dwutygodnik internetowy
10.04.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Rząd PiS jak Ministerstwo Magii

Im dłużej przyglądam się rządom Prawa i Sprawiedliwości, tym mocniejsze jest we mnie przekonanie, że PiS funduje nam podróż do świata Harry’ego Pottera.

ilustr.: Zuzia Wojda

ilustr.: Zuzia Wojda

Miejmy to już za sobą: tak, jednym z najważniejszych bohaterów mojego dzieciństwa był i pozostaje Harry Potter. Wciąż jestem święcie przekonany, że fakt, iż nie dostałem listu z Hogwartu, spowodowany jest jedynie błędem systemu albo nieporadnością wysłanej do mnie sowy. Niestety, tego rodzaju pech prześladował mnie zawsze, wskutek czego marzenia o życiu w świecie pełnym czarów, pelerynek niewidek, goblinów i hipogryfów musiałem odłożyć na półkę – tę, na której trzymam wszystkie części sagi o małym czarodzieju.

Nadzieja na zmianę sytuacji przyszła wraz z rządami Prawa i Sprawiedliwości. Tak, tak. Im dłużej się im przyglądam, tym mocniejsze jest we mnie przekonanie, że rząd funduje nam podróż do świata Pottera. Ekipa Beaty Szydło pod wieloma względami przypomina bowiem Ministerstwo Magii – instytucję nieco bałaganiarską, ale jednak rządzoną twardą ręką (niekiedy z tylnego siedzenia), a ponadto instytucję, dla której takie wartości jak demokracja czy prawa jednostki zdecydowanie nie są najważniejsze. Istotniejszy jest strach o utratę władzy oraz osobiste interesy i animozje.

Niedawne zamieszanie wokół kandydatury Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej tylko to potwierdza. Korneliusz Knot, żądny władzy angielski minister magii, również robił wszystko (dodajmy, że wykazał się w tym większą skutecznością), by pozbawić Albusa Dumbledore’a (dyrektora Hogwartu) stanowisk w międzynarodowych (a także krajowych) gremiach – ot, choćby funkcji Najwyższej Szychy Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów czy Najwyższego Maga Wizengamotu. Żeby była jasność – nie sugeruję, że Donald Tusk jest postacią na miarę Dumbledore’a. Ale owszem – przedstawiciele obecnego rządu przypominają mi Korneliusza Knota.

Wskazuje na to znacznie więcej niż tylko zapiekłość wobec kogoś, kogo uznaje się za politycznego konkurenta. Analogie można mnożyć. Przypomnijmy choćby sposób, w jaki PiS rozprawił się z Trybunałem Konstytucyjnym. Do złudzenia przypomina to próby przejęcia przez Ministerstwo Magii kontroli nad Hogwartem. Również Knot używał rozmaitych kruczków prawnych, dziwacznych interpretacji i tworzonych ad hoc dekretów czy ustaw, by podporządkować sobie kłopotliwą instytucję. Również Knot próbował wprowadzić do rzeczonej instytucji swoich ludzi, którzy mieli przejąć w niej kierownictwo. Mam nadzieję, że pani sędzia Przyłębska nie obrazi się szczególnie, gdy przyrównam ją do Dolores Umbridge – nauczycielki bez powołania i merytorycznego przygotowania, za to bezwzględnej i mściwej. Mam nadzieję – choć lichą – że sędzię Przyłębską od Umbridge odróżnia przynajmniej odporność na krytykę i brak przeczulenia na własnym punkcie.

Wróćmy jednak do rządu. Wymiar sprawiedliwości i podejście do prawa to szersze zagadnienie, które łączy polskie władze i Ministerstwo Magii. O ile jednak to drugie miało już ewidentny i zupełnie nieukrywany wpływ na decyzje organów ścigania i sądów (tylko niekiedy zapadające wbrew woli władzy), o tyle PiS dopiero stara się osiągnąć ten stan. Ważnym krokiem w tym kierunku jest oczywiście zwiększenie uprawnień prokuratora generalnego – Zbigniewa Ziobry, który łudząco przypomina Bartemiusza Croucha, byłego kierownika Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Obaj mieli ambicje wyższe niż zajmowane przez nich stanowiska (jeden chciał być premierem, drugi ministrem), obaj jednak, choć z różnych powodów, nie dotarli na szczyty. Obaj lubią wydawać wyroki bez sądu – jeden (Crouch) bez procesu zesłał do więzienia czarodziejów Syriusza Blacka, ojca chrzestnego Harry’ego; drugi (Ziobro) orzekał o winie doktora Mirosława G. jeszcze za poprzedniego okresu rządów „Prawa” i „Sprawiedliwości”. Obaj są zwolennikami ostrych metod rozprawiania się z przestępcami. Jeden (B. C.) pozwolił pracownikom Ministerstwa zabijać posługujących się czarną magią zwolenników Voldemorta, najgorszego z czarnoksiężników, drugi (Z. Z.) nie ukrywa, że chciałby zaostrzenia Kodeksu Karnego.

Lećmy dalej. Kiedy tylko Korneliusz Knot przestał sobie radzić z sytuacją, szybko został usunięty. Trudno się spodziewać, żeby inny los spotkał Beatę Szydło, jeśli przestanie być odpowiednim „zderzakiem” w koncepcji Jarosława Kaczyńskiego. Co więcej, można odnieść wrażenie, że prezes PiS poddał większość działaczy swojej partii działaniu złowrogiego zaklęcia Imperius, które pozwala przejąć kontrolę nad drugim człowiekiem. Nie tak łatwo zrozumieć, dlaczego wykonują oni rozkazy swego szefa tak ślepo – tak, jak i śmierciożercy (słudzy Voldemorta) realizowali polecenia Czarnego Pana. Oczywiście – porównanie Kaczyńskiego do Voldemorta jest zbyt daleko idące. Śmierciożerców przypominają wszak bardziej przedstawiciele radykalnej prawicy, szerzący idee bliźniaczo podobne do tych książkowych (o „czystej krwi”), choć i ich działania na razie trudno porównywać na przykład z czynami Bellatrix Lestrange. Faktem jednak jest, że tak jak Knot flirtował ze śmierciożercami, tak Kaczyński flirtuje z narodowcami. Wystarczy przeczytać sagę o Potterze, by dowiedzieć się, jak to się może skończyć…

W obu rzeczywistościach trudno o rzetelną informację – przynajmniej jeśli chodzi o oficjalne media. To bodaj najmocniej widoczna analogia. Telewizja Polska do złudzenia przypomina „Proroka Codziennego”: w całości podległy władzy dziennik ze świata magii, w którym publikowane są wyłącznie materiały wygodne z punktu widzenia rządzących, niszczeni są ich przeciwnicy, a informację zastąpiła propaganda. Oczywiście istnieją również inne media. W Polsce jest ich nieco więcej niż w świecie czarodziejów, w którym jedyną sensowną alternatywą dla mediów rządowych jest, traktowany przez wszystkich z przymrużeniem oka, „Żongler” – taki ASZdziennik dla parających się magią.

Jeszcze mało? Spójrzmy na podejście Ministerstwa Magii do osób, które były zwolennikami Voldemorta, ale dzięki sprytowi i koneksjom uniknęły jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje występki. Ot, choćby Lucjusz Malfoy, zwolennik Czarnego Pana, był później przyjmowany przez Korneliusza Knota z największymi honorami, a część bohaterów walki o wolność świata czarodziejów klepała biedę (jak choćby Artur Weasley – ojciec najlepszego przyjaciela Harry’ego). Czyż nie przypomina to bliźniaczo klasycznej moralności Kalego, którą stosuje obóz rządzący w rozliczaniu okresu komunizmu? Logika jest wszak ta sama: „to komunista, ale nasz komunista” (jak sędzia Kryże czy prokurator Piotrowicz).

Oczywiście, zarówno w świecie Pottera, jak i we współczesnej Polsce są również urzędnicy, którzy próbują działać mimo wszystko, których kręgosłup moralny nie został przetrącony i którzy robią wiele, by minimalizować szkody wyrządzane przez władzę. To Amelia Bones u Pottera czy Adam Bodnar u nas: ludzie przywiązani do zasad, prawa i sprawiedliwości (nawet jeśli pisanych małymi literami) bardziej niż ci, którzy wynoszą te hasła na sztandary.

To nie koniec. Można byłoby opowiadać jeszcze o podejściu do ochrony przyrody (wyrok na hipogryfa – motywowany lobbingowymi działaniami wspomnianego Lucjusza Malfoya – stanowiłby odpowiednik decyzji ministra Szyszki podejmowanych pod wpływem lobby łowieckiego czy leśnego). O podobieństwach między Witoldem Waszczykowskim a Ludo Bagmanem, pociesznym nieco urzędnikiem Ministerstwa Magii, który swoją nieporadnością w kontaktach z zagranicznymi gośćmi może budzić jedynie politowanie. O całym systemie ukrywania własnych działań – nocnym procedowaniu ustaw czy przyjmowaniu przysięg od sędziów Trybunału, łudząco podobnym do dbałości o to, by o istnieniu czarodziejów nie dowiedzieli się mugole (a więc ludzie niemagiczni).

Można też oczywiście pokazywać rozmaite różnice czy nieścisłości. Ministerstwo Magii nie miało swojego programu 500+, nie uszczelniało systemu podatkowego, nie poprawiało warunków pracy (a strajki pracowników Ministerstwa, owszem, zdarzały się!). Nie miało w zasadzie żadnych jasnych stron – jako skompromitowana i fatalnie działająca instytucja urzędnicza było w istocie idealnym celem dla zwolenników idei państwa minimum. Ale wiadomo przecież, że nikt nie będzie stawiał tezy, iż Rowling przewidziała obecną sytuację w Polsce.

Jednak nie to kłuje w oczy najbardziej. Analogia w największym stopniu niedomaga ze względu na to, że nie widać na horyzoncie polskiego Harry’ego Pottera. Kogoś, kto nie tylko pogromiłby w ideowym sporze nacjonalistów, ale również odebrał rządy tym, dla których to sama władza wydaje się największą wartością. Szlachetnego idealisty (nawet jeśli czasem działającego głupio, pod wpływem zgubnych emocji i narwanego), który zmieniłby bieg rzeczy.

Może po prostu takiego kogoś nie ma i nie będzie. Bo jednak Polska to Polska – istnieje naprawdę. A Harry Potter to bajka i marzenia o życiu w jego świecie powinny wrócić na półkę.

***

O rządach PiS pisaliśmy w „Kontakcie” niejednokrotnie – między innymi w wywiadach z dr. hab. Marcinem Matczakiem („Gdy władza wie lepiej”) oraz prof. Tomaszem Szkudlarkiem („Antyspołeczna reforma”).

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

  • yo!

    Może Harrego Pottera na horyzoncie nie widzisz, bo Voldemort jeszcze nie zabił Jego rodziców.
    No i największy brak to jednak brak Dumbledore`a…

    • jchi

      Robert Biedroń na Dumbledore’a ! :—)

  • Yankee Doodle

    Czy Żongler to nie raczej trochę rozsądniejsza Fronda? Jedno i drugie ponoć na poważnie.