dwutygodnik internetowy
3.10.2016
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Świetlik: Musimy zatrzymać TTIP i CETA!

Dlaczego protestujemy przeciw TTIP? Strefy wolnego handlu są projektami, które odwracają nasze rozumienie tego, czym jest demokratyczne państwo, kim jest suweren i czyj interes przede wszystkim powinien być brany pod uwagę.

ilustr.: Ania Gwiazda

ilustr.: Ania Gwiazda

Z Marią Świetlik rozmawiają Maria Rościszewska i Szymon Rębowski.

MARIA ROŚCISZEWSKA, SZYMON RĘBOWSKI: Podstawowe modele ekonomiczne dotyczące wymiany międzynarodowej pokazują, że liberalizacja handlu sprzyja wszystkim państwom – niezależnie od tego, czy jedno jest bardziej rozwinięte, a drugie mniej, czy oba są na tym samym poziomie rozwoju. Dlaczego więc mamy protestować przeciw ratyfikacji umów TTIP (ang. Transatlantic Trade and Investment Partnership; Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji) i CETA (ang. Comprehensive Economic and Trade Agreement; Kompleksowa Umowa Gospodarczo-Handlowa), dzięki którym powstanie strefa wolnego handlu między Stanami Zjednoczonymi i Kanadą a Unią Europejską?

MARIA ŚWIETLIK: Odpowiedź jest prosta: dlatego, że te modele nie opisują rzeczywistości. Powstały w oparciu o pewne bardzo silne założenia ideologiczne i nigdy nie znalazły potwierdzenia w praktyce, ponadto ekscytują się jednym aspektem oceny gospodarki, jakim jest PKB. Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, czyli instytucja od lat 70. XX wieku trwająca w wierze neoliberalnej, zauważył niedawno, że idea wolnego rynku w wymiarze międzynarodowym nie przynosi spodziewanych korzyści, a wręcz przeciwnie – prowadzi do pogłębiania nierówności. Z naszego punktu widzenia – półperyferyjnego kraju, jakim jest Polska – powinno to być ostrzeżeniem przed tym, co może nas czekać, jeśli dalej będziemy się posuwać w kierunku liberalizacji czy deregulacji.

Aby zrozumieć, dlaczego podważamy dotychczas dominujące przekonania ekonomiczne, trzeba zadać sobie kilka kluczowych pytań: czym jest państwo? kto powinien mieć na nie wpływ? w czyim interesie powinno ono działać? W społeczeństwach demokratycznych oczekujemy tego, że władze będą dbać o interes publiczny, który bierze pod uwagę takie kwestie jak sprawiedliwość społeczna, prawa człowieka, ochrona środowiska czy prawa zwierząt. Strefy wolnego handlu są projektami, które odwracają nasze rozumienie tego, czym jest demokratyczne państwo, kim jest suweren i czyj interes przede wszystkim powinien być brany pod uwagę.

W jaki sposób odbywa się to odwrócenie pojęć?

To, co nazywa się deregulacją, czyli uwolnieniem kapitału spod reżimu państwa i jego przepisów, jest de facto formą re-regulacji. Skutkiem deregulacji nie jest mniejsza liczba przepisów. One są nadal konstruowane – ale już nie w interesie publicznym, a w interesie wielkiego biznesu. Oczywiście trzeba pamiętać, że nie chodzi tu o małe czy średnie przedsiębiorstwa, bo to nie one stoją za grupami lobbingowymi, które wpływają na kształt regulacji – mówimy o transnarodowym kapitale. Wielki firmy dążą do korzystnego dla nich ujednolicenia przepisów na całym świecie. Można to pokazać na przykładzie produkcji żywności. W tej dziedzinie regulacje Unii Europejskiej są wyraźnie inne niż reszty świata. Spójrzmy na produkcję wieprzowiny: w Stanach Zjednoczonych 80 procent tego rodzaju mięsa produkowane jest z wykorzystaniem środka chemicznego o nazwie raktopamina, dzięki któremu masa zwierząt przyrasta szybciej. Z punktu widzenia agrobiznesu to, że w UE substancja ta jest zabroniona, jest poważnym problemem. Chcąc sprzedawać wieprzowinę do Europy, producenci północnoamerykańscy muszą stworzyć osobne linie produkcyjne – co podnosi koszty działalności, tym samym zmniejszając zyski. Ich interes leży w tym, by mięso wyprodukowane w jednym systemie produkcji można było sprzedawać wszędzie. Ale zwróćmy uwagę, że raktopamina nie bez powodu jest w UE zakazana – udowodniono niekorzystny wpływ tego środka na zdrowie konsumentów. Chodzi o choroby układu krążenia, odnotowuje się również wzrost zachowań agresywnych, nie mówiąc już o cierpieniu samych zwierząt. Taka zatem regulacja – korzystna z punktu widzenia interesu publicznego – dla agrobiznesu jest barierą „pozataryfową” w swobodnym handlu.

Niektóre analizy wskazują, że TTIP wcale nie doprowadzi do zupełnej deregulacji na rynku żywności. Mają zostać zachowane kwoty importowe – cła na żywność prawdopodobnie będą zniesione, ale tylko do odpowiedniej wielkości handlu. Twierdzi się też, że ta umowa nie ma automatycznie zlikwidować wszystkich regulacji, które obowiązują w Unii Europejskiej. Czy faktycznie jest więc zagrożenie, że będziemy – przykładowo – jeść wieprzowinę z raktopaminą? Czy nie jest to rysowanie najbardziej czarnego scenariusza z możliwych, a niekoniecznie najbardziej realnego? 

Na początku zastanówmy się, po co w ogóle istnieją cła. Między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską średnio wynoszą one około 3 procent, w przypadku żywności są jednak zdecydowanie wyższe. Cła mają dwa podstawowe cele: po pierwsze są źródłem wpływów do budżetu, a po drugie są sposobem chronienia lokalnej produkcji. Sam pomysł znoszenia ceł już wydaje się bardzo niebezpieczny, zwłaszcza tam, gdzie chodzi o żywność i o wsparcie dla lokalnego rolnictwa. Spójrzmy na ten problem na przykładzie państw globalnego Południa: Meksyk, będący stroną umowy o wolnym handlu między państwami Ameryki Północnej NAFTA (ang. North American Free Trade Agreement; Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu), został zalany tańszą, ale gorszej jakości żywnością z USA. Doprowadziło to do utraty bezpieczeństwa żywnościowego. Oznacza to, że Meksyk nie jest już w stanie sam wyprodukować tyle żywności, ile potrzeba, aby wyżywić własnych obywateli. Czyni go to zatem bardzo podatnym na skutki nieurodzaju, ale i spekulacji, zwłaszcza w sytuacji narastających zmian klimatu i kończących się zasobów wody pitnej.

Co się stanie, gdy zlikwidujemy cła?

Lokalni producenci będą musieli się na własnym rynku zmierzyć z produktami międzynarodowych koncernów. Tej konkurencji opartej o cenę oczywiście nie będą w stanie udźwignąć – widzimy to już dzisiaj. Rolnikom nie opłaca się produkować żywności, jeśli ceny skupu są zbyt niskie. Wiele małych i średnich firm produkujących żywność w Polsce już zbankrutowało. Do tego znikają małe sklepy, a na ich miejsce wchodzą duże sieci.

Wracając do pytania o wpływ TTIP i CETA na regulacje wewnątrzunijne – tego typu umowy nie rozstrzygają każdego drobnego detalu życia gospodarczego. Tworzą raczej ramy, według których będzie można ustanawiać kolejne przepisy lub negować istniejące. To, co wprowadza CETA i czego należy się także spodziewać w TTIP, to „współpraca regulacyjna”. Brzmi to bardzo dobrze, bo przecież chcemy, by państwa ze sobą współpracowały i wydaje się nam, że ze współpracy zawsze musi wyjść coś pozytywnego. Tylko znów pojawia się pytanie: dla kogo będzie to korzystne? By na nie odpowiedzieć, musimy zobaczyć, kto będzie stroną negocjacji. Organy współpracy regulacyjnej – jak wynika z postanowień tych umów – mają zrzeszać przedstawicieli największych korporacji. W kwestii przepisów mają one wspólne interesy, bo mają wspólny model biznesowy. To, że nagle udział w stanowieniu przyszłych regulacji stanie się znacznie bardziej dostępny dla przedstawicieli firm transnarodowego biznesu, oznacza de facto, że interes publiczny będzie miał jeszcze mniejsze znaczenie. Regulacje, które dzisiaj tworzą standardy bezpieczeństwa żywności, to dyrektywy UE, które powstają w procesie demokratycznego stanowienia prawa. Pojawiają się propozycje ustaw, towarzyszą im debaty, wypowiadają się eksperci różnych dziedzin. Gdy wreszcie dochodzi do etapu końcowego, to decydenci, zobowiązani traktatem Unii Europejskiej, biorą pod uwagę model zrównoważonego rozwoju. Muszą myśleć o zdrowiu publicznym, rynku pracy, o kwestiach środowiskowych, od jakiegoś czasu również o dobrostanie zwierząt. To unikatowe, że UE ma takie regulacje – wywalczyły to pokolenia aktywistów i aktywistek. Natomiast ciała współpracy regulacyjnej nie będą zobowiązane traktatem UE, bo nie są instytucjami unijnymi. To są organy, które mają kierować się tym, jak nowe propozycje ustaw i regulacji wpłyną na interes zagranicznych inwestorów. W ich pracach nie będą brali udziału przedstawiciele małych i średnich przedsiębiorstw, niezależni eksperci i ekspertki z ośrodków badawczych, przedstawiciele i przedstawicielki organizacji działających w interesie praw konsumenckich, praw pracowniczych, praw zwierząt.

Wróćmy na chwilę do kwestii ceł, jest przecież przynajmniej jedna grupa społeczna, która zyska na ich obniżeniu – konsumenci. W końcu dzięki zniesieniu samych ceł i większej konkurencji na rynku żywność stanie się tańsza. Jeśli konsumenci będą chcieli, to przecież nadal będą mogli kupować żywność od miejscowych, lokalnych dostawców.

Rzeczywiście – i to pokazują badania robione w Polsce – głównym kryterium zakupów w naszym kraju, zwłaszcza od czasów kryzysu, jest cena. I to się nie zmieni. Problem jednak nie polega na tym, że ludzie są skąpi, tylko na tym, że nie mają pieniędzy. Dlaczego? Między innymi dlatego, że tak, a nie inaczej wygląda sytuacja na polskim rynku pracy. Czy CETA i TTIP wpłynie na nią korzystnie i w związku z tym będziemy mieć konsumentów, którzy zaczną kierować się jakością żywności, a nie wyłącznie ceną?

Wstępne badanie wpływu TTIP na cele zrównoważonego rozwoju, opublikowane w maju przez Komisję Europejską, wskazuje, że w Polsce zniknie około stu tysięcy miejsc pracy. W przypadku CETA ma być to ubytek dwustu tysięcy w całej UE. To oznacza, że nie ma szans, aby to kwestia jakości żywności stała się decydująca. Zagraniczne koncerny nie będą miały żadnego interesu w tym, żeby produkować żywność wysokojakościową i dążyć do obniżenia jej ceny.

Jak wygląda żywność, której możemy się spodziewać, jeśli doszłoby do uwspólnienia rynku ze Stanami Zjednoczonymi?

Jak już wspomniałam, jest ona produkowana w innym reżimie prawnym. W UE panuje zasada ostrożnościowa, która polega w uproszczeniu na tym, że jeśli coś nie jest na sto procent bezpieczne, nie powinniśmy tego wprowadzać na rynek. W krajach UE istnieją instytucje państwowe, które badają, czy dane składniki oraz proces ich produkcji są bezpieczne. Mamy SANEPID czy inspekcję weterynaryjną, która ma prawo sprawdzić, czy w zakładzie produkcyjnym jest czysto, w jakich warunkach żyją zwierzęta, co się dzieje w trakcie transportu. W Stanach Zjednoczonych natomiast panuje zasada nazywana „konsensem naukowym”. Polega ona na tym, że wszystko można wprowadzić na rynek do czasu, kiedy w sposób niekwestionowany nauka ustali, że dany produkt jest niebezpieczny.

Tak jest na przykład ze stosowaniem hormonów w produkcji. Jeżeli europejskie ośrodki badawcze mówią, że mogą być szkodliwe, to nie można stosować ich w produkcji żywności. A w Stanach Zjednoczonych, ponieważ istnieją ośrodki badawcze, które będą twierdzić, że nie ma ostatecznych dowodów, że są niebezpieczne, produkt zostaje na rynku.

Jakie ma to konsekwencje dla nas, konsumentów?

Europejczyk może kupić dzisiaj mleko, co do którego jest pewien, że nie zostało ono wyprodukowane z użyciem hormonów mleczności. Konsument amerykański kupuje produkty, nie mając zielonego pojęcia, czy były tam stosowane hormony czy nie. W Stanach system do tego stopnia sprzyja biznesowi, że doszło do tego, że producent, który oznaczał mięso jako wolne od hormonów, został skazany za czyn nieuczciwej konkurencji. Można postawić pytanie: czy wolimy zapłacić trzydzieści groszy więcej za mleko, wobec którego możemy mieć pewność, że nie ma w nim pasożytów, hormonów i innych szkodliwych czynników, czy wolimy zapłacić trzydzieści groszy mniej i pić coś, czego nie jesteśmy w ogóle w stanie ocenić, jakie skutki będzie miało dla zdrowia naszego czy naszych dzieci? Tylko że w USA to nawet nie jest kwestia tego, co wolimy. By mieć w ogóle możliwość wyboru, trzeba mieć dostęp do wiedzy, a zatem musi istnieć prawo, które nakazuje informować, co jest „w środku” opakowania. Natomiast Światowa Organizacja Handlu (WTO) wręcz dąży do tego, by usunąć etykietowanie produktów, czyli oznaczanie ich składu – mówiąc, że jest to tajemnica przedsiębiorstwa. Nie zapominajmy również o tym, że ta wolność wyboru jest także ograniczana przez budżety rodzinne.

Jaką politykę powinno więc prowadzić państwo w sektorze produkcji żywności?

Celem państwa powinno być dążenie nie do tego, by żywność była jak najtańsza, tylko do tego, by wysokiej jakości żywność produkowana lokalnie była w cenie, która zapewnia producentom godne życie, ale jest jednocześnie w zasięgu zwykłych ludzi zarabiających płacę minimalną. Prawo do zdrowia nie może być przywilejem wąskiej grupy najbogatszych warstw społeczeństwa. Cel ten można osiągnąć jedynie, wspierając lokalną produkcję, lokalne rynki i miejsca godnej pracy za godną płacę, a nie wyzyskując ludzi i zwierzęta na całym globie oraz zwiększając emisję gazów cieplarnianych poprzez intensywne rolnictwo i transport żywności przez oceany.

Kwestią, która budzi duże kontrowersje w sprawie umowy TTIP, jest mechanizm ISDS (ang. Investor-State Dispute Settlement; arbitraż „inwestor przeciwko państwu”). W jakich konkretnie sytuacjach może on wystąpić? Na czym dokładnie polega?

System arbitrażu „inwestor przeciwko państwu” powstał już pięćdziesiąt lat temu, gdy firmy pochodzące z tak zwanych krajów rozwiniętych zaczęły inwestować w krajach rozwijających się. Inwestycje te były zabezpieczane dwustronnymi umowami, których jednym z elementów była klauzula mówiąca o tym, że w przypadku wywłaszczenia inwestora zagranicznego ma on prawo odwołać się do arbitrażu i domagać się odszkodowania za utracone spodziewane zyski. W tamtych czasach tłumaczono, że chodzi o przypadki nacjonalizacji przemysłu – dajmy na to, przemysłu wydobywczego w krajach Ameryki Południowej. System ISDS istniał, ale w zasadzie nie był używany przez kolejne dziesiątki lat. Aż do wczesnych lat dwutysięcznych, gdy nastąpił zauważalny skokowy wzrost wykorzystania arbitraży i znaczące rozciągnięcie definicji różnych pojęć, które w tym systemie funkcjonują. Wcześniej o inwestycji mówiono w przypadku, gdy ktoś przywoził sprzęt, tworzył parki maszynowe, przyjeżdżał z tak zwanym know how – czyli dużo inwestował, żeby w tym kraju zacząć swoją działalność. Dziś inwestycją może być jedynie zarejestrowanie firmy w danym kraju lub utworzenie siedziby, w której pracują dwie osoby, za czym nie idą żadne wielkie pieniądze. W związku z tym system ISDS zaczął działać trochę inaczej niż w momencie, gdy był konstruowany.

Czasem mówi się, że są to „sądy arbitrażowe”, ale to przecież nie ma nic wspólnego z sądem. To są trzy osoby, które ze sobą rozmawiają – tak jak my dzisiaj.

Skąd te osoby się rekrutują?

Każda ze stron, czyli zarówno inwestor pozywający, jak i państwo, wybiera po jednym arbitrze, po czym wspólnie wybierają trzeciego – są to specjaliści od prawa handlowego, wynajmowani z dużych, międzynarodowych kancelarii prawnych. Istnieją badania pokazujące, że mniej więcej piętnastu tych samych arbitrów obsługuje gros dużych spraw. A więc trzech prawników siada razem do stołu i dyskutuje, czy doszło do wywłaszczenia. To wywłaszczenie kiedyś rozumieliśmy dosłownie, jako odebranie prawa własności, a dziś mówi się o „wywłaszczeniu z zysku”. Co nim może być? Spójrzmy na sprawę, która rozegrała się pomiędzy Egiptem a francuską korporacją VEOLIA, która wygrała przetarg w Aleksandrii na oczyszczanie miasta. Władze Aleksandrii na skutek Arabskiej Wiosny podniosły płacę minimalną, lecz z punktu widzenia VEOLII to było wywłaszczenie firmy z zysku, ponieważ podniosło to jej koszty funkcjonowania i spodziewane zyski spadły. W związku z tym VEOLIA powołała się na dwustronną umowę Francja-Egipt, w której zawarty był system ISDS i zażądała od państwa odszkodowania.

Czyli decyzja podjęta przez władze lokalne powoduje pozwanie przez firmę całego państwa?

Tak. Istnieje jednak sporo innych przykładów spraw rozwiązywanych za pomocą systemu ISDS. Na przykład: firma wydobywcza przez lata eksploatuje zasoby naturalne w Ekwadorze, przy okazji wylewając szesnaście miliardów galonów substancji toksycznych do wód gruntowych w regionie Amazonii. Skutek jest taki, że lokalna ludność nie ma czego pić, a rolnicy nie są w stanie uprawiać ziemi, a więc dalej utrzymywać się ze swojej działalności. Przez długi czas lokalna ludność procesuje się z tą firmą, aż w końcu zapada wyrok w sądzie: za straty środowiskowe należy się odszkodowanie, a dodatkowo firma powinna doprowadzić do oczyszczenia wód gruntowych. To wszystko przebiega na gruncie prawa krajowego. Co wtedy robi firma? Pozywa już nie lokalną ludność, ale Ekwador. Sprawa jest w arbitrażu i prezydent jest zobowiązany wstrzymać wykonanie wyroku sądowego. Czy nie jest to zawieszenie trójpodziału władzy? Nagle trzech arbitrów, którzy usiedli przy stole, za co najmniej parę milionów dolarów każdy, mówi, że inwestor ma prawo do odszkodowania. Gdy wyrok zapada, państwo nie ma wyboru, musi zapłacić te pieniądze.

Duży problem mają państwa po prostu zbyt biedne, żeby wynająć arbitra. Uwagę przyciągnęły ostatnio kwestie związane z opakowaniami papierosów, chodzi o interes gigantycznych firm, jak na przykład Phillip&Moris, który może pozwać Australię – jedno z najbogatszych państw świata – ale może pozwać też Urugwaj – jedno z biedniejszych – dokładnie w tej samej sprawie: oba te państwa wprowadzają regulacje mówiące o tym, że na opakowaniach powinny znajdować się głównie ostrzeżenia dotyczące zdrowotnych skutków palenia papierosów. Kogo warto pozwać? Oczywiście tego najsłabszego. I raz wygrana sprawa z Urugwajem sprawia, że Australia czy UE wycofują się z wprowadzenia takiego prawa, bo wiedzą, że zaraz zostaną pozwane. To efekt „studzący” ustawodawcę, o którym trzeba pamiętać, pokazując realne polityczne i społeczne skutki istnienia arbitrażu ISDS.

Czy nie jest tak, że łącznie spraw zakończonych ugodą i zwycięstwem firmy prywatnej jest około 60 procent, ale jednak najczęściej wygrywa państwo?

Państwo nie jest w stanie wygrać takiej sprawy. Może jedynie nie przegrać. Nie musi wtedy płacić odszkodowania, ale trudno to nazwać zwycięstwem. Faktycznie: nie traci miliardów, ale traci miliony, ponieważ w tym systemie często państwo ponosi koszty arbitrażu, nawet jeżeli na końcu się wybroni. W systemie sądowniczym jest tak, że jeżeli przegrywasz, to na ciebie spadają koszty sądowe, a w arbitrażu takiej zasady nie ma, w związku z czym państwa tak czy inaczej tracą miliony, chociażby płacąc za obsługę prawną. Jedyne co mogą zrobić, to nie tracić miliardów. Mogą też nie stracić przestrzeni politycznej, bo skutkiem ugody jest najczęściej odszkodowanie, ale może być nim też wymóg wycofania się przez państwo z jakiejś regulacji. Scenariusz, w którym państwo cokolwiek wygrywa, nie istnieje. Sytuacji, kiedy państwo nie przegrywa, nie jest zmuszone do ugody, jest około 40 procent. Czyli jest odwrotnie: gros spraw państwo przegrywa.

Jeżeli ugodę uznamy za porażkę państwa.

Ależ ugoda jest rodzajem porażki, bo albo trzeba zapłacić częściowe odszkodowanie, albo trzeba zrezygnować z ważnej regulacji. Poza tym nawet jeżeli byłoby tak, że państwo w większości przypadków się broni, to jaką ten system ma rację bytu? Jaki jest interes publiczny, dla którego miałby istnieć? Przypomnę, że badania nie wykazały związku między istnieniem tego systemu i większą liczbą inwestycji bezpośrednich w danym kraju.

Czy nie powinien istnieć jakiś rodzaj międzynarodowego sądu, który zajmowałby się takimi sprawami?

Zagraniczna firma ma w takiej sytuacji pełny dostęp do ścieżki krajowej. Tak jak i inni przedsiębiorcy.

Pytanie, jak sądy krajowe w sprawie przeciwko własnemu państwu będą patrzeć na interesy tej firmy?

Tak jak w przypadku innych sporów, w których oskarżone są decyzje podejmowane w ramach instytucji państwowych. Kluczowa jest tu inna kwestia: czy zgadzamy się na to, że zrównujemy ontologicznie i prawnie prywatną firmę z państwem. Czy to jest dwóch równorzędnych partnerów? Jaka jest kontrola społeczna nad tymi dwiema instytucjami? Możemy narzekać na kształt naszej dzisiejszej demokracji, ale jednak jakiś wpływ na to, jak państwo wygląda i czym się kieruje, mamy. Na to, co robi firma należąca do kilku osób, nie mamy żadnego wpływu. Czy ona powinna być partnerem równoprawnym dla państwa? Możemy oczywiście stwierdzić, że w coś takiego jak niezawisłość sądów w ogóle nie wierzymy. Tylko czy przekazanie władzy trzem prawnikom w jakikolwiek sposób rozwiązuje ten problem? Im ufamy bardziej, że wystąpią w naszej obronie? W systemie, który działa w ramach prawa handlowego, a nie odnosi się do praw człowieka?

Oczywiście jeśli chodzi o kwestię relacji państwo-korporacja, zdecydowanie potrzebny jest międzynarodowy trybunał do sądzenia zbrodni popełnianych przez tego typu firmy. Przeciwko ludności i przeciwko środowisku. I trybunał w Hadze ma szanse zacząć pełnić taką rolę chociaż częściowo. Problem z systemem ISDS polega między innymi właśnie na tym, że daje on pewien przywilej inwestorowi, ale w żaden sposób nie obarcza go odpowiedzialnością za jego działania. Struktury właścicielskie korporacji i globalne łańcuchy wartości są tak złożone, że strasznie trudno je ścigać i pociągać do odpowiedzialności karnej. A to, co robią, jest straszne! Mówimy przecież o wynajmowaniu bojówek paramilitarnych do zabijania chłopów, którzy buntują się przeciwko grabieży ziemi czy wody. Mówimy o zatrudnianiu ludzi w warunkach urągającym jakimkolwiek zasadom bezpieczeństwa, nie mówiąc już o godności ludzkiej. Całkiem niedawno przecież żyliśmy wszyscy historią zawalonej szwalni w Bangladeszu, w której pracę zlecały też polskie firmy.

I ten właśnie system ISDS ma zostać przez umowy TTIP i CETA „zabetonowany”?

Tak. Jak mówiłam, istnieje on od lat i znajduje się w ponad trzech tysiącach umów dwustronnych. Sama Polska ma tych umów podpisanych ponad dwadzieścia. Przy okazji może warto powiedzieć, że Polska jest w czołówce pozywanych państw świata – na dziesiątym miejscu.

W niektórych państwach budzi się refleksja, za sprawą masowych protestów i dużych ruchów społecznych, które się tym tematem zajmują. Refleksja, że może jednak należy się z umów ISDS jak najszybciej wycofać. Z umowy dwustronnej można to zrobić w stosunkowo łatwy sposób, ponieważ są one zawierane na określony czas. Polska ma taką umowę z USA pierwotnie zawartą na dziesięć lat, które minęły w 2004 roku, ale w umowie zawarta jest klauzula, że następuje automatyczne odnowienie, po którym jest jednak roczny okres wypowiedzenia. Wystarczy więc prosta polityczna decyzja, żeby taką umowę dwustronną rozwiązać. Niedawno zrobiły to: Indonezja, Włochy i Irlandia. Natomiast z umowy międzynarodowej, wielostronnej – takiej, jak TTIP, która ma połączyć Stany Zjednoczone z dwudziestoma ośmioma państwami Unii – w zasadzie nie sposób się wycofać. Są tak konstruowane, że podpisuje się je bezterminowo i aby z nich wyjść, trzeba mieć zgodę wszystkich innych partnerów. I to jest problem. Jeżeli system ISDS zostaje wpisany w tego typu umowę, wtedy Polska nie ma już możliwości wypowiedzenia umowy ze Stanami Zjednoczonymi. Jedynym ruchem byłoby wyjście z Unii Europejskiej.

TTIP nie jest jedynym przykładem międzynarodowej umowy o liberalizacji handlu. Wspomniała pani o Ameryce Północnej. Jakie były skutki podpisania umowy NAFTA?

Meksykowi – który był w tej umowie podmiotem ekonomicznie oraz politycznie najsłabszym, a jego gospodarka opierała się głównie na produkcji rolnej – obiecywano, że stanie się potęgą eksportową żywności, bo wejdzie na nowe rynki zbytu. Dokładnie to samo opowiada się dzisiaj w Polsce czy w innych krajach UE: „Cieszcie się, bo oto czeka na was w Stanach trzysta milionów konsumentów, którzy tylko marzą o tym, by dostać wasze produkty w swoje ręce”. A co wydarzyło się w rzeczywistości? Nastąpiło coś dokładnie odwrotnego: Meksyk z państwa, które produkowało żywność, stał się jej importerem. Po ośmiu latach udział żywności importowanej z 13 procent wzrósł do 42. Państwo straciło bezpieczeństwo żywnościowe – Meksyk, państwo stricte rolnicze, już nie jest w stanie sam się wyżywić, jest zależny od produkcji pólnocnoamerykańskich koncernów. A mechanizm był taki: zagraniczni inwestorzy, koncerny żywnościowe po zniesieniu ograniczeń w dostępie do rynku zaczęły sprzedawać kukurydzę – podstawowe ziarno w Meksyku – poniżej cen proponowanych przez krajowych producentów. Niskie ceny amerykańskiej żywności wynikają między innymi z wysokiej industrializacji produkcji rolnej (co z kolei jest możliwe dzięki taniej energii) oraz niskich norm dotyczących bezpieczeństwa żywności (co pozwala na stosowanie znacznie większej liczby i ilości pestycydów). Skutki były takie, że lokalni producenci nie wytrzymali konkurencji. Oczywiście po dziesięciu latach, gdy nie było już lokalnych producentów, ceny żywności poszły w górę i dzisiaj są znacznie wyższe niż przed laty.

Władzom zabrakło myślenia perspektywicznego. Łatwo się skusić obietnicą szybkiej korzyści, ale trzeba starać się przewidywać co będzie po kilku, kilkunastu latach.

Mówimy o scenariuszu umowy pomiędzy najsilniejszym państwem na świecie z krajem dużo biedniejszym. Pytanie, czy ten scenariusz jest adekwatny do zupełnie innej relacji UE-Stany?

To nie jest konflikt między bogatym państwem z jednej a biednym z drugiej strony, tylko starcie nieskrępowanego kapitału z niechronionym społeczeństwem. Owszem, w Meksyku zniknęły aż dwa miliony miejsc pracy, ale w Stanach Zjednoczonych to było osiemset tysięcy, a w Kanadzie trzysta pięćdziesiąt tysięcy pracowników w branży przemysłowej. Ludzie przegrywają wszędzie, tylko że w różnym stopniu. Im ktoś jest na słabszej pozycji, tym oczywiście cierpi bardziej, ale jednocześnie w Meksyku powstała wąska kasta bardzo majętnych ludzi, w tym szesnastu miliarderów. Są tacy, którzy skorzystali, są tacy, którzy stracili. Skorzystała bardzo wąska grupa uprzywilejowanych, straciła bardzo szeroka grupa najuboższych. Czyli pogłębiły się nierówności.

Co ciekawe umowa CETA jest jedną z rzeczy, która łączy i Nowoczesną, i Platformę Obywatelską, i Prawo i Sprawiedliwość. To dziwne zwłaszcza w przypadku tej ostatniej partii, bo przecież PiS cały czas opowiada o potrzebie zachowania suwerenności.

Gospodarcza opowieść PiS, prezentowana przez Mateusza Morawieckiego, nie neguje idei ciągłego wzrostu. Chodzi raczej o przesunięcie tego, kto ma być jego generatorem. Natomiast brak zdecydowanego przesunięcia się w kierunku zrównoważonego rozwoju. A to są naprawdę dwie różne koncepcje. PiS stał się zakładnikiem pierwotnego błędu, który wciąż popełnia – wierzy w to, że trzeba PKB podbijać. A ponieważ propagatorzy CETA i TTIP opowiadają o tym, że ratyfikacja tych umów pozytywnie wpłynie na wzrost gospodarczy, trudno politykom PiS powiedzieć, że są przeciwko. Na szczęście ukazują się kolejne badania, które pokazują, że nawet o wzrost PKB będzie trudno. W jednym z nich Polska obok Malty jest wskazana jako kraj znajdujący się na samym dole listy państw, w których PKB może wzrosnąć. Podaje się wartość 0,1 procenta, a nie – jak wcześniej mówiono – 3 procent.

Wicepremier Morawiecki, który wciąż TTIP i CETA popiera, mówi o tym, że zaczniemy eksportować więcej, ale nie mówi o tym, że jeszcze więcej będziemy importować. Pamiętajmy też, że polskie rolnictwo ma bardzo duży udział w PKB. Jednocześnie raport „Unijni rolnicy na sprzedaż” pokazuje, że po zatwierdzeniu umów eksport wewnątrzunijny spadnie.  I co to oznacza dla nas? Przecież Polska eksportuje właśnie głównie na rynki unijne. Jeżeli nie będziemy w stanie tego robić, bo wejdą tam tańsze produkty zza oceanu, to znajdziemy się w bardzo złej sytuacji.

Nie umiem wyjaśnić, dlaczego brakuje determinacji ze strony Ministerstwa Rozwoju i ze strony Kancelarii Premier Szydło, aby spojrzeć krytycznie na to, co przedstawia Komisja Europejska. Zwłaszcza że Ministerstwo Rolnictwa jako pierwsze występowało przeciw tym umowom i konsekwentnie do dzisiaj o tym mówi. Nic dziwnego, bo polskie rozdrobnione rolnictwo ucierpi najbardziej. Przecież europejski model rolnictwa, będącego czymś więcej niż fabryką kalorii, kosztował już miliony euro przez lata wydawane po to, by ten bardziej zrównoważony model wspierać. I jeśli w tej chwili przez otwarcie granic dla produktów rolnych z Ameryki Północnej te pieniądze zostaną wyrzucone w błoto, to chyba komuś należy postawić poważne zarzuty.

Jakie są dziś realne szanse na wprowadzenie TTIP i CETA? Jakie nastroje panują w Europie?

Na szczęście widzimy, że niedawno Francja – która jest ważniejszym aktorem na scenie unijnej niż Polska – zaczęła mocno kwestionować sensowność zawierania TTIP. Podobnie wzmacniają się głosy krytyczne we władzach Niemiec, Austrii, Belgii. Komisarz Malmstrom, która odpowiada za te negocjacje, oznajmiła niedawno, że nie widzi szans na ich ukończenie w tym roku, czyli – za prezydentury Obamy. Kto będzie nowym prezydentem USA, nie wiemy, ale oboje kandydaci w czasie ostatniej debaty krytycznie mówili o skutkach NAFTA.

Ale trzeba też spojrzeć na to, co dzieje się w samych społeczeństwach, a nie tylko w sferze rządowej. Dla Francuzów najważniejsze są kwestie rolnicze. Już dziś ich sytuacja nie jest bardzo korzystna, a po podpisaniu TTIP może być tylko gorzej. W Niemczech opór społeczny jest jeszcze większy (mocno wspierany przez związki zawodowe); jakiś czas temu na ulice wyszło około dwustu pięćdziesięciu tysięcy ludzi. To była druga co do wielkości powojenna demonstracja w Berlinie. Opublikowano niedawno badania, jaki jest procent zwolenników umowy TTIP w USA i w Niemczech. Było to nie więcej niż 17–18 procent. Dlaczego Angela Merkel popiera umowę TTIP wbrew nastrojom panującym w niemieckim społeczeństwie, wbrew interesom małych i średnich przedsiębiorców? To jest oczywiście osobna opowieść o alienacji władzy od społeczeństwa, ale przecież wiemy, jak może się to skończyć. Ludzie wyjdą na ulice, co nie jest niczym złym, gorzej, że część z nich będzie głosować  na „antysystemowych” populistów jak Donald Trump.

Jeśli chodzi o masowe protesty, to niezmiernie istotnym graczem w tej kwestii są związki zawodowe. Na tak zwanym Zachodzie zdają sobie one sprawę z zagrożeń, jakie niesie z sobą TTIP – na przykład wspomniana już utrata miejsc pracy. Ale tu chodzi też o wykluczenie z dialogu społecznego. Bo nagle okazuje się, że trzeci partner społeczny nie ma już nic do powiedzenia. I jeśli CETA i TTIP zostaną podpisane, to związki zawodowe nie będą więcej siedzieć przy stole obok przedstawicieli władzy i biznesu – nie wtedy, gdy umowa narzuci nowe ramy tworzenia prawa.

CETA, umowa z Kanadą, jest już wynegocjowana, czeka na głosowanie w Radzie Unii Europejskiej, gdzie ma zapaść decyzja, czy podpisywać i czy – uwaga – wprowadzić ją w życie „tymczasowo” przed decyzją parlamentów krajowych, co jest kolejnym policzkiem w nasze prawa jako wolnych obywatelek i obywateli. Po decyzji Rady, która ostatecznie ma zostać przedstawiona 18 października, przyjdzie już tylko czas na głos Parlamentu Europejskiego.

Opór przeciw CETA rośnie bardzo intensywnie w ostatnich tygodniach również w Polsce. Nadal jednak partia rządząca chce głosować za przyjęciem tej umowy przez Radę UE.

Czyli trzeba będzie wyjść na ulice.

Koniecznie. Tu chodzi o obronę Europy jaką znamy, ale przede wszystkim szansę, że wywalczymy kiedyś lepszą.

***

Maria Świetlik jest antropolożką polityczności, od trzech lat zaangażowaną w kampanię przeciwko umowom o wolnym handlu TTIP i CETA. Jest członkinią związku zawodowego „Inicjatywa Pracownicza”, działającą w komisji zrzeszającej pracownice i pracowników organizacji pozarządowej

***
Już 15 października odbędzie się w Warszawie (i w innych miastach) demonstracja przeciwko TTIP i CETA. Manifestacja odbędzie się trzy dni przed spotkaniem UE, na którym przedstawiciel polskiego rządu ma oficjalnie wyrazić zgodę na podpisanie umowy z Kanadą.