dwutygodnik internetowy
7.05.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Teologia wiecznego kryzysu według Tokarczuk

W swoim najnowszym tomie opowiadań Olga Tokarczuk stara się odkrywać mroczną podszewkę szarej codzienności i ujawniać to, co w niej najdziwniejsze. Czy jest to jednak demaskacja skuteczna, a przez to wywrotowa?

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Od wielu lat twórczości Olgi Tokarczuk wydaje się przyświecać jedno z najciekawszych pytań, jakie w ogóle może zadać literatura: „what if?” – „a co, jeżeli”? Dla autorki chętnie eksperymentującej z rozlicznymi możliwościami dawanymi przez wspaniałe laboratorium zwane fikcją ta formuła literackiego „gdybania” może być punktem wyjścia, który otwiera wiele intrygujących ścieżek – obietnic nie tylko nowego przemyślenia relacji łączących składniki widzialnej rzeczywistości, ale także uobecnienia w języku tego, co zagubione, niewidoczne lub pojawiające się na niejasnych, widmowych warunkach czasu i przestrzeni.

Tokarczuk obiera zatem różne strategie mające na celu odkrycie nowych potencjalności w tym, co na pierwszy rzut oka już wyczerpane lub definitywnie opisane. Jest mistrzynią w przechwytywaniu znanych toposów i tkaniu z nich wciągających opowieści – szczególnym popisem jest w tej mierze „Prawiek i inne czasy”, książka o życiu, które musi nieustająco ustalać swoje miejsce między naturą i historią, między witalnym popędem i ludzką moralnością. Ostatnio z kolei (nie licząc książki dla dzieci „Zagubiona dusza” przygotowanej wraz z ilustratorką Joanną Concejo) Tokarczuk podjęła bardzo ambitną próbę przeorganizowania schematu tradycyjnej powieści historycznej, by móc opowiedzieć o Jakubie Franku, działającym w osiemnastowiecznej Polsce wpływowym przywódcy jednego z najbardziej niezwykłych heretyckich ruchów religijnych. Przytłaczające rozmachem i rozmiarem „Księgi Jakubowe” (pozwalam sobie skrócić czterozdaniowy tytuł) dobitnie wskazywały również na obecne w twórczości autorki fascynacje tematyką nieortodoksyjnej religijności i „małych”, osobistych teologii – dlatego też, jak jeszcze zobaczymy, słuszna jest uwaga Macieja Jakubowiaka, zgodnie z którą warto interpretować teksty Tokarczuk z perspektywy postsekularnej.

Po tej monumentalnej, wielogłosowej powieści Tokarczuk proponuje nam teraz zbiór mniejszych form, w których światło narracji pada na pojedyncze zdarzenie albo materialny czy językowy detal. Łącznikiem tych „Opowiadań bizarnych” ma być atmosfera niesamowitości (trochę w znaczeniu Freudowskiego unheimlich), która wywołana jest przez drobne, niespodziewane przesunięcie, mające wzmóc niepokój i postawić czytelnika/czytelniczkę w stan wytężonej lekturowej czujności. Taką właśnie konotację ma dość niezręczny, przeszczepiony z języka francuskiego neologizm pojawiający się w tytule tomu.

Niestety, nie wszystkie zawarte w nim utwory spełniają obietnicę niepokojącego nawiedzenia, zaś efekt wywołany przez tyleż nieznaczne, co znaczące odkształcenie codzienności wiąże się raczej z krótkotrwałym błyskiem, niż ze skutecznie utrzymanym napięciem – dotyczy to w szczególności opowiadań „Szwy” i „Przetwory”. Z kolei w „Wizycie” interesujący pomysł (życie rodzinne w świecie, w którym zaciera się granica między życiem syntetycznym i biologicznym) znajduje jedynie częściową realizację przy jednoczesnym skupieniu się na tych elementach narracji, które przenoszą utwór w stronę ciemnej fantastyki w stylu „Black Mirror”. O ile bowiem, jak wspomniałem, w swoich poprzednich książkach Tokarczuk fenomenalnie przepracowuje gatunkowe klisze, to w „Opowieściach bizarnych” jej pisarstwo często pozostaje w granicach pewnych konwencji – i nawet jeśli czyni to z maestrią potwierdzającą jej status jednej z najlepszych polskich pisarek, to odbiorcy/odbiorczyni wciąż ma prawo towarzyszyć uczucie „niedosytu” lub „niedopisania”, czasem zaś lekturowego deja vu (przykładowo: ważny w „Zielonych Dzieciach” motyw tajemniczego, bliskiego naturze ludu, którego istnienie każe rozważyć dotychczas oczywiste granice między ludzkim i nie-ludzkim, pojawił się ostatnio w powieści Hanyi Yanagihary, „Ludzie z drzew”).

A jednak niesprawiedliwe względem najnowszej książki Tokarczuk byłoby stwierdzenie, że „Opowiadania bizarne” przynoszą jedynie rozczarowanie jako literatura tyleż sprawnie skonstruowana, co przeciętna. Od takiego wyroku należy się powstrzymać przede wszystkim za sprawą trzech opowiadań zamieszczonych na końcu tomu – być może wciąż nie osiągają one poziomu najwybitniejszych dokonań autorki, ale dzieje się w nich bardzo wiele i to wreszcie w sposób nieoczywisty. „Transfugium”, „Góra Wszystkich Świętych” i „Kalendarz ludzkich świąt” będą szczególnie interesujące, jeśli przeczytamy je przez pryzmat mniej znanego tekstu Tokarczuk poświęconego „towarzyskiej grze w heterotopię” (czyli, mówiąc w skrócie, w wymyślanie świata funkcjonującego nieco lub zupełnie inaczej niż świat nam znany): „Gra polega na wybraniu paru stwierdzeń na temat świata, które wydają się oczywiste i nieredukowalne. Następnie należy poddać je podejrzliwym oględzinom, szukając dziur i pęknięć. Trzeba starać się być nieufnym i jednocześnie pozwolić pracować wyobraźni. I pamiętać, co powiedział Blake: wszystko, co jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jest jakimś rodzajem prawdy”. Wymowa tamtego eseju była wyjątkowo pogodna i nosiła posmak Lennonowskiego „Imagine”, tutaj z kolei praca spekulacji prowadzi Tokarczuk do dalece bardziej złożonych, przeważnie pesymistycznych wniosków.

W „Transfugium” autorka kreuje świat, w którym na porządku dziennym jest przekraczanie progu dzielącego świadomość ludzką i zwierzęcą. Jesteśmy świadkami ceremonii, podczas której bohaterka staje się wilkiem – i chodzi tu o przemianę dosłowną, nie zaś o tak od jakiegoś czasu popularną wizję zawsze nieukończonego stawania-się-zwierzęciem, którą w swoich pracach proponują Gilles Deleuze i Felix Guattari. Tokarczuk precyzyjnie konstruuje obraz sterylnej kliniki, w której dochodzi (w zależności od indywidualnej lektury) do najdziwniejszej z eutanazji albo do uwolnienia bytu od ciężaru jego losu: „Człowiek czy zwierzę – to niezbyt istotne, gdy tylko brzemię nie gniecie już grzbietu”, jak napisał w eseju o Franzu Kafce Walter Benjamin.

Figura kliniki każe przemyśleć również relację między „świętością” lub „metafizyką” życia a tym, jak może być ono w zinstytucjonalizowany sposób zarządzane, co prowadzi nas do zagadnień biopolitycznych. To napięcie obecne jest także w enigmatycznej „Górze Wszystkich Świętych”, gdzie kartografia tak zwanego „świata przedstawionego” ma dwa newralgiczne punkty: ośrodek badawczy, do którego przyjeżdża główna bohaterka (autorka psychologicznego testu pozwalającego przewidzieć przyszłość jednostki), i odwiedzany przez nią klasztor, kryjący w sobie tajemnicę „świętego ciała” – nie tak odległego, jak by się wydawało, od ciała zaprogramowanego przez technikę społecznej kontroli. Ten paradoksalny układ na różne sposoby opisuje w swoich pracach filozof Giorgio Agamben, jednak Tokarczuk proponuje jego nową, subtelną i niedogmatyczną konfigurację.

Ciało stanowi również centrum dziwnej wizji teologicznej proponowanej przez Tokarczuk w najlepszym opowiadaniu zbioru, czyli „Kalendarzu ludzkich świąt”. Oto w dalekiej przyszłości dochodzi do katastrofy ekologicznej, która wprowadza ludzi w stan czasoprzestrzennego chaosu, zubaża ich zasoby materialne oraz… językowe (zapominają oni słów). Świat wypadł ze swoich ram, jednak zbawienie przynosi mu mesjasz zwany Monodikosem – „pojawił się i pozwolił się pojmać, i oddał się w ręce ludzi. Od tego momentu całe zło tego świata zostało zatrzymane” (s. 213). Co ciekawe, Monodikos właściwie nie przejawia żadnej aktywności; bytuje jedynie jako nie-w-pełni-ludzkie cielsko, którego wegetacja w świecie doczesnym ma chronić przed nowym wybuchem destrukcyjnych sił zła. Zadaniem bohatera opowiadania, masażysty Ilona, jest podtrzymywanie życiowych czynności tego ciała, które jednak okresowo przechodzi w stan śmierci klinicznej – w sakralnym kalendarzu nowej epoki jest to zdarzenie porównywalne z chrześcijańskim Wielkim Piątkiem. Ta idolatryczna wiara zakłada ścisłą przyległość ekonomii zbawienia i rozpisanego na dziesiątki lat zupełnie niemetaforycznego spektaklu cielesnej katorgi. Nie chodzi o eucharystyczną „pamiątkę”, ale o pochłaniającą i zniekształcającą czas namacalną somatyczną obecność.

W „Kalendarzu wszystkich świąt” chyba najbardziej fascynująca jest wizja teologii wiecznego kryzysu. Stara się ona jakoś okiełznać świat, który opuścił już epokę antropocenu (i bezwzględnej ekologicznej samowoli człowieka) i wraz z nią utracił jakąkolwiek stabilność. Tokarczuk wytwarza tu bardzo niepokojącą heterotopię, która ma swoje źródło w dobrze postawionych pytaniach. Pozwalają one na inicjację fikcjonalnego eksperymentu i przekroczenie dziwnie nieżywotnej konwencji „bizarności”, co dotyczy również „Transfugium” i „Góry Wszystkich Świętych”. To właśnie ostatnie odsłony najnowszego tomu opowiadań Tokarczuk dostarczają nam głębokiej, spekulatywnej refleksji o tym, co nęka, prześladuje i nurtuje każde pojedyncze życie, tak chętnie wyobrażające sobie alternatywne wersje własnego losu. Szkoda, że musimy na jej nadejście czekać tak długo.

***
Olga Tokarczuk, „Opowiadania bizarne”, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2018.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

„Nieczynne od odwołania!”. Koncepcja niewspółmierności w „Piłacie i Jezusie” Giorgio Agambena

Ekologia życia i śmierci

WIZJE: Szukamy literatury uważnej!

  • Nikodem Mikołaj Morpheus

    Gorsza od opinii głupka jest chyba tylko opinia przeintelektualizowanych ludzi. Bo te drugie wydają się mądre. Ale tak naprawdę to jest kilka stron tekstu o niczym, napisane przeintelektualizowanym językiem. Naprawdę nie dało się tego napisać prostym językiem i zachować w tym sensu? Czy po prostu łatwiej jest schować brak treści za wielką zbitką pseudomądrych słów?