dwutygodnik internetowy
21.05.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Droga Unio, czas mówić ludzkim głosem! ✊

Unia Europejska cierpi na komunikacyjne rozdwojenie jaźni. Rozwiązania fundamentalnych problemów giną w nieuczciwych relacjach z „napierających fal arabskich byczków”, a granie infantylną prounijnością pogłębia wrażenie nieszczerości i elityzmu.

Charlie Newshouse dla kampanii "Me and EU", www.meandeu.uk

Charlie Newshouse dla kampanii „Me and EU”, www.meandeu.uk

Spoglądając na statystyki monitorujące wiek odbiorców internetowego dwutygodnika Magazynu „Kontakt”, pozwalam sobie założyć, że związane z Unią Europejską wspomnienia osób, które kliknęły w ten tekst są zbliżone do mojego. Z dużą dozą pewności przewiduję, że podczas lat szkolnych wasz pakiet startowy młodego euroentuzjasty zawierał: nauczycielkę geografii prowadzącą koło młodego Europejczyka dla jajogłowych lizusów, tuzin flag na plastikowym patyczku, kilka baloników z żółtymi gwiazdkami oraz śpiewanie dwóch zwrotek „Ody do radości” na szkolnym apelu.

Jeśli jeszcze nie wzbudziłem w was uczucia ciepłej nostalgii, próbuję dalej. Niedzielne wieczory z rodzinną rozrywką w postaci plejady śmieszków z „Europa da się lubić”, kilka broszur z mapkami, płytami CD i grami we flashu. Plakietki z niekończącymi się mantrami o finansowaniu ze wspólnego budżetu na każdym moście, placu zabaw i przy wejściu do aqua-parku (być może z jedyną w historii unijnego języka frazą wzniesioną do poziomu symbolu popkultury w „Pawiu królowej” Doroty Masłowskiej – „ta piosenka finansowana jest ze środków Unii Europejskiej”).

Wszystko na nic. Dziś, podczas gdy Wielka Brytania opuszcza wspólnotę, 56,5 procent Polaków poparłoby decyzję o opuszczeniu UE, jeśli groziłaby Polsce utrata funduszy unijnych51,2 procent Polaków poparłoby odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę opuszczenia UE, a 27 procent Polaków w wieku 18–24 lat chce wyjścia ze wspólnoty.

Diagnoza: wykluczająca nuda

Kontrast tych wspomnień z realną i brutalistyczną twarzą brukselskich instytucji jest głęboki. Nieuniknione było rozczarowanie prawdziwym językiem, którym Unia Europejska mimowolnie mówi do swoich obywateli na co dzień. W repertuarze: procedury, artykuły, dwustustronicowe PDF-y, które zmieniają nawet najbardziej fantastyczne rozwiązania XX wieku w festiwal nudy (spójrzmy chociaż na „swobodny przepływ osób”). Wszystkie telewizyjne relacje z Brukseli rozpoczynające się rzędem flag stojących przed stalowo-szklanymi budynkami. Chmara jednakowych osób w jednakowych garniturach. Głos lektorki czytającej tłumaczenia zrozumiałych dla wąskiej elity grypsów pełnych frankofońskich kalek. Autoironiczne określenie „brukselskiej bańki” pokazujące spore samozadowolenie z własnej sytuacji życiowej – i zupełną świadomość nieprzejrzystości tego świata dla zewnętrznego obserwatora.

Kolejne na liście grzechów głównych: prymusostwo. Jeśli mowa o edukacji – to przez anglojęzyczną zabawę w bogatych europosłów i wysoko postawionych urzędników. Jeśli o studiowaniu – to do tych, którzy mają odwagę, chęć, znajomość języka i pieniądze, by pojechać na erasmusa. Jeśli o finansach – do wąskiej grupy handlującej międzynarodowo, zapominając, że wśród obywateli UE są ludzie, którzy nigdy w życiu nie trzymali w ręce banknotu euro. Na kilometr czuć, kto ma łatwość mówienia tym szyfrem – i na bank nie są to panie prowadzące warzywniaki, krawcowe czy stolarze.

Nie wszystkiemu winne są same instytucje unijne. Dużą część kreciej roboty robią rządy państw członkowskich i biznes. „Jeśli zwalać winę, to tylko na euromoloch” – ten styl myślenia doczekał się swojej własnej nazwy („EU blame game”) i licznych artykułów naukowych. Nawet w miarę jednoznaczne sukcesy, do jakich można zaliczyć likwidację roamingu, są cynicznie rozgrywane przez firmy na antysystemową nutę: „Francuzi i Niemcy będą mieli taniej, a my, Polacy za to płacimy”.

To wszystko wskazuje, że „oni”, czyli centrum decyzyjne, są odlegli od „nas” nie tylko o 1300 kilometrów, ale dodatkowo oddzieleni wielkim murem estetyczno-językowym. Balonik z gwiazdkami dawał nadzieję na dialog, nie oferując później adekwatnych narzędzi do prowadzenia go dla większości obywateli.

Udawany naród

Tą inercją komunikacyjną Unia Europejska od kilku lat dopisuje swoje rozdziały do historii spadającej globalnie wiary w progresywne rozwiązania. Dokonywana dziesiątki razy wiwisekcja Brexitu zaczyna jednak przynosić owoce w postaci otwartości na krytyczne obserwacje. Zasadne staje się pytanie: jak to się dzieje, że Unii Europejskiej ciężko jest wzbudzić wokół siebie pozytywne emocje, podczas gdy siła tych negatywnych jest olbrzymia?

Po pierwsze, największy chyba grzech to udawanie wspólnoty narodowej. Szukanie wspólnoty Europejczyków było sporym wyzwaniem – różnice językowe i w zasobności portfela na linii Zachód-Wschód i Północ-Południe to kwestie, nad którymi ciężko przejść do porządku dziennego. Pozostałe aspekty „budowania wspólnoty” wywracają się na niepodrabialnych detalach, które można próbować odhaczać z listy przewodnika „How To Make a Nation” (hymn – jest!, monety – gotowe!, flaga – na maszcie!), ale zawsze pozostaną nieszczerą inżynierią społeczną bez jedności kultury i namacalnych korzeni.

Takiej aspiracji nie miały ani Rada Europy, ani Organizacja Narodów Zjednoczonych, zatrzymując się na poziomie tradycyjnej, ponadnarodowej organizacji. Być może dlatego to nie one rozpalają wyobraźnię walczących o suwerenność lokalistów. Ci ostatni, niechętnie nastawieni do płynnej idei „Polak i Europejczyk”, mogą odbierać taką próbę jako godną pożałowania, a do tego obraźliwą wobec prawdziwego w ich rozumieniu narodu, który (przynajmniej na poziomie mitu) się wspiera, wzajemnie o siebie dba i dzieli historię potu, krwi i łez.

Równolegle z pragnieniem płonącej ogniem namiętności wspólnoty Unia Europejska sili się na neutralność. Nie dość, że to działanie samo w sobie sprzeczne, to jeszcze blokuje możliwość reakcji na bardzo emocjonalne komunikaty jej przeciwników. Probrexitowa kampania (tak, tak, wiemy – hojnie i nielegalnie wspierana przez rosyjskie pieniądze) zmyślnie przejęła lewicową politykę tożsamości, wypełniając emocjonalne luki subkampaniami: Muslims 4 BritainOut and ProudVapers for Britain (kiedy okazuje się, że autoidentyfikacja jako „osoba dymiąca e-papierosy” jest silniejsza niż bycie „Europejczykiem”, to wiedzcie, że coś po drodze poszło nie tak). Te działania obnażyły jednak istotną prawdę na temat skuteczności narzędzi i strategii budowania europejskiej jedności – tożsamość europejska nie porusza tak głębokiej struny jak pozostałe identyfikacje.

Skok naprzód

Unia Europejska nie jest osamotniona w wielkim zmąceniu wód, jakie od kilku lat serwowane jest pewnemu siebie establishmentowi. Nieskładnie rozwijający się, na wpół państwowy system, jakim są instytucje europejskie, obrywa jeszcze bardziej ze względu na wizerunek elit tworzących system dla elit, który akurat tej strukturze trudno zbalansować realną polityką socjalną (ze względu na podział kompetencji między kraje członkowskie i UE) czy pompatycznością narodowych resentymentów.

Z popiołów pozostawionych po ogólnoświatowym marszu populistów wyłaniają się jednak nieśmiałe próby odpowiedzi. Nowe style komunikacji testują bezwstydnie progresywni Emmanuel Macron i Justin Trudeau. W Szwajcarii Flavia Kleiner ze swoją Operation Libero łoi skórę skrajnej prawicy w kolejnych referendach. W Stanach Bernie Sanders planuje zostać mediowym magnatem. Nawet sama Unia Europejska, co prawda w swoim stylu, ale próbuje nadążać – rymuje na Twitterze o podatkach czy nurkuje w internetowym błocie, żeby dowiedzieć się więcej o mechanizmach propagandy.

Czas posłuchać eurosceptyków, którzy mówią, że Unia Europejska w dzisiejszym stanie zasługuje na miano organizacji komunikującej się w sposób kostyczny i rozczarowujący. Biorąc jednak pod uwagę jej znaczenie, wciąż jest godna kredytu zaufania ze strony wierzących w jej idee obywateli. Oddolne wstrzyknięcie entuzjazmu w unijne struktury wydaje się niezbędne dla podtrzymania ich życia i nadania im nowych znaczeń. Oby udało się to choć trochę przed kolejnymi wyborami do Parlamentu Europejskiego – jeśli nie chcemy, by antyunijni europosłowie podjęli decyzję o jego samorozwiązaniu.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Socjalny filar dwóch prędkości

Demos potrzebny Unii od zaraz

Świetlik: Musimy zatrzymać TTIP i CETA!