dwutygodnik internetowy
04.02.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Gender niszczył nasz język już w XVI wieku

„Psycholożka” i „prezydentka” to nie nowomowa. Tworzone w ten sposób wyrazy istnieją w polszczyźnie od setek lat. Ale to od nas zależy, ile z nich się przyjmie.

ilustr.: Zuzanna Wicha

ilustr.: Zuzanna Wicha

W Polsce pojawia się coraz więcej żeńskich nazw zawodów i stanowisk. Część z nich bywa określana jako feministyczna nowomowa. Niewątpliwie dla wielu osób określenia typu „psycholożka”, „reżyserka” i „prezydentka” mogą brzmieć dziwnie, ponieważ stosowane są od niedawna. Ale tak samo dziwnie musiały kiedyś brzmieć wyrazy „nauczycielka” i „poetka”. Najnowsze formy żeńskie nie są wymysłem ani modą, lecz świetnie wpisują się w długą tradycję wzbogacania polszczyzny o nowe słowa.

Tradycję tę ilustruje między innymi „Słownik polszczyzny XVI wieku” opracowywany w Instytucie Badań Literackich PAN. Znajdziemy tam choćby takie hasła, jak „mistrzyni” (względnie „mistrzynia”) i „księżna”. Niektóre z ówczesnych form nie są już używane („łotryni”, „morderka”), a czasem też korzystają z wymarłych wzorców słowotwórczych (obok „kapłanki” jest „kapłanicha”). Ale przecież nie chodzi o to, by wskrzeszać każdy dawny wyraz, tylko o to, by wiedzieć, jak stare są żeńskie nazwy w naszym języku.

Następny przykład: książka Georga Schlaga do nauki języka polskiego z 1744 roku, zatytułowana „Gründliche und vollständige polnische Sprachlehre”. Otwieramy plik na stronie 56 i czegóż tam nie ma: „kucharzyna”, „karczmarka”, „szalbierka”, „dobrodziejka”, „kanoniczka”, „przedawczyni”, „dzierżawczyni”, „prorokini”, „hersztyni”, „ochmistrzyni”, „kupczyni”… Zapewne niektóre z tych słów zbudowano sztucznie dla zilustrowania zasady gramatycznej („wierszopiszyni”?), ale można śmiało założyć, że przynajmniej część była w użyciu.

„Słownik dokładny języka polskiego i niemieckiego” z 1806 roku, ułożony przez Jerzego Samuela Bandtkiego, również zawiera wiele takich wyrazów. „Adiutantka”, „prawniczka”, „prawodawczyni”, „professorka” (wtedy jeszcze przez „ss”)… Podobnie „Słownik języka polskiego” Samuela Bogumiła Lindego z lat 1807–1814 podaje formy „aspirantka”, „burmistrzyni” (lub „burmistrzująca”) i inne. Znowu możemy się zastanawiać, jak często sięgano po te słowa; widać jednak, że sama gramatyka nie stawiała tu większych przeszkód.

Wszystko to nie oznacza, że polszczyzna była kiedyś symetryczna pod względem płciowym. Nie jest teraz i nie była kiedyś. Wielowiekowa męska dominacja ma swój wymiar językowy, który do dziś widać na przykład w tym, że słowami takimi jak „prezes” łatwiej określić mężczyznę niż kobietę. Pokazuje to składnia i odmiana. „Spotkałem się z prezesem” to konstrukcja niebudząca zastrzeżeń, ale frazy „spotkałem się z prezes” i „spotkałem się z panią prezes” są już bardziej problematyczne. Pierwsze z tych sformułowań kłóci się z fleksyjnym charakterem naszego języka, drugie wymusza dystans, który nie zawsze jest na miejscu. Wyobraźmy sobie hasło w encyklopedii: „W latach 2000–2005 była panią prezes stowarzyszenia X. Potem została panią dyrektor w firmie Y”.

Oczywiście można i tak: „była prezesem”, „została dyrektorem”. Ale męskie rzeczowniki w męskiej odmianie niekoniecznie są neutralne, jeśli chodzi o skojarzenia związane z płcią. Czy słowa „jest dyrektorem” naprawdę tak samo często przywodzą nam na myśl kobietę, jak mężczyznę? Być może czytelnicy „Poradnika Językowego” mieli trochę racji, kiedy pod koniec 1903 roku dowodzili, że „nie wolno nazywać kobiety doktorem, lecz tylko doktorką”?

Wszystkie te problemy dobrze ilustruje felieton Stefanii Grodzieńskiej z 1960 roku pod tytułem „Dałam listonosz”. Oto fragment:

„Od kilku lat czytuję z niepokojem w prasie polskiej […] o «znakomitym lekarzu, Halinie Tulczyńskiej», o «literacie Irenie Krzywickiej». […] Nierzadkie jest zaskoczenie, jak na przykład w artykule, który się zaczyna: «Wybitny nasz pracownik, magister M. Krygier, ku ogólnemu zadowoleniu mianowany został dyrektorem. Zasłużył w pełni na to stanowisko. Ta drobna, łagodna  kobieta…» itd.

Nie jestem na tyle zarozumiały, abym się łudził, że zmienię istniejący stan rzeczy (przypominam, że literat Grodzieńska jest autorem tego felietonu), wybieram więc mniejsze zło. […] Oto więc fragment mojej nowej powieści z życia kobiet pracujących:

— Doktor kazała powtórzyć doktor, żeby doktor wstąpiła do doktor, to doktor już doktor powie, czego doktor od doktor potrzebuje – powiedziała instruktor, oddała klucze felczer, zostawiła polecenie dla monter i wyszła ze szpitala”.

A więc „dyrektorka”, „prezeska”, z czasem może i „doktorka”. Nie atakuję osób, które korzystają wyłącznie z męskich form, zachęcam jednak do tego, by sięgać po żeńskie. Z lewicowej perspektywy pewnym problemem może tu być narzucanie binarnego podziału osobom transpłciowym, ale w dzisiejszej polszczyźnie i tak trudno tego uniknąć – wyraz „prezes” raczej nie będzie już formą neutralną. O równy status tej grupy społecznej trzeba zabiegać za pomocą innych środków, językowych i pozajęzykowych.

Felieton Grodzieńskiej pokazuje też, że nowe nazwy żeńskie nie utrwalają się zawsze i wszędzie. Można ten proces zahamować, tak jak zahamowano go w drugiej połowie lat pięćdziesiątych w PRL. Jak pokazuje Agnieszka Małocha-Krupa w książce „Feminatywum w uwikłaniach językowo-kulturowych”, po wojnie w Polsce ścierały się dwie tendencje. Jedna polegała na używaniu form żeńskich („prezeska”, „dyrektorka”, „architektka”, „murarka”, „dyskobolka”), druga – na maskulinizacji („odczyt inżynier Kowalskiej”, „telefon do pani doktor”). Ostatecznie uznano, że męskie formy brzmią bardziej prestiżowo, ale nie było w tym żadnej historycznej konieczności.

Nie ma jej także dziś. Ani długotrwały sukces „prezydentki” nie jest przesądzony, ani jej upadek. Tradycja językowa może być istotnym argumentem, zwłaszcza dla osób nastawionych do polszczyzny bardziej konserwatywnie, ale sama z siebie o niczym nie przesądzi. Widoczność kobiet w języku jest jednym z wymiarów równości – jeśli nam na niej zależy, żeńskich form po prostu warto używać!

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Socjalizm a gender. Wokół książki Natalii Jarskiej „Kobiety z marmuru”

Radzik: Kościół potrzebuje feminizmu

Zuber: Gdyby Jezus był kobietą

Comments are closed.