dwutygodnik internetowy
22.05.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Socjalny filar dwóch prędkości

Unia Europejska zwiera szeregi dla utrzymania wspólnoty w ryzach. W efekcie Polskę omija największa rewolucja brukselskiej polityki w tej dekadzie.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Europejski Filar Praw Socjalnych – pod jak zwykle mało chwytliwą nazwą, tym razem kryje się masywny pakiet unijnych regulacji, w których wspólnota przestaje umywać ręce od paneuropejskich standardów rynku pracy. Wśród zawrotnej liczby dwudziestu głównych zasad wyznaczających kierunki planowanych działań znajdziemy propozycje od dążenia do równości płci i likwidacji różnic płacowych, przez uściślenie praw do służby zdrowia, emerytalnych, płacy minimalnej, aż do państwowej opieki nad bezdomnymi i zadbania o work-life balance.

Plan Jean-Claude Junckera swoją ambicją wzbudza nadzieję na to, że przywódcy Unii zaczynają rozumieć, że wolny przepływ towarów i usług nie jest już wystarczającym spoiwem dla obywateli europejskich państw. Jednocześnie szeroki wachlarz pomysłów zdradza, że w różnorodnym planie brakuje skupienia na najważniejszych potrzebach, a po przejściu przez maszynę negocjacyjną instytucji UE i rządów państw członkowskich może ostać się jedynie niewielka część tych mgliście zarysowanych propozycji.

Szeroki horyzont Europejskiego Filaru Praw Socjalnych grzęźnie już na poziomie liczby państw objętych jego działaniem. Pomimo unijnych wezwań do wewnętrznej solidarności nowa propozycja ma obowiązkowo objąć tylko państwa strefy euro. Początek Europy dwóch prędkości? Być może dla efektywności wprowadzania regulacji zrzucenie z wozu wiodących hamulcowych Europy to jedyne dobre rozwiązanie – według Politico.eu rządy Polski i Węgier już zgłosiły swoje obiekcje do pakietu zmian.

Po stronie sił liberalnych i przedstawicieli europejskiego biznesu pojawiły się obawy o przerzucenie na pracodawców kosztów wprowadzania reform. Filar został też bohaterem jednej z głównych ról w polsko-francuskiej telenoweli odgrywającej się podczas świeżo zakończonej kampanii wyborczej nad Sekwaną. Polskie władze ze wsparciem medialnych ekspertów zauważyły, że popierane przez Emmanuela Macrona zapisy mogą nałożyć spore ograniczenia na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw na wspólnym europejskim rynku. W polskiej argumentacji słychać echo dyskusji o pracownikach delegowanych, kiedy to polski rząd ramię w ramię z delegacją europosłów walczył o wyłączenia dla polskich firm w stawkach minimalnych pozostałych państw członkowskich. Dlaczego? W obawie o los naszych przedsiębiorców, których główną przewagą konkurencyjną na zachodnich rynkach są niskie ceny, a co za tym idzie – płace dla pracowników zdecydowanie poniżej minimów strefy euro.

Kolejnym argumentem, tym razem ustrojowym, wracającym do debaty publicznej za każdym razem, kiedy europejska wspólnota decyduje się na krok reinterpretujący jej traktatowe (i paradoksalnie bardzo płynne) kompetencje, jest tak zwana koncepcja zajętego pola. Rządy państw członkowskich obawiają się oddawania w ręce Komisji Europejskiej decyzyjności w sprawach dotychczas regulowanych na poziomie narodowym. Z perspektywy państwowej zapewne nie powinno to dziwić. A jednak wspólne regulacje w pewnych obszarach – na przykład takich jak polityka socjalna – znacząco przyczyniają się do przepływu standardów między państwami wspólnoty i wpływają pozytywnie na codzienność obywateli, którzy rzadko są bezpośrednio objęci technokratycznymi rozwiązaniami rodem z Brukseli.

Wątkiem, którego również nie uda się uniknąć w dyskusji o pakiecie praw socjalnych, jest kwestia różnego rozumienia „praw socjalnych” i ich filozoficznego podłoża w poszczególnych państwach członkowskich. Tego typu różnice w podejściu mają tendencję do ujawniania się w dość niespodziewanych okolicznościach – przecież to właśnie wspólnotowe regulacje dotyczące rekomendowanej listy leków były punktem zapalnym głośnej sprawy wycofania z polskich aptek antykoncepcji awaryjnej. Ideologiczne argumenty mogą wyjść na powierzchnię przy debacie o potrzebie mobilizacji kobiet do wejścia na rynek pracy, uznaniu faktu istnienia dyskryminacji zawodowej i przyjęcia metod radzenia sobie z nią. Uwikłanie doskonale naoliwionej machiny 500+ w konteksty gender mainstreamingu, definicji rodzicielstwa czy sprawiedliwej redystrybucji jest zapewne dla rządu PiS ryzykiem, którego nie warto podejmować. Lepiej trzymać się na uboczu ze swoją fantazją rodziny idealnej, a nie poddawać się zgniłym, zachodnim modelom. Szkoda tylko, że to te patchworkowe rodziny często są właśnie w największej potrzebie socjalnego wsparcia.

Pojawiają się również wątpliwości, które zdają się wynikać z realnych przeoczeń: w szeregu propozycji zabrakło podstawowej – wydawałoby się – informacji, a mianowicie kwestii budżetowania. W efekcie propozycja nakłada wysokie zobowiązania finansowe na państwa członkowskie, nie gwarantując jednocześnie solidarnego przepływu środków między nimi. Do krytyków takich rozwiązań dołącza zarówno polski rząd, jak i ci, którym na sercu leży wyrównywanie średniego poziomu życia między granicami państw UE i redystrybucja środków między bogatszymi a biedniejszymi krajami członkowskimi.

Prawdopodobieństwo wprowadzenia programu w Polsce jest nikłe – choć przedstawiciele polskiego rządu tłumaczą się wątpliwościami natury budżetowej, zapewne spore znaczenie ma deficyt politycznej woli rządu PiS dla wejścia w nieobowiązkowe brukselskie wymysły. Pomarzyć można jednak o tym, że dla Europy pierwszej prędkości skuszenie obywateli z nowych krajów członkowskich socjalnymi gwarantami mogłoby być czynnikiem przywracającym wiarę w sens integracji, a być może i rządy państw pod wpływem marchewki finansowej byłyby skłonne do dołączenia do pakietu. W Polsce ostrożne oświadczenie o poparciu założeń filaru wydał już NSZZ „Solidarność”. Bliskie relacje tego związku z rządzącą partią mogą przyczynić się do spojrzenia przez rząd PiS bardziej przychylnym okiem na europejską propozycję socjalną.

Europejski Filar Praw Socjalnych to wyjątkowo ciekawy test idei wspólnoty europejskiej, ale jednocześnie okazja do złapania świeżego oddechu i wypracowania ściślejszej integracji wokół dbałości o potrzebujących obywateli zjednoczonej Europy. To, czy Polska w ogóle do tego testu podejdzie, jest dziś niejasne – i być może to jest najsmutniejszy dowód na oderwanie Warszawy od centrum unijnego decydowania, do którego z takim mozołem torowaliśmy sobie drogę.