dwutygodnik internetowy
8.10.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Historia niezbyt ciekawa

Ryzińskiemu zależy nie tylko na historiograficznym opisie położenia osób nieheteronormatywnych w Polsce, ale także na ukazywaniu ich intymnych losów i świadectw. Niestety jednak ani jedno, ani drugie autorowi nie wychodzi.

materiały prasowe

materiały prasowe

Opowiem wam inną przygodę moją, jedną chyba z najbardziej fatalnych.

Witold Gombrowicz, „Pornografia”

W eseju „O pojęciu historii”, słusznie uznawanym za jeden z najważniejszych tekstów dwudziestowiecznej humanistyki, krytyk i filozof Walter Benjamin prowadzi rozważania nad etycznymi i politycznymi uwarunkowaniami tworzenia narracji o tym, co minione, a co nieustająco promieniuje na teraźniejszość. Wielokrotnie zwraca on uwagę na podstawową wadę tradycyjnej historiografii – jest nią mianowicie tendencja do pomijania odrębnych perspektyw, które w dziejach często przynależały do uciskanych, opresjonowanych, dyskryminowanych jednostek lub grup społecznych. Ich szept zanika w rumorze wiwatów tych, z którymi historia obeszła się łaskawiej – zwycięzców, zdobywców, posiadaczy, a czasem po prostu tych, którzy nigdy nie zdecydowali się na zanegowanie lub oprotestowanie norm, w jakich funkcjonowali. Benjamin, wierząc, że istnieje coś takiego jak „mesjańskie zadanie historyka”, postulował przyjęcie nowych strategii pracy nad przeszłością, umożliwiających wysłyszenie i upamiętnienie brzmienia tych mniejszościowych głosów niosących unikatowe, doniosłe w swojej marginalności świadectwa. Stąd też bierze się jego słynne stwierdzenie pochodzące z siódmej tezy tego tekstu: „Materialista historyczny […] swoje zadanie upatruje w czesaniu historii pod włos”.

Można przeróżnie wyobrażać sobie praktyczną realizację tego zadania, co widać na przykładzie coraz znaczniejszej liczby projektów (naukowych, popularnonaukowych, beletrystycznych), które skupione są na ukazywaniu dziejów podmiotów wypieranych z oficjalnej historycznej świadomości. Mowa zatem między innymi o mikrohistoriach, historii mówionej (oral history) czy historii ratowniczej, czyli koncepcjach i narzędziach, które pozwolą przemówić niedoreprezentowanym.

Do tej grupy niewątpliwie i niezmiennie zaliczają się osoby LGBTQ. Z reguły uznawano ich świadectwa za mniej (po)ważne lub niezwiązane z Wielką Historią, jeśli zaś je dopuszczano, to za cenę wymazania ich romantyczno-erotycznych doświadczeń, które często miały dla tych narracji kapitalne znaczenie. Na szczęście jednak również w Polsce pojawiają się przedsięwzięcia i publikacje, które mają na celu zmianę tej sytuacji. Warto zwrócić uwagę w szczególności na wspaniałe dokonania Joanny Ostrowskiej związane z tematyką „różowych trójkątów” i nazistowskiego Paragrafu 175 (badaczka opatrzyła również komentarzem polskie wydania dwóch bardzo ważnych książek: „Mężczyzn z różowym trójkątem” Heinza Hegera oraz „Cholernie mocnej miłości” Lutza van Dijka), a także na popularnonaukowe książki Krzysztofa Tomasika („Homobiografie” oraz zarys kulturowej historii homoseksualności w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, „Gejerel”). Ich praca wydaje się szczególnie cenna – o tym nie sposób nie wspomnieć – w obliczu sytuacji, w której jeden z liderów obecnego obozu rządzącego stwierdza, że historię piszą zwycięzcy, inny zaś osoby uczestniczące w szczecińskim Marszu Równości nazywa sodomitami.

Reportaż historyczny „Dziwniejsza historia” to druga już (po wyróżnionym nominacją do Nagrody Nike „Foucault w Warszawie”) książka Remigiusza Ryzińskiego, która wpisuje się w ten mniejszościowy nurt refleksji nad (polską) przeszłością. Autorowi, co w sferze założeń stanowi niewątpliwą zaletę, zależy nie tylko na ogólnym, historiograficznym opisie zmiennego położenia osób nieheteronormatywnych w Polsce od lat 30. do końca lat 80. XX wieku, ale także na ukazywaniu indywidualnych, intymnych losów związanych z doświadczeniami w jakiś sposób „dziwniejszymi” niż te prezentowane przez nauki historyczne, sytuujące się w głównym nurcie. Założenie to, podkreślam, jest bardzo cenne; niestety jednak – i piszę to bez zbędnej złośliwości, ale raczej z prawdziwym żalem – należy stwierdzić, że ani jedno, ani drugie za bardzo autorowi nie wychodzi. Ryzykownie przekształcając słowa Benjamina, powiedziałbym, że różowej peruki PRL-owskiej drag queen nie czesze się tutaj pod włos, ale raczej robi się jej niezbyt ostre zdjęcie. Zdjęcie, jakich wiele.

***

Książka Ryzińskiego jest w założeniu kolekcją fragmentów, które mają być może przypominać reporterskie migawki, naświetlające zjawiska z różnych stron. Fragmenty te, zestawiane ze sobą często w nader luźny sposób, dotyczą z reguły jednego z dwóch głównych bohaterów książki – Michała Głowińskiego (wybitnego badacza literatury, a także autora między innymi autobiograficznych „Czarnych sezonów” i „Kręgów obcości”, tutaj po prostu jako Michał) lub Huberta (właściwie Andrzeja, nieokreślonego z nazwiska architekta) – czasem również bohaterów i bohaterek pobocznych.

Pomysł wstępny jest dość prosty i opiera się na konfrontacji dwóch (homoseksualnych, ale i po prostu „ludzkich”) życiorysów, które nigdy nie wyszły sobie na spotkanie, choć miały ku temu wiele sposobności. Biografie te funkcjonować mają jako samoistne fenomeny, ale także jako osie, wokół których rozpisać można prowadzoną w dość specyficznym (jak się jeszcze przekonamy) tonie opowieść o losach warszawskiego i podwarszawskiego środowiska osób nieheteronormatywnych. Na wszelki jednak wypadek, gdyby taka kompozycyjna wizja okazała się za mało przejrzysta, autor już niemal na wstępie pokazuje, że w każdej chwili będzie starał się prowadzić osobę czytającą za rękę:

„Nigdy się nie poznali.

Ani wtedy, ani dziś – zupełnie sobie obcy.

A między nimi – inni. Tak samo obcy i tak samo nasi.

Ich losy zupełnie odmienne, odległe, a jednak – równoległe.

Złączone historią.

Wspólne i obce.

Polskie i żydowskie.

Homoseksualne” (s. 14).

Na dobrą sprawę po lekturze zacytowanego przeze mnie w całości (sic!) podrozdziału książki Ryzińskiego wiemy już o niej prawie wszystko, chociażby to, że autor jest zwolennikiem hasłowego, blurbowego patosu wyrażanego za pomocą krótkich, emfatycznych zdań. Warto jednak się tu nie zatrzymywać i spojrzeć dalej, chociażby w stronę muru getta, bowiem zagadnieniom podobieństw oraz różnic między doświadczeniami młodych, homoseksualnych Polaków i Żydów poświęcona jest znaczna część pierwszej partii reportażu. Oto zdania wprowadzające ten wątek:

„Szesnastoletni Hubert patrzy na czerwone niebo nad miastem.

To getto  s o b i e  płonie”(s. 11, wyróżnienie – A.Z.).

Trudno wyjaśnić, skąd nagły (później niestety już dość notoryczny) infantylizm Ryzińskiego. Przecież nie jest to chyba mowa pozornie zależna, skoro mamy do czynienia nie z kilkuletnim dzieckiem, ale z szesnastolatkiem, który o „płonącym sobie” getcie na pewno by nie powiedział; autorowi zależy wyraźnie na stosowaniu języka potocznego i potoczystego, co jednak zupełnie nie usprawiedliwia zdań pisanych od niechcenia lub rzuconych bez większego pomysłu, a stylizowanych na samodzielne mądrości: „Lubi żyć”, „No i tak sobie żartowali”, „Bo śmiech był jednak zawsze”.

Chaos wywołany przez ciągłe mieszanie poziomu narracji i poziomu wypowiedzi bohaterów (a jest to zabieg wymagający wyjątkowej literackiej skrupulatności i dyscypliny, której tutaj brakuje) jest dodatkowo wzmożony dzięki dużej liczbie cytatów, których autor nie zdecydował się w żaden sposób wyodrębnić. Czasami dorzuca kilka zdań z Edelmana i Heringa, czasami sztucznie wzbogaca wypowiedzi Głowińskiego… tekstami samego Głowińskiego, a czasami ze stoickim spokojem przepisuje cały akapit z eseju Jana Błońskiego. Poetyka fragmentu w wydaniu Ryzińskiego nie skutkuje zaistnieniem fascynującej mozaiki czy konstelacji, ale raczej zamienia się w poetykę fragmentaryczności i niedosytu, który trzeba zagłuszać zapożyczonymi tekstowymi suplementami – choć nawet i ten zabieg nie jest zbyt skuteczny, gdy części obcojęzycznych cytatów zwyczajnie się nie tłumaczy.

Mimo całego zamieszania miejscami niemal uniemożliwiającego lekturę pierwszej, „przedwojenno-wojennej” części książki znajdują się w niej bardzo ciekawe fragmenty. Szczególnie interesująco opowiada Ryziński o relacjach między niemieckimi żołnierzami i młodymi polskimi chłopcami – nie miały one jedynie charakteru przymusowego, ale często przeradzały się w miłosną zależność. Ten wątek w połączeniu z próbą choćby naszkicowania homoseksualnych enklaw okupowanej Warszawy składa się na chwilę w intrygującą historię przywołującą z daleka „Ceremonie żałobne” Jeana Geneta dziejące się w Paryżu w czasach rządu Vichy.

W poświęconej okresowi PRL drugiej części „Dziwniejszej historii” te próby wyrysowania tęczowej mapy stolicy są podejmowane przez autora coraz chętniej i choć nie brakuje tu niezłych anegdot czy plotek podsłuchanych przy stolikach Alhambry lub Kopciuszka (a zatem lokali najchętniej wówczas odwiedzanych przez osoby homoseksualne), choć mamy okazję zwiedzić przeróżne miejsca pełniące funkcje dzisiejszych darkroomów (takie jak łaźnie i toalety publiczne), to nie sposób pozbyć się wrażenia, że wszystko to już osoba czytająca skądś zna, że może przeczytała to już w książkach Tomasika albo – z kolei w wersji powieściowej – w wielkim „Lubiewie” Michała Witkowskiego. A może, nie sięgając daleko, osoba ta zapoznała się z „Foucaultem w Warszawie”, w której podobne historie opowiadane były z większym wdziękiem i nerwem? Porównanie najnowszej książki Ryzińskiego z jego poprzednim reportażem, poświęconym próbie rekonstrukcji pobytu filozofa Michela Foucaulta w Warszawie, wypada zresztą dla niej niekorzystnie – „Dziwniejszej historii” brakuje tej narracyjnej siły napędowej, która w „Foucaulcie…” była związana z iście detektywistycznym śledztwem przeprowadzanym przez Ryzińskiego.

Brakuje napięcia i większej intensywności, choć autor bardzo się napracował, by (chociażby za pomocą wspominanych przeze mnie zabiegów stylistycznych) wpłynąć na emocje czytających, nierzadko balansując na granicy kiczu. Jak nie wzrusza, skoro przecież wzrusza – aż chciałoby się zapytać w stylu Gombrowicza, autora tak najwyraźniej przez Ryzińskiego lubianego, skoro przyjął za tytuł fragment powieści „Kosmos” i wybrał z niej motto. Trudno jednak powiedzieć, co właściwie łączy te dwie książki, mówiąc zaś szerzej, co właściwie i ostatecznie sprawia, że mielibyśmy do czynienia z „dziwniejszą historią”. To raczej historia, która aż prosi się o to, by napisać ją lepiej, barwniej, piękniej, być może nawet zgodnie z regułami, o których wagę upierał się Benjamin.

***

Remigiusz Ryziński, „Dziwniejsza historia”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.

Cytaty z Waltera Benjamina za: Walter Benjamin, „O pojęciu historii”, przeł. Adam Lipszyc, [w:] tegoż, „Konstelacje. Wybór tekstów”, Kraków 2012, s. 314-315.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj

***

Polecamy także:

„Najmilszy, najdroższy, najobrzydliwszy!” Listy Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego

Reportaż jako gest etyczny – „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza