Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Już idę do grobu

Pogrzeb jest powinnością wspólnoty wobec zmarłego i jego rodziny. Może dlatego pandemiczne pogrzeby były tak trudne – ograniczone do bolesnego minimum, uniemożliwiały realizację potrzeby pożegnania.
Już idę do grobu
Panowie z Ruszkowa Pierwszego, fot.: Piotr Baczewski

Śmierć na wsi była kiedyś odbierana jako naturalna kolej rzeczy. Umierało się w domu i tam urządzano pożegnanie. Zawsze towarzyszyło mu śpiewanie. Obrzęd pogrzebowy prowadziły osoby, które dobrze znały kolejność działań i modlitw, wszystkie nakazy i zakazy związane z tą ceremonią.

W Ruszkowie Pierwszym, wsi położonej na pograniczu ziemi łęczyckiej i Wielkopolski, mieszkają jeszcze panowie, którzy śpiewają na pogrzebach od młodych lat. Swoje działanie nazywają ostatnią posługą. To wybitni śpiewacy i znawcy obrzędów. Kultywują dawne zwyczaje śpiewacze, takie jak majowe śpiewanie pod kapliczką czy wielkopostne śpiewane czuwanie przy Grobie Pańskim. W Ruszkowie wciąż urządza się pożegnania zmarłych w starym stylu. Śpiewanie przy zmarłym odbywa się w wieczór przed pogrzebem w kaplicy przycmentarnej. Pandemia pokrzyżowała te zwyczaje, i obecnie są one kultywowane coraz rzadziej.

***

​​ Z Joanną Skowrońską rozmawiają Kasia Bartosik i Ola Senn. Osią rozmowy są spotkania Joanny ze śpiewakami pogrzebowymi z Ruszkowa Pierwszego i ziemi łęczyckiej.

Czym jest pogrzeb?

Obrzędem przejścia. Zadaniem społeczności jest przeprowadzenie zmarłego na drugą stronę, niedopuszczenie do zawieszenia się duszy między światami. Pogrzeb łączył się z wieloma zabiegami magicznymi, które miały pomóc zmarłemu, a jednocześnie chronić społeczność przed powrotem duszy.

Jakie czynności wykonywano od momentu śmierci do pogrzebu?

Najpierw przez dwa albo trzy dni czuwano w domu przy zmarłym. Przez cały czas trwania obrzędu paliły się świece: przy konaniu, wynoszeniu ciała, podczas konwoju żałobnego, w kościele, na grobie i w domu, w którym przeżywano żałobę. Gdy było chłodno, ciało w domu podczas czuwania otaczano lichtarzami i kwiatami, a w gorące dni należało je chłodzić – kładło się je na piasku, w którym zakopywano kosy i siekiery. Przynoszono też balie z wodą.

Co się w tym czasie działo?

Te trzy dni to tak zwane czuwanie, w niektórych rejonach zwane także pustymi nocami. Zbierano się wówczas w domu zmarłego, śpiewano, modlono się. Zazwyczaj obecni byli rodzina, sąsiedzi, a także śpiewak, śpiewaczka albo cała grupa śpiewających, którzy odgrywali rolę przewodnika obrzędu. Takie osoby zazwyczaj już od młodych lat uczestniczyły w uroczystościach i wówczas dowiadywały się, jak należy je prowadzić. Uczyły się, co i po co śpiewać, a także jakie działania wykonać. Możemy nie rozumieć, dlaczego to takie ważne, że musimy pożegnać się ze zmarłym – chociażby przez dotknięcie go; musimy położyć go w konkretnym miejscu, na danym cmentarzu i zaśpiewać konkretne pieśni; że musi wyjść nogami do przodu, że trzeba zasłonić okna i lustra, zatrzymać zegar. W dawniejszych wierzeniach pomagało to zmarłemu przejść na drugą stronę i jednocześnie uchronić żywych przed pozostaniem duszy zmarłego wśród nich, co mogłoby zaszkodzić obu stronom. Te czynności w trakcie pogrzebu są odblaskiem tych wierzeń. U Słowian silnie zakorzeniony był kult przodków. Dusze zyskiwały swoje miejsce w drzewie życia danego rodu. Zmarli, nasi przodkowie, kilka razy w roku „obchodzili” swoje święto i nie wyglądało ono tak jak dzisiejsze Zaduszki. Najbliżej starych zwyczajów jest obecnie Wigilia, podczas której nadal zostawiamy pusty talerz – niegdyś dla przodków, dziadów, dziś dla wędrowca, gościa. Potrawy wigilijne zawierają grzyby, mak, czyli pożywienie z granicy światów, nadające się także dla dusz. Dzieliliśmy się z przodkami jadłem i napitkiem, także na cmentarzach. Do dziś w Łęczyckiem bardzo ważne jest, aby iść w święta Bożego Narodzenia na cmentarz, ale nie każdy pamięta już o pochodzeniu tego zwyczaju ani o jego wadze.

Czy są jeszcze miejsca, w których pogrzeb odbywa się w tej starej formie?

W Ruszkowie jeszcze do lat 80. XX wieku organizowano czuwanie w domu zmarłego. Każdy mógł przyjść, zmówić modlitwę, pożegnać się, dotknąć zmarłej osoby. Kiedyś to śpiewacy prowadzili cały obrzęd: czuwanie, kondukt pogrzebowy i złożenie do grobu. Trzeba było znać odpowiednie czynności i pieśni. Teraz obrzęd ogranicza się do jednego wieczoru czuwania i pogrzebu. Nie wiem, jak jest w innych częściach kraju, ale raczej nie jest to powszechna dziś praktyka.

Co śpiewano?

Każdy region miał swój porządek obrządku. Jedni śpiewali „Kto się w opiekę odda Panu swemu” przy czuwaniu, inni podczas przemarszu konduktu pogrzebowego z domu na cmentarz. W Ruszkowie podczas pogrzebu śpiewano między innymi „Już idę do grobu”, „Przez czyśćcowe upalenia”, a przy składaniu do grobu „W mogile ciemnej”. W Łęczyckiem najczęściej były to „Zmarły człowiecze” oraz „Chrystus Pan jest mój żywot”. Pieśni pogrzebowe mają specyficzne, transowe melodie; ich teksty wprowadzają w stan zadumy. Jest w nich zazwyczaj mowa o nieuchronności śmierci, ale też o jej cielesności: o robactwie i gniciu. Jedne z piękniejszych, chętnie wykonywanych przez wszystkich śpiewaków to: „Cokolwiek w świecie wszystko marność”, „Żegnam cię, mój świecie wesoły”. Czasem wykonuje się także pieśni wielkopostne, na przykład „Płaczcie, Anieli”. W prawie każdym regionie wykonuje się „Dobry Jezu a Nasz Panie” oraz śpiewany „Wieczny Odpoczynek”. To również bardzo ciekawy temat – śpiewane modlitwy – ponieważ każdy region ma swoje melodie.

Właśnie, wydaje się, że dziś te teksty mogą być trudne do przyjęcia, chociażby ten fragment z „Żegnam cię…”: „Mól będzie posłanie, robak kołdrą stanie”. To nie jest język, który przystaje do eleganckiego pożegnania w nowoczesnym stylu.

A taki tekst?

Choćbym się w cielesnéj kochał krasie,

I ona się w szpetność zmieni w czasie;

Ach! niestała piękność ciała

Wczoraj się świeciła, dziś spróchniała.

 

Zmieni się cielesna śliczna barwa,

Będzie z niéj plugawa śmierci larwa,

A z pięknego nic brzydszego

nie masz nad człowieka umarłego.

 

Ten, co cię za życia umiłował,

Ręce twoje mile, twarz całował,

Już z daleka nos zatyka,

Twarz, oczy odwraca, precz ucieka.

Tak, jesteśmy bardziej odseparowani od ciała, nie czujemy tego zapachu ani zgnilizny, ciało jest zazwyczaj w kostnicy, a zmarłego – jeśli w ogóle widzimy – to już „przygotowanego”, jak mówią grabarze. Trzeba pamiętać, że na wsi śmierć, o ile nie nastąpiła nagle, była czymś bardzo naturalnym. Jest takie powiedzenie: „zimny jak trup”. Tylko ktoś, kto naprawdę tego doświadczył, wie, co to znaczy. Współczesny pogrzeb jest smutny, podniosły, lecz także bardzo oszczędny, najlepiej krótki. Według mnie temat śmierci jest obecnie tematem tabu, przeżywanie żałoby jest społecznie bardzo trudne. Niegdyś ten temat był na tyle naturalny, że te teksty, o których mówicie, ba!, niektóre melodie – obecnie zbyt „wesołe” – w ogóle nie raziły, nie były czymś nie na miejscu, nie traktowano tego jako brak szacunku. Wręcz przeciwnie. Miały pomóc obu stronom: przejść w spokoju, przeżyć emocje, takie jak smutek oraz żal, i uwolnić się od nich w odpowiedni sposób. Nie powiem, że pogrzeb kiedyś nie był smutny, zawierał jednak w sobie tę mądrość, że zmarły już jest po drugiej stronie: nie cierpi, jest mu w pewien sposób lepiej. W pieśni „Zmarły człowiecze” jest fragment: „Niedługo bracie z tobą się ujrzymy. Jużeś tam doszedł, my jeszcze idziemy”. Ty, zmarły człowiecze, masz już spokój, a my wciąż jeszcze jesteśmy w drodze. Osobiście naprawdę nie byłam na smutnej stypie. Samo słowo „konsolacja” oznacza także pociechę. To taka ostatnia „impreza” dla zmarłego. Wówczas wspomina się nie tylko dobre uczynki, to, jakim ktoś był człowiekiem, lecz także przywołuje się anegdoty i zabawne sytuacje. Zwykle takie spotkanie przynosiło wszystkim ulgę.

Co jednak w przypadku nagłej śmierci?

W dawnych wierzeniach, jeśli śmierć nie wydarzyła się naturalnie, istniało ryzyko, że zmarli przekształcą się w demony: rusałki albo wampiry. Obecnie wprost tak się tego nie nazywa, lecz ludzie nadal się boją, że taka dusza „nie ma spokoju” i może zaszkodzić lub „błąkać się”. Z drugiej strony jednak nie wbija się już kołków osikowych w serce. Panowie z Ruszkowa opowiadali, że jak ktoś umarł nienaturalnie, na przykład się powiesił, to bywało, że ludzie walczyli o przedmioty, które wiązały się z tą śmiercią, jak choćby sznurek, bo uważano, że mają moce magiczne. Taka śmierć do dziś zresztą wzbudza potężne emocje i jest zaburzeniem pewnego naturalnego stanu. O strachu przed niespodziewaną śmiercią mówi chociażby suplikacja „Święty Boże”.

Czy pieśni pogrzebowe można śpiewać poza kontekstem obrzędu?

Te pieśni były śpiewane w konkretnym celu, w konkretnym miejscu i w konkretnym czasie. Panowie z Ruszkowa zawsze umawiają się ze mną w kaplicy, wyciągają katafalk, kładą na niego koc, stawiają wódkę. Nie chcieli nigdy śpiewać „po domach”. Według nich najważniejsza jest intencja – tak jak w modlitwie. Uważają, że jeśli nie masz intencji, a śpiewasz te pieśni, to możesz na siebie ściągnąć nieszczęście. Tego po prostu nie można śpiewać „na pusto”. Stąd taki ich żart branżowy, który często powtarzają: ktoś musi się poświęcić. Owszem, panowie dali się namówić na koncert w archikolegiacie w Tumie, ale musiał on być w intencji zmarłych, śpiewali też pieśni do Świętych w konkretnych intencjach.

Jakiś czas temu śpiewaliśmy z panami pieśń do Świętego Mikołaja, który jest między innymi patronem uciśnionych, więźniów i rozbitków. Tam jest taki tekst:

Do ciebie, cnót obrońco wielki, w dobytkach strażniku,

Z ufnością garnie się człek wszelki, sierot miłośniku,

Broń nas każdego przypadku złego,

Którzy do ciebie w każdej potrzebie

Garniem się sieroty.

 

Ciebie Bóg obrał za Patrona wszelkiemu ludowi,

Wzywa cię każda świata strona obcy i domowi,

Abyś w ich sprawie pomógł łaskawie,

Stawał w obronie wielki Patronie,

Święty Mikołaju!

To się działo w momencie kryzysu uchodźczego na granicy. Panowie powiedzieli, że śpiewamy w intencji tych ludzi na granicy, w intencji pokoju. Dlatego warto znać kontekst tych pieśni, ich przesłanie, bo mogą być z powodzeniem używane do dziś. Przede wszystkim należy rozumieć te teksty i wierzyć w ich moc, w siłę tej intencji, żeby nie były tylko śpiewaniem „na pusto”, a to chyba obecnie jest problemem: brak tej wiary, tego odnośnika.

Co masz na myśli?

Te pieśni tradycyjne dotykają strun, które nie dla wszystkich są już dostępne. Nie wszyscy mają taką wrażliwość. Stare pieśni są w zakresie doświadczenia panów z Ruszkowa, nie naszym. Tak jak przed chwilą mówiłyście: nie wszystkie stare teksty są zrozumiałe, czasem są wręcz postrzegane jako niestosowne do sytuacji. Trzeba znaleźć nowe formy, które poruszą współczesnych ludzi. I tak na przykład ostatnio, na pogrzebie mojej mamy, która była związana przez całe życie z hufcem, harcerze zaśpiewali „Ogniska już dogasa blask” i tak jak niektórzy się jeszcze „trzymali”, tak ta pieśń po prostu poruszyła wszystkich. Chociaż mnie bardzo dotykają te stare pieśni, w których zmarły żegna się z rodziną, sąsiadami, światem materii, ale i kosmosem.

Opowiedz więcej o panach z Ruszkowa. Czy działają też na pogrzebach w innych miejscach, czy tylko w Ruszkowie?

Oni śpiewają tylko u siebie, czasem w Dobrowie, bo Ruszków należy do parafii Dobrów. Panów jest pięciu: Antoni Śliwka (ur. 1939), Szczepan Sochacki (ur. 1946), Zdzisław Śmiglewski (ur. 1944), Józef Kuźnik (ur. 1939) i Kazimierz Urbaniak (ur. 1947). Mają co robić, bo na wsi zawsze jest jakiś pogrzeb. Gdy umiera ktoś we wsi, to oni zawsze śpiewają, już nawet utarł się taki żart, że gdy jeden ze śpiewaków odwiedza drugiego, to znaczy, że ktoś umarł. Panowie za śpiewanie nigdy nie biorą opłaty, bo mówią, że jest to ostatnia posługa, a nie usługa. To jest tak, jak teraz wszędzie na wsiach, że ludzie wyjeżdżają, więc nie ma kto tego kontynuować.

Komu teraz przekażą pałeczkę?

Nie ma komu. Młodzi wyjechali, a poza tym nie są tym zainteresowani. Dlatego najlepszym pomysłem wydaje się przekazanie pałeczki grabarzom.

I oni są chętni?

Trochę nie mają wyboru, uczą się w starym stylu – są na każdym pogrzebie w Ruszkowie, na którym panowie śpiewają, zatem siłą rzeczy znają już ten repertuar. Chodzi bardziej o to, by ludzie także chcieli ten repertuar słyszeć, by nie był on czymś „ze starego świata”, lecz nadal aktualnym obrządkiem.

Dlaczego śpiewaniem na pogrzebach zazwyczaj zajmują się mężczyźni? Bo w Ruszkowie kobiety robią głównie tak zwane powtóry, tak?

To zależy od regionu. W wielu miejscach było tak, że faktycznie to mężczyźni prowadzili obrzęd, a kobiety śpiewały powtóry, albo kobiety śpiewały w domu przy trumnie, a mężczyźni na pogrzebie. Zmieniały się również osoby czuwające, dzięki czemu nikt nie męczył się wielogodzinnym śpiewem. Zdarza się też, że to same kobiety prowadzą obrzęd. To jest w ogóle ciekawy temat w kontekście ludowej pobożności. Znaczenia tego, co męskie i żeńskie w kulturze, opisywali antropolodzy, głównie strukturaliści, i można bez problemu znaleźć fachową literaturę mówiącą o roli tych „żywiołów” w obrzędach. To, że mężczyźni prowadzili obrzęd, nie oznacza, że rola kobiet była mniej ważna. Wynikało to jeszcze z przedpatriarchalnej struktury. Ona nie zakłada nierówności ani niesprawiedliwego podziału ról. Kobiety były związane z naturą, śpiewały wesnianki, otwierały przyrodę, przywoływały deszcz, śpiewały na weselach czy w takich momentach, w których potrzebne było wstawiennictwo. Mężczyźni z kolei śpiewali na pogrzebie: to też jest potężna sprawa – przeprowadzenie kogoś na drugą stronę. Ale śpiewali i na weselach.

Pogrzeb Jana Potakowskiego z Kiełminy, 1960, Archiwum Marianny Różalskiej, Archiwum Łęczyckie

Kto zazwyczaj wygłaszał mowy pogrzebowe?

Egzorty zwykle wygłaszali mężczyźni. Powtarzały się w nich motywy nieuchronności śmierci każdego człowieka, czyli memento mori, i apel o nieosądzanie życia zmarłego, by ten mógł odejść w pokoju. Pan Antoni Śliwka wspomina: „Mieliśmy tu bardzo dobrego znajomego, który się powiesił, po tygodniu czy dwóch to żeśmy go znaleźli, ale było wtedy troszkę mrozu i powiesił się tam, w lasku, tam na swoim poszedł. I tam ja mu też wtedy taką skromną przemowę powiedziałem, że dziękując wszystkim za przybycie na pogrzeb i tak dalej, załamanie psychiczne i tak dalej, nie może przekreślać całkowicie czynów człowieka, który czasami nieraz dobrze robił, a był moment, coś się zakręciło i poszedł na, jak to mówią, w drugą stronę, bo ile ludzi tak jest, że był dobrym człowiekiem, a zaś coś pęknie i na złą drogę”. Panowie z Ruszkowa do dziś wygłaszają egzorty, ale zaznaczają, że nie przemawia się dla bliskich zmarłych, jest to emocjonalnie za trudne. Obecnie takie mowy, na przykład od rodziny, czyta ksiądz lub wykwalifikowany Mistrz Ceremonii, którym jak najbardziej może być także kobieta.

A co z instytucją płaczki? 

Płaczkami były kobiety. W Ukrainie wciąż się lamentuje, u nas ten zwyczaj szybko zanikł. Moi rozmówcy lamentów przy konaniu ani podczas pogrzebu już nie pamiętają. Jedyne wspomnienia dotyczące tego tematu dotyczyły osób urodzonych około 1920 roku i wcześniej, które pamiętały jeszcze czasy przedwojenne i ich złożoność kulturową. W Łęczyckiem mieszkało wtedy wielu protestantów – luteranów, mariawitów – i Żydów. Ci ostatni mieli cmentarz na górce w Ozorkowie, niedaleko dzisiejszej ulicy Granicznej. Za konduktem pogrzebowym, który kierował się na kirchol, szły tak zwane płaczki żydowskie zawodzące i płaczące: „Aaaj, aaj, ona taka młoda była, tylko 83 lata miała, aj, aj”. To wspomnienie mojej babci, Wiesławy Pałasz. Ja słyszałam lamenty w Ukrainie. Lamentuje się w dziady lub w tak zwanego Kusta, czyli wigilię Zielonych Świątek, zwanych tam Trijcą. Ludzie idą na groby, zostawiają kieliszek wódki, chleb na talerzyku i lamentują. Jest to konkretny sposób zaśpiewu, nie jest to „zwykłe płakanie”. Lamenty mają osobisty charakter, wyśpiewuje się swoje troski. W Ukrainie zobaczyłam – i bardzo mnie to ujęło – jak ważna jest możliwość płakania publicznie, możliwość wyrażania emocji w ogóle. Śpiewaliśmy przed domem ze śpiewaczkami z Polesia i przyszedł mężczyzna, któremu niedawno zmarła żona – koleżanka tych śpiewaczek. Wszyscy śpiewali, rozmawiali, a on przy nas siedział i płakał. Dla mnie to był pewnego rodzaju szok – przychodzi dorosły facet i płacze, wręcz wyje, a ja nawet nie wiem, o co chodzi. Okazało się, że po prostu jego żona śpiewała zawsze w tym ansamblu, jeździła do Polski i ten śpiew zwyczajnie go wzruszał, przypominał wtedy sobie żonę. Nikt mu nawet słowa nie powiedział, ktoś mu tam kielicha podał, ktoś go przytulił, wiedzieli, o co chodzi. On musiał to po prostu przeżyć. W Polsce mamy z tym ogromny problem.

Polacy też nie śpiewają.

Tak. To kolejny duży temat. Śpiewanie komuś pieśni na pogrzebie to skrajne odsłonięcie się, tak jest traktowane, nawet wśród grabarzy. Bo śpiew obecnie jest z tym utożsamiany – z wewnętrznymi przeżyciami. Tak mi się wydaje. Niegdyś to był po prostu niezbędny element danej sytuacji, narzędzie z konkretną funkcją. Kultura jest narzędziem opresji. Tego nie wolno, to nie wypada, to trzeba i tak należy. To, że nie śpiewamy, też z tego wynika – nie wypada, wstydzę się lub „nie będę się ośmieszał”. Ale to także wynik braku narzędzia, czyli umiejętności śpiewu po prostu, a co za tym idzie – pewności, że to zadziała dobrze, odegra swoją rolę w obrzędzie czy danej sytuacji. Te punkty styczne, które były niegdyś przypisane społeczności – śpiew na pogrzebie, weselu – przejęli teraz profesjonaliści. Kiedyś, gdy mężczyzna śpiewał, to nikt nie mówił: o, teraz facet śpiewa! To było normalne. Tak samo śpiewanie, które było kiedyś mocno męskie, na przykład to pogrzebowe. Kulturowo się to po prostu pozmieniało, więc obrzęd też się musi zmienić.

Z obrzędów zostały już w zasadzie resztki, puste rytuały.

Tak, ale mocno wierzę, że nawet jedna osoba jest w stanie to zmienić, coś uruchomić. Myślę, że jedna grupa pogrzebowa jeżdżąca z pieśniami, śpiewająca chociażby „Ogniska już dogasa blask” czy „Żegnam cię, mój świecie wesoły” absolutnie może to zmienić, bo ludzie tego potrzebują. Rytuały, obrzędy zmieniają się, są żywe, jak kultura. To od nas zależy, co przekazujemy dalej, co chcemy, żeby zostało, a co – żeby odeszło.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×