy konstrukt sankcjonujący rodzinny lub narodowy egoizm.

Jeszcze jedno. W artykule opublikowanym w zeszłym roku w „Więzi” ksiądz Grzegorz Strzelczyk naszkicował analogię pomiędzy latynoamerykańską teologią wyzwolenia a polską teologią narodu. Podobieństwo między nimi miałoby polegać między innymi na tym, że obydwie uprzywilejowują historyczne doświadczenie pewnych grup społecznych – odpowiednio: „ubogich” i „narodu” – wśród innych źródeł teologicznych. Osobiście uważam tę analogię za nieuprawnioną. Szczególne miejsce zajmowane w Piśmie przez osoby dotknięte ubóstwem, których prototypami są sieroty, wdowy i – uwaga – przybysze, pozwala mówić o spójnej i konsekwentnej metanarracji biblijnej na ich temat. Kiedy więc twierdzimy, że Bóg przyjmuje tak zwaną „preferencyjną opcję na rzecz ubogich” i że Jego perspektywa bliska jest ich perspektywie, to nie nadużywamy fragmentów Pisma i nie wyrywamy ich z kontekstu.

Inny jest biblijny status narodu. O ile Stary Testament zdaje się w wielu miejscach sankcjonować myślenie o bliźnim w kategoriach sąsiedzko-plemiennych, o tyle Ewangelia przynosi w tym zakresie istotną zmianę. Zapytany przez pewnego człowieka: „Kto jest moim bliźnim?”, Jezus opowiada przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,29-37), w której rozszerza zakres pojęcia „bliźni” na wszystkich ludzi, bez względu na ich pochodzenie etniczne czy – jak moglibyśmy dzisiaj dodać – tożsamość kulturową, polityczną i religijną.

W tym sensie perspektywa ubogiego i uciśnionego jest perspektywą teologicznie uprzywilejowaną, a perspektywa polskiego katolika taką perspektywą nie jest. Mam nadzieję, że nie będzie mi poczytane za zuchwałość, jeśli uczestnikom tegorocznego Marszu Niepodległości, obwieszczającym wszem i wobec: „My chcemy Boga”, z najlepszą wolą zadedykuję wzmiankowany już fragment Księgi Izajasza (Iz 58,2a-d.6-8):

Szukają Mnie dzień za dniem, 
pragn
ą poznać moje drogi, 
jak naród, który kocha sprawiedliwo
ść 
i nie opuszcza Prawa swego Boga. […]
Czy
ż nie jest raczej ten post, który wybieram: 
rozerwa
ć kajdany zła, 
rozwi
ązać więzy niewoli, 
wypu
ścić wolno uciśnionych 
i wszelkie jarzmo po
łamać
dzieli
ć swój chleb z głodnym, 
wprowadzi
ć w dom biednych tułaczy, 
nagiego, którego ujrzysz, przyodzia
ć 
i nie odwróci
ć się od współziomków. 
Wtedy twoje
światło wzejdzie jak zorza 
i szybko rozkwitnie twe zdrowie.
Sprawiedliwo
ść twoja poprzedzać cię będzie, 
chwa
ła Pańska iść będzie za tobą.

Dopiero wtedy!

***

11 listopada o godzinie 14:00 na placu Politechniki odbędzie się antyfaszystowska demonstracja „Za wolność waszą i naszą. Historia dzieje się dziś”. Redakcja Magazynu „Kontakt” gorąco zachęca do przyjścia!

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.