dwutygodnik internetowy
17.12.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Macfarlane: Chodzę, więc piszę

Gdybym miał wybrać pisarza, z którym najbardziej chciałbym spędzić dzień w górach, byłby to Walter Benjamin. Był niesamowicie miłosierny w swojej historiografii, ponieważ całkowicie oddał się opisywaniu historii biednych i wywłaszczonych.

ilustr.: Hela Wierzbowska

ilustr.: Hela Wierzbowska

Brytyjski pisarz Robert Macfarlane chodzenie ma we krwi. Choć na co dzień mieszka i pracuje w Cambridge, to nieustannie nosi go czy to w dalekie, czy bliskie ostępy. Wędrując, odkrywa ukryte pod traktem treści, a poprzez spotkania z ludźmi przypisuje miejscom na swoim szlaku zupełnie nowe znaczenia. Równie chętnie sięga po literackie tropy, by w ten sposób stworzyć dwie równoległe mapy opisywanego krajobrazu: namacalną i geograficzną, której trasę można przebyć, oraz literacką, której korzenie sięgają daleko w przeszłość.

Tak właśnie dzieje się w książce „Szlaki. Opowieści o wędrówkach” (oryg. „The Old Ways: A Journey On Foot”). Jej polski przekład ukazał się we wrześniu tego roku, sześć lat po premierze w Wielkiej Brytanii. „Szlaki” to trzecia część luźno powiązanej wewnętrznie trylogii o „krajobrazie i ludzkim sercu”, jak określa ją sam autor. Macfarlane przemierza w niej najstarsze znane szlaki – lądowe i morskie, w Wielkiej Brytanii i nie tylko. Podczas wędrówek odwiedza także Hiszpanię i Palestynę. Po drodze towarzyszy mu literatura, przyroda i rodzinne wspomnienia.

Mateusz Kaczyński: Pańskie powieści przypominają zapis z dziennika podróży.

Robert Macfarlane: Ustalmy na początku – nie piszę powieści. Po angielsku słowo „novel” oznacza fikcję literacką, podczas gdy moje książki należą do gatunku „non-fiction”. Można je określić jako pisanie o podróżach czy przyrodzie. Być może stanowią własny gatunek.

Z pewnością dużo w nich chodzenia. Czy można oddzielić tę czynność od pisania?

Poprzez chodzenie opowiadamy własną opowieść. Podążanie ścieżką jest jak lektura historii, którą pozostawili nam inni. Chodzenie i pisanie są nieodłącznymi towarzyszami od samego początku literatury. Epos „Gilgamesz”, najprawdopodobniej najstarsze znane nam dzieło literackie, to również częściowo piesza podróż. Tak samo zresztą jak „Opowieści kanterberyjskie” Chaucera (historia o średniowiecznej pielgrzymce pieszo i konno). Oba stanowią filary literatury Zachodu. W angielskim związek pomiędzy chodzeniem a pisaniem istnieje także na poziomie samego języka: słowo „print” oznacza zarówno odcisk stopy, który pozostawiamy na ziemi, jak i ślad, który druk zostawia na stronie. W ten sposób każda książka o chodzeniu wpisuje się w bardzo starą i długą tradycję tego, co czasem nazywam „literaturą nóg”.

W jaki sposób odnosi się pan do poprzedników po piórze, którzy również intensywnie spacerowali? Czuje się pan kontynuatorem tej tradycji?

Tak. Głęboko zaczytywałem się w literaturze opisującej chodzenie oraz szeroko rozumiane wędrowanie w terenie. Patrick Leigh Fermor, Werner Herzog, Rebecca Solnit, XIV-wieczny autor wierszy o Gawainie i Zielonym Rycerzu, Bruce Chatwin (który nazywał swoje nogi „dwójką lekarzy, ponieważ wyleczyły go wielokrotnie ze złego samopoczucia na ciele i duchu”), Dorothy Wordsworth, Samuel Taylor Coleridge, Nan Shepherd – czytałem ich wszystkich. Towarzyszą mi niczym podróżne duchy na szlaku. Czasem zastanawiam się, z kim ze słynnych historycznych wędrowców najbardziej chciałbym spędzić dzień w górach.

Na kogo padło? 

Przez lata miałem przyjemność wędrować z Rebeccą Solnit i Iainem Sinclairem. Oboje są błyskotliwymi rozmówcami i wędrowcami. Podczas wspólnych dyskusji przemierzyliśmy wiele mil. A prawdziwym tytanem jest dla mnie Walter Benjamin. Był niesamowicie miłosierny w swojej historiografii, ponieważ całkowicie oddał się opisywaniu historii biednych i wywłaszczonych. Tworzył wczesną wersję historii widzianej z perspektywy społecznych nizin i robił to aż do własnej zatrważającej i przejmującej śmierci. W wędrowanie włożył zranione serce. Przemierzył granicę w Pirenejach, by uciec od nazistowskich prześladowań, ale na hiszpańskiej granicy w Port Bou został zawrócony. W akcie desperacji zażył śmiertelną dawkę morfiny.

Z pewnością nie byłby to Chatwin. Miał obsesję na własnym punkcie i pewnego razu przemierzył puszczę w Oregonie jedynie w butach na nogach i z wianuszkiem ze stokrotek owiniętym wokół przyrodzenia. Ale co z niego był za pisarz!

Kilka miesięcy temu ukazał się polski przekład jednej z pana książek: „Szlaki. Opowieści o wędrówkach”. Opisuje tam pan przede wszystkim krajobraz dziki. A co z miastem? Czy odnajduje w nim pan tyle samo literackich tropów?

Instynkt i serce zawsze ciągnęły mnie w góry, do lasu, na wybrzeża i wyspy… w dzikie ostępy. Jednak miasta również mnie fascynują i coraz więcej o nich piszę. „Underland”, książka, którą ukończyłem w ostatnim miesiącu po siedmiu latach pracy, skupia się przede wszystkim na miastach i krajobrazie architektonicznym. Walter Benjamin pojawia się w niej jako kluczowa postać w rozdziale zatytułowanym „Niewidzialne miasta”, którego akcja rozgrywa się w labiryncie katakumb pod Paryżem.

Skąd w panu tyle sił, by odkrywać zapomniane historie z naszego otoczenia i przemieniać je w książki? To ciężkie zadanie, by pisać o krajobrazie i przyrodzie w tak wciągający sposób.

To prawda, że pisanie o przyrodzie wiąże się z licznymi pułapkami. Można powielać schematy, sypać słownymi ornamentami i przydługimi opisami jak z rękawa, nieustannie się zachwycać… Z kolei samo chodzenie to czynność z natury powtarzalna i nierzadko nudna, zarówno w czasie jej wykonywania, jak i opowiadania o niej. Dlatego najważniejszy jest dla mnie styl, sprawiający, że czytelnik będzie czytał dalej. Język to nogi, za pomocą których przemieszczamy się w świecie. Dzięki jego mocy każdy kolejny krok potrafi na nowo zadziwić. Przypomina mi się hiszpański palindrom: „la ruta nos aportó otro paso natural”, „droga sama wyznaczy nasz kolejny krok”. Słowa przypominają, że nawet powtarzalne chodzenie to podróż w nieznane.

Ile mil musi pan w takim razie przejść, zanim napisze pan nową książkę?

Mil albo lat. To zależy. Pisanie „Szlaków” trwało pięć lat, podczas których przeszedłem ponad tysiąc mil. „Underland” pisałem siedem lat i zszedłem w linii pionowej na głębokość tylu kilometrów, że bez problemu dotarłbym do jądra Ziemi.

Która z wędrówek opisanych w „Szlakach” była najtrudniejsza?

Najtrudniejszą wyprawą było przejście po Broomway, przybrzeżnej ścieżce odsłaniającej się w trakcie odpływu, która nie jest zakorzeniona w świecie materialnym. Znana jest tylko z legend, opowieści i wskazań kompasu. Podczas tamtego spaceru musiałem się wiele nacierpieć za to, że zszedłem z ustalonego szlaku. Z kolei wędrówką, która najbardziej wpłynęła na moje myślenie, był spacer po ziemi niczyjej w okupowanym terytorium na Zachodnim Brzegu w Palestynie. Przypomniałem sobie wtedy, w jak swobodny sposób mogę przemierzać własny angielski krajobraz i z jak małym ryzykiem się to wiąże. A najstarszym i najdziwniejszym spacerem był ten najkrótszy – przejście po śladach mezolitycznego mężczyzny i kobiety sprzed pięciu tysięcy lat, które odsłoniły się na kilka godzin na płaskiej mulistej plaży pod Liverpoolem. Czułem, że podróżuję w czasie.

***

Robert Macfarlane – ur. 1976. Brytyjski pisarz oraz wykładowca współczesnej literatury angielskiej na Uniwersytecie w Cambridge. Uhonorowany licznymi nagrodami za książki o krajobrazie, naturze, pamięci i podróżach. Do jego najbardziej znanych dzieł należą Mountains of the Mind: A History of a Fascination (2003), The Wild Places (2007) czy Landmarks (2015). W 2018 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego ukazało się polskie tłumaczenie „Szlaki. Opowieści o wędrówkach”.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Brysacz: Tyle Rosji, ilu nas

Usenko: Estetyczny gong między oczy