Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Katolicki lud w oczach elit

Nie ma jednego „ludu” w Kościele. Jak w całym społeczeństwie: przedstawiciele klas ludowych są różni pod każdym możliwym względem, a stereotypy na ich temat służą elitom do umacniania własnej pozycji.
Katolicki lud w oczach elit
Ilustr.: Christina Yavorchuk

Najprostszy stereotyp dotyczący klas ludowych w Polsce (w tej opowieści głównie wiejskich i małomiasteczkowych, głównie ze „ściany wschodniej”) brzmi mniej więcej tak: są niewykształcone, „kościółkowe”, konserwatywne i bezwolne. Głosują na prawicę, bo tak im powiedział ksiądz, którego słuchają zresztą także w innych sprawach.

Stereotypów jest więcej: o roszczeniowości, podatności na „przekupstwo wyborcze”, niechęci do obcych i tak dalej. Wszystkie one więcej zaciemniają, niż rozjaśniają. Kreowanie takich wyobrażeń służy konkretnym celom, głównie politycznym. Podobnie jak kreowanie wizerunku klas ludowych jako „soli ziemi”, serca Kościoła czy przeciwstawianie ich „elitom”. Na ogół – na poziomie narracyjnym – robią to same elity. Konkretnym celom służy także stawianie siebie w roli przedstawiciela i obrońcy czy to polskiego, czy katolickiego, czy polsko-katolickiego ludu.

„Lud” w dyskusji o Kościele (i społeczeństwie) jest bowiem dla różnych środowisk poręcznym pojęciem. Kto korzysta z tej siły? Do czego używa się „ludu”? I czy „lud” się tym przejmuje?

Kto opowiada Kościół?

Kto ma siłę tworzenia narracji w i o polskim Kościele? Nie ma już Wyszyńskiego ani Jana Pawła II, których głosy dominowały myślenie o Kościele w stopniu trudnym dziś do wyobrażenia. Z ich opiniami musieli się liczyć wszyscy – ci wewnątrz i ci na zewnątrz Kościoła. Byli realnymi władcami Kościoła w Polsce, nawet jeśli musieli brać pod uwagę różne ograniczenia. Wyszyński był tak traktowany przez innych biskupów oraz przez księży, miał też specjalne uprawnienia z Watykanu. Również przez przywódców PRL-u był postrzegany w zasadzie jako równoprawny lider – spotkania Gomułka–Wyszyński miały charakter niemalże rozmów dwóch głów państw. Jan Paweł II w mniejszym stopniu zarządzał bieżącą działalnością Kościoła w Polsce. Pozostawał jednak ostatecznym punktem odniesienia, instancją rozstrzygającą, głosem, który można było ewentualnie po cichu zignorować, ale który mało kto ośmielał się wprost kontestować.

Choć przez dekady funkcjonował w systemie wodzowskim, Kościół w Polsce nie ma więc „króla”. W efekcie władza kreowania narracji na jego temat się rozproszyła. Jedną jej część wciąż dzierżą biskupi. Drugą – media ojca Tadeusza Rydzyka. Trzecią – polityczne środowiska strojące się w szaty „obrońców Kościoła”, takie jak Prawo i Sprawiedliwość. Czwartą – elity intelektualne „liberalnej” części Kościoła i sympatyzujący z nimi przedstawiciele elit pozakościelnych.

Wszystkie wspomniane grupy posługują się w jakimś stopniu kategorią „ludu”. Czynią to jednak na różne sposoby i w różnych celach. Warto się im chwilę przyjrzeć.

Po pierwsze więc biskupi. Nie cieszą się szczególnym posłuchem wśród ludzi. Niektórzy z nich pozostają punktami odniesienia dla niewielkich grup wiernych o określonych poglądach. Żaden z nich nie ma dziś jednak autorytetu, z którym liczyłaby się znaczna część ludzi w Kościele i poza nim. Mimo to hierarchowie pozostają wciąż najistotniejszymi przedstawicielami instytucji ściśle, no właśnie, hierarchicznej. Ich słowa – zwłaszcza te najostrzejsze – najgłośniej słychać w przestrzeni publicznej, odbijają się najsilniejszym echem, a część społeczeństwa wciąż wyczekuje ich głosu w rozmaitych sprawach. Dotyczy to zresztą nie tylko katolików i katoliczek. Również środowiska spoza Kościoła – niekiedy krytykujące angażowanie się Kościoła w sprawy publiczne – potrafią dopominać się o stanowisko biskupów, a to w sprawie łamania praworządności, a to wolności mediów, a to jeszcze innych aktualnych tematów.

Pojęcie „ludu” przydaje się części biskupów do legitymizacji ich władzy poprzez kreowanie zmitologizowanego i ujednoliconego obrazu wiernych. Dla hierarchów „lud” jest wygodną podpórką ich władzy w Kościele i w społeczeństwie. Dlatego wielu z nich od dekad snuje opowieści o tym, że bronią praw większości, stawiają się w pozycji tych, którzy znają „lud” i w związku z tym mogą się wypowiadać w jego imieniu. To kłamstwo. Zdecydowana większość polskich biskupów jest skrajnie oderwana od rzeczywistości. Wciąż jeszcze silna pozycja społeczna oraz realna władza nie pozwalają na kontakt ze światem takim, jaki jest. Współpracownicy często mówią to, co przełożeni chcą usłyszeć; na odpustach i przy okazji bierzmowania hierarchowie są uroczyście witani w pełnych kościołach; szeregowi księża w olbrzymiej części wolą nie mówić im o problemach, a i tak na co dzień sami decydują, jak wcielać w życie – lub nie – zalecenia płynące z góry. Dodatkowo największa część polskich biskupów to ludzie, którzy albo nigdy nie byli duszpasterzami, albo byli nimi przez chwilę. Dawni proboszczowie to w polskim episkopacie wyjątki. Klasyczna ścieżka awansu w polskim Kościele przez dekady prowadziła raczej przez studia w Rzymie oraz pracę w kurii lub seminarium niż przez posługę parafialną.

Prawicowi „obrońcy” ludu

Po drugie: media toruńskie, a więc Radio Maryja, „Nasz Dziennik” i Telewizja Trwam. Stanowisko ojca Rydzyka i jego mediów mają znaczenie – choć słabnące. Niekoniecznie nawet ze względu na zasięgi samych mediów – te nie są raczej imponujące, chociaż nie są też pomijalne. O sile Rydzyka stanowią trzy inne elementy. Pierwszy to wpływ na część księży, którzy chłoną treści wyprodukowane przez media toruńskie, a następnie powielają je w swoich duszpasterstwach. Drugi to oddźwięk, z jakim spotykają się jego wypowiedzi w innych mediach – nawet jeśli bardzo krytyczny, to w zasadzie niezawodny. To sprawia, że Rydzyk pozostaje jednym z najczęściej cytowanych polskich księży: znacznie częściej niż zdecydowana większość biskupów. Trzeci element to bliskość ze środowiskiem politycznym Prawa i Sprawiedliwości i rządu Zjednoczonej Prawicy. Narracja mediów Rydzyka na temat Kościoła w wielu miejscach współgra z tą, którą snuje partia rządząca.

Media toruńskie, podobnie jak biskupi, wykorzystują „lud”, jednocześnie realnie odpowiadając na potrzeby części – i tylko części – ludowej warstwy Kościoła. Ani jednego, ani drugiego elementu nie należy unieważniać. Ojciec Rydzyk buduje swoje medialne imperium poprzez silne wiązanie swoich odbiorców zarówno ze środowiskiem jego mediów, jak i określoną wizją świata, Kościoła, chrześcijaństwa i Polski. Umie to również przekuć w finansowy zysk i wpływy polityczno-biznesowe. Ale demonizowanie Radia Maryja i jego twórcy nie pozwala na dojrzenie realnych przyczyn jego sukcesu. Tkwią one w tym, że owa wizja od początku „rymuje się” z określonymi doświadczeniami części polskiego społeczeństwa, które czas przemian gospodarczych i politycznych odczuły jako deprywację materialną, statusową i godnościową.

Częściowo podobnie rzecz ma się – po trzecie – ze świeckimi twórcami prawicowej narracji o Kościele, na czele z Jarosławem Kaczyńskim oraz Jackiem Kurskim. Kreują się na obrońców wartości chrześcijańskich i Kościoła w jego określonej, polskiej wersji. Ich głos ma znaczenie w społeczeństwie, a skoro tak, to także w Kościele – dla części wiernych większe niż stanowisko biskupów. Czy to Kościół wykorzystuje politykę, czy politycy Kościół? Odpowiedź na to pytanie jest złożona: procesy te zachodzą w obie strony. Zmieniają się jednak układy sił, a wiele procesów aktualnie stawia w tej relacji na uprzywilejowanej pozycji państwo i politykę.

Również politycy Zjednoczonej Prawicy przedstawiają więc siebie jako obrońców „ludu”, z „ludu” wziętych i dla „ludu” ustanowionych. To bujda, ale sprawnie wykorzystywana w walce między różnymi środowiskami elit politycznych, biznesowych i intelektualnych w Polsce. PiS jednak – co już dość gruntownie przedyskutowano, choć wydaje się, że wciąż nie do wszystkich opozycyjnych głów to dotarło – trafnie zdiagnozował i wykorzystał nastroje społeczne w 2015 roku. Ponadto do socjalnej części swojego programu dołączył komponent tożsamościowy, oparty na związkach między polskością i katolicyzmem oraz wskazywaniu rozmaitych wrogów, przed którymi PiS ma obronić Polskę. To pomogło scementować poparcie społeczne dla działań rządu oraz uzyskać przychylność znaczącej części Kościoła instytucjonalnego. Nie jest jednak prawdą, że wszyscy wyborcy PiS-u – a tym bardziej wszyscy wyborcy z klasy ludowej – odnajdują się w tej narracji i są jej przychylni. Wizja, jakoby istniał nierozerwalny związek między pochodzeniem z klasy ludowej, religijnością oraz poparciem dla polityki tożsamościowej prawicy, jest nieprawdziwa. Wskazują na to – do czego jeszcze wrócimy – badania opinii publicznej, a także historia wyborów politycznych warstw ludowych w III Rzeczpospolitej.

Ilustr.: Christina Yavorchuk

Niuanse groźne dla narracji

Wreszcie – po czwarte – narrację o Kościele tworzą także, wspierani przez liberalne media świeckie, przedstawiciele środowisk liberalnych w Kościele. Nie ma ich dużo, choć na pewno więcej, niż widać w przestrzeni publicznej. Jako że funkcjonują w hierarchicznej instytucji, w której władzę sprawują wciąż raczej środowiska wobec nich opozycyjne, część nie chce się „wychylać”. Ci, którzy mówią głośno – głównie niektórzy księża profesorowie oraz zakonnicy – są jednak chętnie zapraszani i słuchani. Nie bez znaczenia w tym kontekście są postawy ludzi, dla których emblematyczne jest stanowisko Adama Michnika głoszącego tezę, jakoby – w uproszczeniu – bez Kościoła miało posypać się w Polsce życie moralne.

Do czego owe intelektualne elity środowisk liberalnych w Kościele używają kategorii „ludu”? Po pierwsze, do demonizowania i wyjaśniania świata. Części z nich łatwiej jest wskazać źródła rozmaitych zjawisk w „wadach narodowych”, „zapóźnieniu cywilizacyjnym” czy „mentalności ludu”, niż krytykować strukturalne uwarunkowania rozmaitych postaw i poglądów. Klasycznym przykładem takiej postawy jest stosowanie figury „homo sovieticusa” dla wyjaśniania niechęci do przemian gospodarczych po 1989 roku – w czym celował choćby ksiądz Józef Tischner. W wewnątrzkościelnej dyskusji chętnie formułowane są dalece uproszczone diagnozy dotyczące „ksenofobii”, „zacofania”, „konserwatyzmu” oraz – co szczególnie istotne w tym kontekście – uzależnienia od „Rydzyka”, „biskupów” czy „księży”. Innymi słowy, chodzi o stworzenie wizji ludu nie tylko „ciemnego”, ale i bezwolnego. Po drugie jednak, część tych elit skrycie o „ludzie” marzy, wierząc, że to właśnie on jest siłą zdolną przemienić Kościół. Głoszą więc, że Kościół się odnowi, gdy „świeccy się ruszą”. Na ogół jednak w ramach tych wyobrażeń „lud” musiałby się nie tylko ruszyć, ale także zmienić – pod przewodem, owszem, „aktywnych świeckich”, ale wywodzących się z wyższych kręgów klasowo-środowiskowych. „Masy” Kościoła tu i teraz często nie spełniają bowiem kryteriów stawianych przez elitę – nawet niekoniecznie światopoglądowych, ale kulturowych: związanych z preferowanym typem pobożności czy przywiązaniem do rozmaitych rytuałów.

Każda z tych grup ma określoną siłę tworzenia narracji o Kościele i w Kościele. Żadna nie jest w stanie wyprzeć pozostałych. Każda ma tak naprawdę mniejszą siłę, niż jej się wydaje, bo najuważniej wszystkie te grupy są słuchane przez siebie nawzajem. Autoreferencyjność debaty publicznej dotyczy także dyskusji wewnątrz Kościoła. Pompowanie określonych głosów ma jednak znaczenie, bo uruchamia mechanizm zwrotny: narracja kreuje oczekiwania, oczekiwania (nawet jeśli są to oczekiwania grupy o nieokreślonej wielkości) kreują narracje. Gdy – przykładowo – arcybiskup Marek Jędraszewski otrzymuje listy pochwalne za swoją walkę z „ideologią LGBT+”, gotów jest uwierzyć, że reprezentuje uciśniony przez „lewacką ofensywę” „prosty lud” hołdujący „tradycyjnym wartościom”. Żadne z tych pojęć nie wymaga przy tym dookreślania, bo wymagałoby to niuansów. Te zaś są groźne dla jego narracji.

Między ludem a nauczaniem

Realnego i całościowego rządu dusz w polskim Kościele nie sprawuje ostatecznie nikt. Nie te czasy, nie te okoliczności. Polscy świeccy – z każdej grupy społecznej – są zróżnicowani i mają swój własny rozum. Czas urealnić wyobrażenia na ich temat.

Gdy Polaków i Polki spytać o to, kto w Kościele katolickim stanowi dla nich autorytet moralny, polskich biskupów wskazuje… 2% badanych (badanie Ipsos dla Oko.press z końcówki 2021 roku). Na Franciszka wskazuje 48%, przy czym warto zauważyć, że badanie było robione przed wojną w Ukrainie, biskup Rzymu jest daleko i mało interesuje się Kościołem w Polsce, a do tego jesteśmy niejako przyzwyczajeni do „lubienia papieża”. Księża w parafii? Tę odpowiedź wybrało 14% ankietowanych. Więzy z lokalną społecznością, znajomość konkretnych duchownych oraz ich wciąż znaczący monopol na organizowanie rytuałów przejścia (chrzty, małżeństwa, pogrzeby) odgrywają więc pewną rolę. Spośród badanych 36% odpowiedziało, że w Kościele nikt nie jest dla nich autorytetem.

Wbrew temu, co głoszą konserwatywni duchowni czy publicyści, nie jest jednak tak, że nauczanie moralne Kościoła kwestionują tylko katolicy z „Kościoła otwartego” czy lewicy katolickiej. Rozziew między wiernymi a oficjalnym nauczaniem jest bardzo silny. Dotyczy to choćby stosunku do uchodźców (w tej sprawie to akurat sami konserwatyści często stawali w opozycji do papieży i biskupów apelujących o wsparcie dla osób przybywających do Polski). Widać to także w tak mało znaczących sprawach jak piątkowy post od potraw mięsnych. Jeszcze silniejszy rozziew obserwujemy w kwestiach moralnych – również najczęściej podnoszonych przez polskich hierarchów, a więc dotyczących bioetyki i etyki seksualnej. Widać to w badaniach dotyczących seksu przedmałżeńskiego, stosowania antykoncepcji, stosunku do in vitro, zmieniających się deklaracji odnośnie do związków partnerskich, małżeństw jednopłciowych czy warunków dopuszczalności przerywania ciąży. Dokładniejsze dane płynące z tych sondaży pokazują przy tym, że przemiany postaw i poglądów dotyczą zarówno wielkich miast, jak i mniejszych ośrodków czy wsi, osób o każdym poziomie wykształcenia oraz o różnym podejściu do praktyk religijnych.

Dotyczy to również wyborów politycznych. Przekonanie, że ludzie wierzący są „skazani” na głosowanie na prawicę w rodzaju Prawa i Sprawiedliwości, jest absurdalne. Przy znacznie wyższych niż obecnie wskaźnikach deklarowanej wiary czy praktyk religijnych wybory w Polsce wygrywały SLD lub Platforma Obywatelska. Ci, którzy dla części hierarchów są dziś „solą ziemi” i polskiego Kościoła, to po części ci sami, którzy wybierając SLD w latach 90., „sprawili największy ból papieżowi Janowi Pawłowi II” (to Stanisław Dziwisz) czy też doprowadzili do sytuacji podobnej do tej, gdyby w powojennych Niemczech do władzy wróciło NSDAP (to akurat Józef Życiński). Przekonanie, że ludzie głosują na PiS, bo tak im powiedzieli biskupi, nie znajduje potwierdzenia ani w historii, ani w badaniach dotyczących źródeł tego poparcia, ani w deklarowanym stosunku społeczeństwa do hierarchów kościelnych.

A miejscowy duszpasterz? Ma posłuch tam, gdzie mówi z sensem i gdzie trafia do ludzi, gdzie nie zdziera z nich pieniędzy i gdzie organizuje wspólnotę. Gdy jest inaczej, wierni go najczęściej ignorują lub tolerują o tyle, o ile muszą, by korzystać z religijnych posług. Niekiedy – gdy przegnie – dopominają się zmiany lub nawet siłowo odbierają klucze do swojego kościoła.

***

Procesy społeczne są nieubłagane. Społeczeństwo się laicyzuje i liberalizuje światopoglądowo. Dotyczy to szczególnie młodzieży. Zmieniają się również relacje we wspólnocie wiernych Kościoła. Coraz więcej osób przywykłych do funkcjonowania w innej rzeczywistości – zwłaszcza właśnie młodych – nie uznaje kontrreformacyjnych formuł rodem z katechizmu z czasów soboru w Trydencie w rodzaju: „Proboszcz niech poucza wiernych, aby…”. Tradycyjny model pobożności oparty na jednostronnym przekazie wciąż jest w Kościele w Polsce silny, ale stopniowo słabnie i będzie słabł jeszcze wyraźniej. Coraz mniej też będzie ludzi w Kościele z przyzwyczajenia czy z „dziedziczenia”, a coraz więcej z wyboru. To już się dzieje. A ludzie będący w Kościele z wyboru – gdziekolwiek by nie mieszkali i jakich poglądów by nie mieli – będą domagać się większej podmiotowości względem duchowieństwa.

Kiedy arcybiskup Józef Michalik mawiał swego czasu, że „katolicyzm ludowy jest przyszłością Kościoła”, raczej nie miał na myśli wyraźnego upodmiotowienia wiernych. W większym stopniu liczył na utrzymanie modelu religijności, w którym księża i zwłaszcza biskupi mają zdecydowanie najwięcej do powiedzenia, religijność utrzymuje się na masowym poziomie, a do katolickiej większości nagina się reszta społeczeństwa. Z wielu względów to ostatnie lata takiego modelu funkcjonowania Kościoła. Polscy biskupi w większości wciąż nie są gotowi na podzielenie się swoją władzą. Ale będą musieli to zrobić.

Pytanie, czy świeccy, którzy w Kościele zostaną, są gotowi – jako grupa – do tego, by wziąć większą odpowiedzialność za wspólnotę. Być może. To właśnie to pytanie jest kluczowe, a nie próby diagnozowania „ludu” jako całości. Bo to tylko konstrukt. „Lud” po części księży i biskupów szanuje, po części zupełnie ich nie poważa. Liczy się z opiniami niektórych w niektórych sprawach, w innych ich głos całkowicie ignoruje.

Przedstawicieli warstw ludowych należy po prostu traktować jako podmioty swoich działań, wyborów i postaw, zamiast traktować ich jak bezwolne, podobne do siebie marionetki w rękach „czarnych” i PiS-u. Nie ma też co wzdychać do jego wyobrażonego, a niemającego wiele wspólnego z rzeczywistością ujednoliconego obrazu. Bo obie postawy to tylko i aż projekcje.

 

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×