dwutygodnik internetowy
8.10.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Usenko: Estetyczny gong między oczy

Czarno-białe narracje typu „dobry Zachód, zła Rosja” czy „dobra Rosja, zły Zachód” to bajki dla naiwnych. Anarchopunkowa edukacja dała mi fundament, pomogła przepracować temat rasizmu, którego doświadczałem na własnej skórze.

ilustr.: Artur Denys

ilustr.: Artur Denys

Konstanty Usenko, autor reportaży o undergroundowej sztuce Europy Wschodniej, muzyk, DJ i producent opowiada Janowi Bińczyckiemu o swojej najnowszej książce „Buszujący w barszczu. Kontrkultura Rosji sto lat po rewolucji”.

JAN BIŃCZYCKI: Skąd takie zapotrzebowanie na opowieści z Rosji i okolic? Dodajmy, że nietypowe, bo w twoich książkach „Oczami radzieckiej zabawki” i „Buszujący w Barszczu” mało jest wielkiej polityki. Pokazujesz najnowsze dzieje regionu z perspektywy punków, nowofalowców, hip-hopowców i innych niezależnych twórców.

KONSTANTY USENKO: Odblokowały się kanały komunikacyjne. Najpierw było tylko dissowanie i ignorancja. Ludzie, którzy nie znają rosyjskiego, są odcięci od wiadomości ze Wschodu, bo nie mogą śledzić Runetu. Informacje w głównym nurcie zasłonięto wielkim awatarem Putina. W mediach nie mówi się o ludziach i ich codziennych problemach, tylko w koło Macieju wałkuje geopolityczną narrację. Do tego dochodzą wyższościowe uprzedzenia, że niby my tu jesteśmy tacy zachodni, a tam dzicz. To po części sprawy pokoleniowe. Młodsi nie są już obarczeni dawnymi urazami i kompleksami, informacje czerpią samodzielnie. Ludziom spadają klapki z oczu. Cieszę się, że przykładam się do tego, opowiadając o kulturze. To dla obu stron wyzwalający czynnik.

Jakoś pod koniec PRL-u przyjechały do Warszawy zespoły nowofalowe z ZSRR. Ich muzycy zostali wygwizdani.

Polska była w innej sytuacji niż dziś – Układ Warszawski, radzieckie bazy i tak dalej. Historycy i mainstreamowe media przyklaskują dziś tej oddolnej polskiej potrzebie jechania po „ruskich” – ale w życiu codziennym przybierało to formy jakiejś absurdalnej, rasistowskiej mutacji. Tym silniejszej, bo popartej antysystemowymi racjami i „podziemną” adrenaliną. Trzeba to dziś głośno powiedzieć – ludzie zasłaniali się względami politycznymi i historycznymi, ale był to zwykły rasizm, taki sam jak w stosunku do Żydów. Cieszę się, że od tamtego czasu poszerzyły się horyzonty i pojęcie rasizmu zaczęło być publicznie piętnowane, stało się czymś wstydliwym. Tak samo jak seksizm.

Mam wrażenie, że rasizm i seksizm mają się u nas dobrze.

Jasne, że tak! Ale dziś mówi się o tym głośno. Pojawiła się linia frontu, gdzie po jednej ze stron jest silna negacja takich postaw. Nazwaliśmy i wskazaliśmy te zjawiska, są widoczne jak na dłoni. Wtedy rasizm był czymś normalnym i zwyczajnym, tak jak normalnym było mówienie na Afrykańczyka „asfalt” czy na homoseksualistę „pedał”. O dziewczynach w latach 80. mówiono w Polsce „towary”, a o ludziach pochodzących zza Buga: „ruscy, ruscy, ruskie świnie”.

W tym czasie jako dzieciak odwiedzałem Moskwę, która w porównaniu z Warszawą była miastem wieloetnicznym. Było mnóstwo studentów z Mozambiku, Kongo, Kuby. Chociaż w sumie u nas też studiowali ludzie z krajów arabskich, Irakijczycy czy Libijczycy pojawiali się na przykład w tekstach piosenek Mogielnickiego: „z autobusem Arabów zdradziła go” czy „sypał zielonymi mahoniowy gość”. Można powiedzieć wiele złego o ZSRR, ale warto mieć w pamięci, że rasizm był instytucjonalnie zakazany. Były na to paragrafy. Afrykańscy studenci pojawiali się w Moskwie już wtedy, gdy Afroamerykanie dopiero wywalczali sobie w USA fundamentalne prawa. Potem nastąpił radykalny odwrót od tak zwanego internacjonalizmu w stronę nacjonalizmów.

Temat rasizmu jest dla mnie jednym z ważniejszych, bo sam zetknąłem się z nim w szkole. Był wymierzony przeciwko mnie. I uważam, że trzeba o tym mówić, bo dzieciaki ze Wschodu w polskich podstawówkach nadal mają te same problemy co ja trzydzieści parę lat temu.

Obrywa się też ludziom z Ukrainy. Zwłaszcza pracownicom gastronomii i handlu.

Dlatego rasizm należy dobitnie piętnować, zawsze i wszędzie. Sam dość długo przepracowywałem we własnej głowie, jak się odnosić do takich historii. Bo kiedy wygłaszałem jakąkolwiek krytyczną uwagę na temat współczesnej Polski, choćby jeszcze w liceum na temat klerykalizmu, to od razu przyszywano mi jakieś geopolityczne konteksty – „nie jesteś stąd, jesteś z byłych okupantów” i tym podobne. Dawno już zrozumiałem te mechanizmy, ale dopiero po jakimś czasie nauczyłem się, co trzeba robić. Po prostu: nie można dać się sprowokować i wciągnąć w gadkę, w której to ty reprezentujesz państwo czy naród. Należy symetrycznie jechać po wszystkich stronach konfliktu, wychodząc z antyrasistowskich pozycji. Nie ma równych i równiejszych. Mój przekaz adresuję także do Rosjan. Bo wszystko, co mówię o Polsce, dotyczy też Rosji. Tam z kolei obrywają dzieciaki z Azji Środkowej czy Kaukazu.

Uważam, że uniwersalne, humanistyczne podejście jest jedynym ratunkiem dla tej planety. Trzeba budować mosty pomiędzy ludźmi. Nie wolno pozwolić zrobić z siebie geopolitycznej marionetki żadnej ze stron. Żyjemy jak na linii frontu. Różni „cichociemni” toczą tu swoje gry i próbują nas w nie wplątywać. To faktycznie się dzieje. Nawet na moich spotkaniach autorskich. Kilka razy przychodziły jakieś dziwne typy i próbowały mnie naciągać na deklaracje w sprawie jakiejś „słowiańskiej jedności” czy innych bzdur. Oczekiwali ode mnie jasnych geopolitycznych stanowisk. Mówiłem im twardo, że mnie to w ogóle nie obchodzi i nie mam nic do powiedzenia.

Serio? Agentury inwigilują spotkania o rosyjskim punku i hip-hopie?

Jeden gość, nie wiadomo kto, zadaje jakieś polityczne pytanie, a obok stoi drugi, z telefonem przygotowanym, żeby nagrywać. Albo na przykład po spotkaniu podbija ktoś z notebookiem i pyta o namiary jakichś osób czy miejsc. Oczywiście – bezskutecznie.

Ale kim są ci ludzie? Służby, agentura wpływu, jacyś polityczni radykałowie?

Nie mam pojęcia. Nie chcę brnąć w spiskowe paranoje, ale to nie jest dla mnie żadna niespodzianka. Zdecydowałem się pisać o niełatwych tematach. Jeśli chcemy jakiejś zmiany we wzajemnym postrzeganiu, próbujemy przełamać stereotypy, to nie możemy się bać mówić o tym wszystkim. Mam nadzieję i wierzę w zmiany pokoleniowe.

W książce najbardziej przeraża obecność słowa „geopolityka”. Kilkakrotnie padło też w naszej rozmowie. Pobrzmiewa rozpadem świata. Zdaje się unosić nad losami kolejnych pokoleń kontrkulturowców.

To znak czasów. Nad naszymi głowami toczy się gra wielkich korporacji o wpływy i surowce. Rozmawianie o współczesnym świecie wymaga jeszcze dalszego zoomu. Nie chodzi tu tylko o Rosję i USA, są przecież jeszcze Chiny, Arabia Saudyjska, całe mnóstwo faktorów. Czarno-białe narracje typu „dobry Zachód, zła Rosja” czy „dobra Rosja, zły Zachód” to bajki dla naiwnych. Anarchopunkowa edukacja dała mi fundament, zdrowe spojrzenie na cały ten geopolityczny szajs, pomogła przepracować coś, czego doświadczyłem na własnej skórze. Jako szesnastolatek, wnikając w filozofię grup takich jak Crass, zrozumiałem, że wśród wielkich graczy nie ma lepszych i gorszych, a ich „konflikty” to zwykłe ustawki.

Geopolityka w ciągu kilku lat nabrała potężnej mocy. Wcześniej to słowo oznaczało jedną z orientacji naukowych. Dziś jest wszędzie: w artykułach o literaturze, w programach publicystycznych, w setkach grup dyskusyjnych. Jakby to było słowo klucz do współczesnego świata.

Zastanawiam się, co chcą osiągnąć ludzie memłający takie tematy na Facebooku, do znudzenia. Są jak chomiki w swoich kołowrotkach. Stają po dwóch stronach barykady, nadymają się, mieszają nawzajem z błotem. A przecież wszystko tak naprawdę dzieje się gdzieś poza nimi. Jedna wielka info-mgła i gra pozorów. Spójrz na polską tak zwaną prawicę u władzy: teraz wychodzi na jaw, że najbardziej zacietrzewieni polscy rusofobi w polityce działają właśnie na korzyść FSB – no i ciekawe, czemu mnie to wcale nie dziwi. Od mafiosów z dziewięćdziesiątki do trepów ze struktur siłowych, wykonawcy i podwykonawcy, jedno i to samo bagno, te same wąsy i skórzane kurteczki. Wszystko to wydaje się totalnie przewidywalne.

Pomówmy o bohaterkach i bohaterach „Buszującego w Barszczu”. Czytając historię tych zespołów, można odnieść wrażenie, że jeśli punk naprawdę pojawił się gdzieś na świecie, to miało to miejsce w ZSRR, tuż przed wybuchem pierestrojki. Oraz: że dla młodych dziewczyn i chłopaków z Moskwy, Leningradu czy dalekich miast Syberii to nie była chwilowa moda, formuła dla młodzieńczego buntu, ale dyscyplina życiowa, którą przyjmuje się z wszelkimi, nierzadko strasznymi konsekwencjami.

Ci ludzie często ponosili ogromną cenę za to, co robili. Trafiali do więzień, psychuszek, było kilka zagadkowych śmierci. Nie warto nawet porównywać z historią Johnny’ego Rottena czy kogoś takiego. Choć jednak można znaleźć pewne analogie. Penny Rimbaud z grupy Crass opisał we wspomnieniach swojego przyjaciela, psychonautę i aktywistę ruchu obrońców Stonehenge, który w latach 70. trafił do brytyjskiego psychiatryka. Zrobiono tam z niego roślinę. Tak zwana karna psychiatria istniała też na Zachodzie. Fabuła „Lotu nad kukułczym gniazdem” nie wzięła się z powietrza, a Związek Radziecki był na bieżąco z postępem naukowym i podpatrywał różne rozwiązania. W latach 70. i 80. na potęgę stosował karną psychiatrię wobec ludzi, którzy mogli sprawiać kłopoty władzy. Propaganda przedstawiała ich jako psychicznie chorych, za pomocą psychotropów doprowadzano ich do prawdziwego szaleństwa. Takich represji i tortur doświadczyli choćby Jegor Letow ze słynnej Grażdańskiej Oborony czy bard i poeta Sasz Basz (Aleksander Baszłaczow). Pierwszy rosyjski punk był przefiltrowany przez doświadczenia z psychuszek i to odbiło się też na muzyce. Była bardziej dziwna i psychodeliczna, bardziej noise’owa, więcej było w niej szumów, sampli, elektroakustyki. Miała w sobie więcej konceptualizmu, penetrowała rejony, w które na Zachodzie zapuszczały się raczej awangardowe grupy jak SPK czy Throbbing Gristle, a nie rock and rollowi punkowcy.

Zestawiasz Letova z Douglasem Piercem z grupy Death in June. Odnoszę wrażenie, że gdyby porównywać tych artystów, pod względem intelektualnym i moralnym syberyjski dysydent jest kimś autentycznym, natomiast brytyjski skandalista wypada dość blado. Zachodni kontrkulturowcy miewali problemy z prawem, nawet ze służbami specjalnymi, ale Letov ryzykował życiem.

Twórca Grażdańskiej Oborony w czasach apogeum zimnej wojny nie był słynnym dysydentem-intelektualistą ze stolicy, znał go tylko krąg wtajemniczonych osób. O tak zwane znane nazwiska upominał się Zachód, bo to byli ludzie z moskiewskiej czy leningradzkiej inteligencji. Często mieli żydowskie korzenie, więc wiedziała o nich choćby rodzina z drugiej strony żelaznej kurtyny. A kto na świecie słyszał o Letovie, uczniu zawodówki z Omska, rosyjskiej „głubinki”?

Zresztą ten mechanizm niewiele się zmienił. Wszyscy znają sprawę Olega Sencowa i Pussy Riot, ale niewielu wie o pojedynczych aktywistach z głębi Rosji, o nastolatkach wyłapywanych w internecie i wplątywanych w sfabrykowane przez FSB sprawy o ekstremizm, o dziewczynach – nastolatkach Ani Palikowej i Maszy Dubowik. Takich spraw jest o wiele więcej.

Na szczęście rosyjska odrębność manifestuje się także na mniej dramatyczne sposoby. Choćby w estetyce dziwnych zakamarków internetu zwanej traszkulturą. Portal o takiej nazwie dokumentuje fenomeny wyrastające z tego kręgu. W Polsce mamy „kwasy z Youtube’a”, szuryzm i kilka podobnych zjawisk, ale chyba nie doczekaliśmy się jeszcze pełnego, zwartego obrazu rodzimego traszu.

Ale w Polsce też mamy bardzo bogatą traszkulturę! Bo jak inaczej nazwać te wszystkie filmy Zbigniewa Stonogi, hity Syntetica i Arki Szatana, klipy Gracjana Roztockiego, teledysk reklamowy www.szamba24.pl czy remiksy w stylu „Ratujcie mnie, biją mnie Niemcy”. Z tej polskiej traszkultury, podobnie jak w Rosji, też wyrastają prawdziwe gwiazdy, nowe trendy i subkultury. Przykładem jest Bella Ćwir – ultra diwa z Elbląga, której jestem wielkim fanem. Cała ekipa zgromadzona wokół Domu Mody Limanka Tomasza Armady to dla mnie jaskółka nowej mentalnej rewolty w Polsce. Z jednej strony kontynuują tradycje łódzkie disco-punkowe z końca lat 90., które natchnęły pierwszą performatywną odsłonę mojej grupy Super Girl & Romantic Boys. Ale widzę tu też nawiązania do rosyjskiej traszkultury i jeszcze dalej – do nekrorealistów leningradzkich, z których wyłonili się pierwsi punkowcy w ZSRR i zespół Kino. Albo też do Hiszpanii tych samych czasów, u schyłku ery frankizmu – tak zwana madrycka Movida, gdzie kultura queerowa i dyskotekowo-nowofalowa wybuchły wbrew konserwatywnej obyczajowości systemu. Z tej ekipy pochodzili Pedro Almodovar czy Alaska. W sumie nie dziwię się takiemu podobieństwu, bo żyjemy dziś w kraju, dla którego frankistowska Hiszpania wydaje się wzorem do naśladowania.

A jak oceniać zjawiska w obrębie traszkultury? Wyłącznie przez pryzmat beki czy można w niej znaleźć coś więcej, jakąś prawdę?

Beka (po rosyjsku „rżaka”) to najprymitywniejszy poziom reakcji. Pod teledyskiem o szambach ktoś wrzucił komentarz, że to mógłby być nowy hymn Polski. Wiadomo, że pierwszą reakcją na takie coś jest ironia albo post ironia, ale tak naprawdę chodzi o pewne szczeliny świadomości, o sposób, w jaki oglądając coś dziwnego, nieudolnego, możesz się dowiedzieć czegoś nowego o swoim kraju i o sobie. To „estetyczny gong” prosto między oczy. Działa na takiej samej zasadzie jak art brut, sztuka naiwna. I to właśnie z tak zwanej naiwnej twórczości wyrastają dziś gwiazdy wielkiego formatu, czego przykładem w Rosji jest Monetoczka.

Wróćmy do punk rocka. Interesuje mnie, jak pod względem pokoleniowym prezentuje się publiczność. W Polsce na scenie hardcore punk dominują ludzie po trzydziestce, a na koncertach „jarocińskich legend” łatwiej spotkać pięćdziesięciolatków niż ich potomstwo.

Scena niezależna, określana jako HC punk czy DIY, jest zdecydowanie młodsza niż w Polsce. Osoby urodzone w latach 80. można nazwać już jej weteranami. I chyba rzeczywiście nimi są, bo to była działalność w heroicznych „latach zerowych”, kiedy rosyjska antifa walczyła z faszystowskimi bojówkami na śmierć i życie, a jej aktywiści bywali mordowani, sztyletowani na ulicach. Teraz jest inaczej. Mówi się, że wielu nazioli wyjechało na Donbas. Inni spośród nich siedzą, zaćpali się albo wyrośli z subkultur. Są i tacy, którzy znaleźli zatrudnienie w służbach. Nowe pokolenie skrajnej prawicy jest już inne – to raczej osiedlowi kibole – chuligani, ubrani w „odzież patriotyczną”, podobnie jak w Polsce. Ich „rosyjskie marsze” z roku na rok stają się coraz bardziej marginalne.

Natomiast scena niezależna jest w rozkwicie. W całym kraju odbywa się mnóstwo festiwali. Trochę się to wszystko shipsteryzowało. Wegańskie knajpy, lofty, kluby, warsztaty rowerowe –infrastruktura jest imponująca. Podobnie jak frekwencja na koncertach i niesamowita, młodzieńcza energia. Oczywiście, Moskwa jest bardziej zblazowana. Ale mnóstwo nowych inicjatyw ma miejsce nie tylko w Moskwie czy Petersburgu, ale też w naprawdę oddalonych punktach – choćby w Jakucji. Dowodem tej energii jest instytucja „Gazeli śmierci” – vana marki GAZ, którym najsłynniejszy punkowy kierowca Denis Aleksiejew wozi zespoły po całej Rosji, od Moskwy do Władywostoku I z powrotem, potem prawie po sam koniec kontynentu. Z wrocławskimi The Kurws przejechał taką trasę. Denis to bardzo inspirująca postać – anarchista, filozof, traveller. Wydano już dwa komiksy o „Gazeli śmierci”, która pędzi przez rosyjski Daleki Wschód (miasta takie jak Czita, Błagowieszczeńsk czy Chabarowsk), eksploruje Mołdawię, szykuje się do wyjazdu na Zakaukazie. Wszędzie jest coraz więcej załóg organizujących koncerty.

Jak dobierasz zespoły do swoich opowieści? Robiąc selekcję, jesteś fanem czy etnografem?

Jednym i drugim. Nie jestem encyklopedystą i skoro mniej interesują mnie dla przykładu reggae czy scena metalowa, to nie będę się nimi na siłę zajmował. Ale robię pewne wyjątki, kiedy piszę na przykład o mocno prawicowych raperach. Uważam, że zasada „no platform” nie ma tutaj zastosowania, bo przypominałoby to raczej zamiatanie problemów pod dywan. Najpierw warto poznać temat, skąd się to wszystko wzięło, zastanowić się, jakie mechanizmy tych ludzi stworzyły. Zresztą ich historie dobrze ilustrują problemy społeczne.

A kim zajmiesz się w trzeciej książce?

Republiką Mari-El oraz etnicznymi republikami nadwołżańskimi: Czuwaszją i Tatarstanem. Będzie więcej lokalnych wierzeń, magii, unikalnego miksu kulturowego, który wytworzył się w tyglu nad Wołgą. Mniej mrocznego hardkoru i polityki, więcej światła i rzeczy inspirujących. No i tak jak zawsze sporo surrealizmu i psychodelii, bo bez tego bym nie potrafił.

Twoje książki przełamują stereotypy w polskim myśleniu o Rosji. Celowo polemizujesz z autorami poczytnych reportaży o Wschodzie?

Nie chcę komentować tego, co robią inni. Dla mnie, gdy chcę pisać o świecie, głównym punktem odniesienia jest hasło z nazwy płyty projektu 2/5 BZ mojego przyjaciela, Serhata Koksala z Istambułu, artysty video i weterana tureckiego undergroundu: „NO TOURISTIC, NO EXOTIC”.

A działasz też w drugą stronę, eksportujesz tutejszą kontrkulturę na Wschód? Punki znają jakiś polski zespół?

Przede wszystkim Siekierę! Słucha jej grono wtajemniczonych, ale bardzo oddanych wielbicieli. Polska muzyka inspiruje, czego przykładem jest moskiewski zespół Sierpien, który tworzy muzykę inspirowaną polską zimną falą. Za każdym razem, gdy grałem tam imprezę z polską muzyką, to reakcje były euforyczne. Chciałbym kiedyś opowiedzieć w Rosji o Brylewskim, o Korze. Mam jeszcze sporo do zrobienia.

***

Konstanty Usenko (ur.1977) jest muzykiem, kompozytorem, autorem tekstów piosenek i producentem. Od początku lat 90. związany z szeroko pojętą sceną niezależną, członek zespołów Super Girl Romantic Boys i 19 Wiosen. Dziennikarz zajmujący się tematyką społeczno-kulturalną, współpracował między innymi z pismami „Lampa” i „Nowa Europa Wschodnia” oraz z portalem Dwutygodnik.com. Od dzieciństwa zawieszony pomiędzy Polską a Rosją. Tłumacz, znawca rosyjskiej kultury alternatywnej.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Brysacz: Tyle Rosji, ilu nas

Szczerek: W szamańskim trybie