dwutygodnik internetowy
7.05.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Parę belek z duchem

Spało się na słomie, często razem ze zwierzętami. Jeść co nie było, więc można się było nająć do zbierania ziemniaków. I jak się zebrało więcej koszyków, to jeden bauer dawał na własność. Albo i nie dawał. Bo my niby banderowcy, a kto banderowcom uwierzy, że ich Polak oszukał?

Maria Potrapeluk, fot. Dawid Zieliński

Maria Potrapeluk, fot. Dawid Zieliński

Tekst pochodzi z 36. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Biblia dziesięciolecia”.

Cerkiew w Godkowie wygląda jak z folderu podkarpackiej organizacji turystycznej. Z niewielkiego pagórka wyrasta solidny fundament z polnych kamieni. Na nim wspierają się masywne, choć trochę nierówno pociemniałe dechy. Z krytego gontem dachu w niebo strzelają cebulaste wieżyczki. W środku przedsionek i nawa, ikonostas i ołtarz. Tylko co wizytówka dawnej Galicji robi przy biegnącej przez powiat elbląski drodze wojewódzkiej 513, na styku historycznych pruskich krain Warmii i Oberlandu?

Ze wschodu na zachód

Przyjeżdżali kilkoma rzutami. Pierwsza grupa, mniej liczna, pojawiła się w okolicy w maju 1947 roku. Mówi się, że mieli nie najgorzej. Akcja Wisła dopiero się rozkręcała, więc „propozycja” wyjazdu bliższa była zdecydowanej sugestii niż czystemu przymusowi. Podróż mogła się wydawać krótka i w miarę komfortowa, choć tylko pod warunkiem, że porówna się ją do trwających po trzy tygodnie odysei przesiedlanych w kolejnych miesiącach. No i najważniejsze – po przyjeździe był jeszcze czas, by zatroszczyć się o pola. W połowie maja jest jeszcze szansa na obsianie i obsadzenie ziemi, by nie cierpieć głodu w zimie.

Największa fala przymusowych przesiedleńców ruszyła ze wschodu kilka miesięcy później, w drugiej połowie lipca. Po chudych wojennych latach najważniejsze było jedzenie, więc wiele osób ocenia tamte czasy przede wszystkim z perspektywy regularności posiłków. Dlatego olbrzymie niedogodności długiej podróży, odbywanej w towarzystwie hodowlanego bydła, można by jeszcze znieść, gdyby nie myśl o gotowych do żniw pól, które trzeba było porzucić. – Miałam jedenaście lat, jak przyjechali do naszej wsi z wojskiem i wozami – wspomina Maria Potrapeluk, która wraz z rodziną dostała 24 godziny na opuszczenie rodzinnego gospodarstwa w Wólce Tarnowskiej. – Wszystko było już w polu. Kopy zboża, ziemniaki, wszyściutko. Załadowali nas na wozy. Wziął mnie żołnierz pod pachy i posadził na wóz. Braliśmy głównie chleb. Ale żołnierz zdjął obraz i przyniósł nam do wozu. Moja mama mówi: „Panie, gdzie my to będziemy brać?”. Bo plotka różna szła. A żołnierz mówi: „Proszę pani, my was wieziemy na ziemie odzyskane. Tam będziecie żyli, tam będziecie mieli domy”.

Prawdopodobnie żołnierze rzeczywiście nic więcej nie wiedzieli. Polityka osiedleńcza akcji Wisła rządziła się swoimi regułami, które były określane na samych szczytach władzy, a potem realizowane niekonsekwentnie i bez wtajemniczania lokalnej administracji. Wiadomo było tylko, że sąsiadów powinno się rozdzielać, nie dopuszczać do powstawania dużych społeczności z dominującą jedną nacją czy religią i unikać zasiedlania terenów przygranicznych. Przy takich priorytetach trudno jednak zrozumieć, jak to się stało, że w okolicach nadgranicznego Godkowa powstała prawdziwa enklawa, w której mówiący po ukraińsku i chodzący w niedzielę do cerkwi byli mniejszością tylko z nazwy.

Sąsiedzi

W pierwszych dniach sierpnia 1947 roku pociąg towarowy dowiózł rodzinę Marii Potrapeluk do Olsztyna. Tam przesiedli się na wozy, którymi przebyli ostatnie kilkadziesiąt kilometrów. Od tego momentu kontrolę nad akcją osadniczą przejmowały władze lokalne. Decyzje podejmowali miejscowi notable, złośliwie zwani „wójtami”, „bambrami” lub „bauerami”. W realiach gigantycznych powojennych migracji spędzenie nawet niecałych dwóch lat w tym samym miejscu pozwalało uchodzić za starego mieszkańca i przy właściwej orientacji politycznej dawało szansę na awans do nowej lokalnej elity. W dawnych Prusach Wschodnich należeli do niej przede wszystkim przybysze z Mazowsza i centralnej Polski. Początkowo, jeszcze w 1945 roku, przyciągał ich szaber. Potem wielu z nich zdecydowało się zostać na stałe. Kusiły ich murowane domy, żyzna ziemia czy przejęte w spadku po Niemcach nowoczesne maszyny rolnicze.

Gdy w okolicy zaczęły pojawiać się wielkie rzesze nowych mieszkańców, ludzie, którzy przyjechali tam chwilę wcześniej, naturalnie weszli w rolę gospodarzy. Choć zdążyli już pozajmować najbogatsze i najlepiej zachowane domy, w przybyszach widzieli zagrożenie dla swojej świeżej pozycji społecznej i zaczątków stabilizacji. – Różnie to bywało – wspomina Maria Potrapeluk, która jak wszyscy inni skazana była na łaskę i niełaskę „wójtów”. – Wiadomo, że nikt nie był wtedy bogaty, ale nas źle traktowali. Najpierw przywieźli nas i wywalili na drogę. Kazali szukać mieszkania. Co lepsze były już zajęte. To, co zostało, było rozszabrowane, nie było okien, drzwi, podłogi. Spało się na słomie, często razem ze zwierzętami. Jeść nie było co, więc można się było nająć do zbierania ziemniaków. I jak się zebrało więcej koszyków, to jeden bauer dawał na własność. Albo i nie dawał. Bo my niby banderowcy, a kto banderowcom uwierzy, że ich Polak oszukał?

„Bamber” sprzedający za grube pieniądze drzwi, które jakoby przypadkiem idealnie pasują do framugi i da się je otworzyć pękiem kluczy znalezionym w zdewastowanym domu. Przywiezione ze wschodu krowy, które, oddane na kilka pierwszych dni do stodoły sąsiada, nie wróciły do dziś. Aresztowania na dwa tygodnie pod absurdalnym zarzutem przynależności do bliżej nieokreślonej bandy. Przezywanie „upowcami” czy „banderowcami” żołnierzy przedwojennego Wojska Polskiego, uczestniczących w kampanii wrześniowej i akcji Burza.

Dla przesiedlonych w ramach akcji Wisła powojenny terror i bezprawie trwały dłużej niż w reszcie kraju. Zataczały też szersze kręgi, włączając w krąg doświadczonych wojenną trwogą osoby urodzone już w czasach pokoju. Aleksander „Sławek” Bruszewski swój rodzinny Jaworzec zna tylko z opowieści rodziców. Edukację zaczynał już w Polsce Ludowej. Szybko okazało się, że układami w szkole rządzić będzie ta sama przemoc i hierarchia, co w urzędzie, miejscu pracy czy na zebraniu wiejskim. – Była ludność zbierana. Byli przyjezdni z centrali. Potem ci zza Buga i od Wilna. No na koniec byliśmy my – pierwsza klasa Sławka Bruszewskiego przypadła na początek lat 50. Mimo to o powodzeniu uczniów w szkole decydowały nie wyniki, ale adres zamieszkania. I to sprzed kilku dobrych lat. – Każdy miał jakieś zdanie o innych, napięcia były, szczególnie na początku. Ale to trzeba powiedzieć: najprościej i bez strachu było wyżyć się na nas. Ja miałem dwa kilometry polną drogą do szkoły, a zimy były ostre, z zamieciami i zaspami. Któregoś dnia spóźniłem się przez to do szkoły. Nauczyciel zawołał mnie do siebie. „Na którą się przychodzi do szkoły?”. Ja coś tłumaczę. A on mówi tylko: „Dawaj rękę”. I taką grubą linijką oberwałem. „Siadaj”. A za mną przyszedł taki Kazik. Z Garwolina pochodził. Do szkoły miał bliżej i lepszą drogą. Nauczyciel mówi: „O, jeszcze jeden spóźnialski”. I na tym się skończyło, nawet specjalnie nie wrzeszczał. Było nas w klasie kilkoro z akcji Wisła i nikt nie zdał na następny rok. Trochę przez to, że słabo po polsku mówiliśmy, ale też za pochodzenie.

Względne poczucie bezpieczeństwa pojawiło się dopiero w drugiej połowie lat 50. Zmiany polityczne i atmosfera odwilży zbiegły się z naturalnym procesem nawiązywania sąsiedzkich stosunków. Trudno ocenić, czy bardziej do złapania oddechu przyczyniło się wydanie przesiedleńcom zgody na odwiedzenie rodzinnych stron czy też poznawanie się z polskimi sąsiadami. Poprawa stosunków budowana była jednak na polskich zasadach. W szkole uczono tylko języka polskiego. A jak ktoś nie chciał lub nie mógł jechać w niedzielę kilkunastu kilometrów na nabożeństwo do cerkwi w Pasłęku lub w Ornecie, to zostawała modlitwa w domu albo katolicka msza. Kościół – z wygody i z chęci pojednania – wybierało wiele osób. Każdy miał jednak poczucie, że cerkiew jest mu potrzebna. Chociażby po to, by ekumenizm nie był koniecznością, a wyborem. No i po to, by symbolicznie spróbować wyrównać dawne krzywdy, których doznała ludność pochodzenia ukraińskiego.

Aleksander „Sławek” Bruszewski, fot. Dawid Zieliński

Aleksander „Sławek” Bruszewski, fot. Dawid Zieliński

Podwójne święta

By trafić do domu Marii Żuk wystarczy, jadąc tą samą drogą 513 od strony Pasłęka, kilka kilometrów przed Godkowem skręcić w prawo. Zadbane gospodarstwo jest domem wielopokoleniowej rodziny, której Maria jest nestorką. Przyjechała, tak jak wszyscy z jej okolic, w ostatnich dniach lipca 1947 roku. Cerkiew w życiu Marii Żuk odgrywa niezwykle ważną rolę. Nie tylko dlatego, że jest osobą głęboko wierzącą. Język, w którym się modli, i obrządek, w którym została ochrzczona, zaważył na całym jej życiu – od najmłodszych lat był przyczyną wielu zdarzeń, także takich zdecydowanie spoza świata religii.

Po raz pierwszy odczuła to kilkadziesiąt lat wcześniej i kilkaset kilometrów dalej. To wtedy, kilka lat przed II wojną światową, sanacyjna Polska rozprawiała się brutalnie z prawosławnymi i grekokatolickimi obywatelami. Na południowym Podlasiu i Chełmszczyźnie zapłonęły setki cerkwi. Także ta, która znajdowała się w niewielkim Zahorowie. – W samym środku miejscowości była taka ładna cerkiewka i placyk przed nią. Na Piotra był zawsze odpust – wydarzenia tamtego lata są jednymi z pierwszych wspomnień Marii Żuk. – Tego dnia tata posłał mnie do babci do Połoczek, pięć kilometrów dalej. Po drodze mijaliśmy takie czarne maszyny, jakby ciągniki. Ale nie zastanawiałam się po co to. Jak przyjechałam na miejsce, to babcia nerwowo chodziła tam i z powrotem. I zaraz zaczyna płakać. Pytam się babci: „Babciu, czego ty płaczesz?”. A babcia mówi: „Zobaczysz, to też będziesz płakać”. I zaraz słychać było z oddali trzaski. Najpierw jak rozjeżdżali cerkiew ciągnikami, potem jak ją podpalili. I szedł dym, czarny, prosto do nieba. Słychać było płacz ludzi. Z pięciu kilometrów. Na następny dzień pojechaliśmy tam, to popiołu było dosłownie jak do sufitu. Wszystko spalili, Chorągwie, krzyże, prestoły. Drzewa, grube lipy, zdążyli też wyciąć. I został pusty plac z dziurą pośrodku.

W Godkowie na Warmii odpust przypada 14 października, w święto Opieki Bogurodzicy. Tak jak w Zahorowie, cerkiew stoi w środku miejscowości i otaczają ją stare drzewa. Po bluszczu i pozostałościach nagrobków można poznać, że kiedyś w tym miejscu znajdował się niemiecki cmentarz. Dziś pochówki odbywają się kawałek dalej, za miejscowością, ale koło cerkwi wyrósł niedawno dom pogrzebowy, w którym odbywają się pobożne czuwania przy ciele zmarłego. Kiedyś mary odbywały się w domach, ale jakiś czas temu wprowadzone zostały rygory sanitarne, które tego zabraniają. Dom pogrzebowy pozwala kontynuować tradycję w zgodzie z przepisami. – My przez tę wiarę dużo przeżyliśmy. I ją utrzymaliśmy. Kiedyś były wielkie próby, teraz mniejsze. Ale wszystkie są równie ważne – mówi Maria Żuk, która od wielu lat wszystkie święta obchodzi po dwa razy. – Nie chodzi o to, by z katolikami rywalizować, tylko by trzymać się tego, co się wybrało. Cieszę się, że zięciowie chodzą do kościoła, ale też cieszę się, że wnuk wybrał cerkiew.

Zabytkowa cerkiew na nowo

Pomysł, by oczekiwanej przez wszystkich cerkwi nie budować od zera, tylko przenieść ze wschodu, rzuciła profesor Romana Cielątowska, która zajmowała się konserwacją cerkiewnych polichromii w niedalekim Dzierzgoniu. Idea padła na podatny grunt. Podchwycili ją zarówno hierarchowie kościelni, jak i przedstawiciele samorządu. Ważna była symbolika, ważny był konkret. Wokół skomplikowanego, ale działającego na wyobraźnię przedsięwzięcia udało się skrzyknąć dużo osób. Zadań nie brakowało. Trzeba było zorganizować zbiórkę i odręcznie przygotować dwujęzyczne cegiełki. Ktoś inny musiał się zająć sprawami formalnymi, bo przeniesienie sakralnego zabytku na odległość kilkuset kilometrów to zadanie wymagające wielu zgód władz świeckich i duchownych. Wreszcie, trzeba było znaleźć odpowiedni budynek. Po krótkich poszukiwaniach padło na cerkiew z Kupnej pod Przemyślem. Sceptyk mógłby powiedzieć, że była to sztuka dla sztuki. Cerkiew po wojnie służyła jako magazyn, a potem przez długie lata stała opuszczona. W efekcie osiemnastowieczny zabytek znajdował się w stanie grożącej zawaleniem ruiny.

– Gdy dziś wchodzi się do cerkwi, to widać, że niektóre drewniane elementy są jaśniejsze – opowiada Sławomir Łesyk, który był jedną z bardziej zaangażowanych w akcję przenosin cerkwi osób. – To drewno, które nie zdążyło jeszcze się zestarzeć. Po tym można łatwo rozpoznać, które bele są nowe. Albo raczej: które są stare, bo jest ich zdecydowanie mniej. Wszystko, co dało się uratować z Kupnej, zostało ponumerowane i zabezpieczone. Ostatecznie nie było tego dużo, w sumie pojedyncze belki. Ale co by nie mówić, to są belki z duszą. Historia była trudna, przenosiny bolesne, ale udało się i cerkiew świetnie się tutaj wpisała. Z ludźmi w sumie było podobnie.

W Godkowie wiele osób uważa, że przenosiny cerkwi zmieniły społeczność lokalną. Bo cel był pozytywny, ludzie zamiast się kłócić i rozpamiętywać dawne urazy działali ramię w ramię. Odbyło się sąsiedzkie pospolite ruszenie, a efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. – Ta cerkiew to jest prawdziwa perełka Godkowa, nasza wizytówka. W okolicy nie ma drugiego takiego budynku – choć Sławomir Łesyk stara się zachować obiektywizm wyważonego organizatora, to nie potrafi ukryć entuzjazmu. – Jest nie tylko piękna i przyciąga wzrok przyjezdnych, ale też dobrze świadczy o naszej miejscowości i o relacjach między sąsiadami. Wiele może ich dzielić, ale widać też, że coś ich łączy. Chodzi o miejsce, w którym mieszkają.

Mniej optymistycznych opinii nie trzeba oczywiście długo szukać. Bo tak naprawdę nie wszyscy byli szczodrzy, spontaniczność zaangażowanych przypominała czyn społeczny słusznie minionej epoki, a sprawa była polityczna. Ale nawet sceptycy przyznają, że przeniesiona cerkiew robi wrażenie.

Maria Żuk, fot. Dawid Zieliński

Maria Żuk, fot. Dawid Zieliński

Kresowe sentymenty?

Choć od lat 50. nic nie stoi na przeszkodzie, by odwiedzić czy nawet wrócić w rodzinne strony, to przesiedlonych raczej tam nie ciągnie. Parę osób zdecydowało się na powrót, ale zdecydowana większość została na miejscu. Maria Żuk nigdy nie była w Zahorowie i nie wie, czy pusty plac po cerkwi został zabudowany. Maria Potrapeluk wybrała się do Wólki Tarnowskiej raz, przed wielu laty. Znalazła swój dom, który przez lata osiadł i skurczył się, a strzechę zastąpiła blacha. Nawet nie próbowała wejść do środka. Sławek Bruszewski odwiedził okolicę kilka razy, bo brat wrócił na Podkarpacie. Ale osiadł po drugiej stronie Sanu, bo w okolice Jaworca nie było po co jeździć. Wszystko spalone.

Wschód i mityczne Kresy zaprzątają dziś wyobraźnię głównie nastawionego patriotycznie młodszego pokolenia. Także tych, których przodkowie pochodzili nie ze wschodu, a na przykład z północnego Mazowsza. Przesiedleńcy z Akcji Wisła, jak sami mówią, przez siedemdziesiąt lat zdołali zżyć się „z tymi naszymi ziemiami odzyskanymi”. Nowa-stara cerkiew w Godkowie jest tego najlepszym świadectwem.

***

Wywiady z osobami przesiedlonymi w ramach Akcji Wisła zostały przeprowadzone podczas projektu Muzeum Migracji, realizowanego przez stowarzyszenie Krajobraz. Projekt dofinansowany został przez Muzeum Historii Polski w ramach programu Patriotyzm Jutra.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Brzostek: Wieś z widokiem na miasto

Toksyczne zbawienie Głogowa

Powojnie w Grodzisku