dwutygodnik internetowy
27.06.2019
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Rewolucjoniści w sutannach

Chrześcijaństwo niesie za sobą bardzo egalitarny przekaz. W miejscach, w których porządek społeczny polegał na wyzysku mas pracujących przez kilkadziesiąt rodzin obszarniczych, głoszenie Ewangelii było aktem rewolucyjnym.

ilustr.: Zofia Różycka

ilustr.: Zofia Różycka

Tekst pochodzi z 39. numeru papierowego magazynu „Kontakt” pod tytułem „Dlaczego wciąż jesteśmy w Kościele?”.

Od początku XX wieku Ameryka Łacińska była traktowana przez Stany Zjednoczone jako przestrzeń do skolonizowania. Niemal wszystkie kraje regionu pozostawały w dużej zależności gospodarczej od USA. Prawie cały eksport surowców i produktów rolnych wchłaniany był przez amerykański rynek. Najmniejsze problemy finansowe były skrupulatnie wykorzystywane przez kolejnych prezydentów urzędujących w Białym Domu, hojnie udzielających pożyczek państwom globalnego Południa. W latach 80. zadłużenie krajów Ameryki Łacińskiej wobec USA osiągnęło poziom 360 miliardów dolarów. Państwa te stanowiły także przestrzeń do działania dla amerykańskich przedsiębiorców, którzy mogli korzystać z uroków zderegulowanego rynku, na straży którego stały posłuszne reżimy.

Latynoamerykańska rzeczywistość

Amerykanom nie chodziło jednak tylko o tworzenie rynków zbytu i zapewnienie swoim koncernom źródła taniej siły roboczej. Ameryka Łacińska, a zwłaszcza Ameryka Środkowa, miała ogromne znaczenie strategiczne, ponieważ dałoby się z niej przeprowadzić bezpośredni i skuteczny atak rakietowy na południowe stany. Dlatego Amerykanie paranoicznie dopatrywali się przejawów komunistycznej działalności w Ameryce Południowej i przeciwdziałali jej wszelkimi dostępnymi sposobami. Nie miało większego znaczenia to, czy jakiś lewicowy rząd był wynoszony do władzy w sposób demokratyczny, o czym świadczą amerykańskie interwencje wojskowe na Dominikanie (1965), w Grenadzie (1983) i w Panamie (1989). W 1961 roku próbowano odwrócić bieg wydarzeń na Kubie, dokonując nieudanego desantu w Zatoce Świń. W innych państwach przeprowadzano przewroty pośrednio, wykorzystując siły opozycyjne – na przykład w 1954 roku w Gwatemali czy dziesięć lat później w Brazylii, gdzie odsunięto od władzy prezydenta João Goularta. W Nikaragui po zwycięstwie sandinistów szkolono i dozbrajano opozycyjne oddziały partyzanckie. W Chile stosowano tak wymyślne metody destabilizacji państwa jak wręczanie łapówek przywódcom związków zawodowych kierowców ciężarówek, których protesty paraliżowały kraj i zadawały olbrzymie straty gospodarce. Tam zresztą udało się wynieść do władzy generała Augusto Pinocheta. Podobne mechanizmy zadziałały w Brazylii, w Argentynie, w Paragwaju…

W tej sytuacji nawet konformiści nie mogli czuć się bezpiecznie. Żeby sprawnie funkcjonować, władza totalitarna musiała przekonać obywateli o istnieniu wroga nie tylko zewnętrznego, lecz także wewnętrznego. Takim właśnie podwójnym wrogiem stał się komunizm. Pod zarzutami o sympatyzowanie z komunistami zatrzymywano zarówno opozycjonistów, jak i osoby niewinne. Ważne było wzbudzanie u obywateli poczucia zagrożenia.

Najlepiej potrafili kreować je argentyńscy wojskowi. Na podstawie odtajnionych dokumentów amerykańskiej agencji NSA wiemy, że prezydent Stanów Zjednoczonych dał argentyńskim władzom wolną rękę, jeżeli chodzi o dobór metod walki z „komunistycznym zagrożeniem”. W prywatnej rozmowie Henry Kissinger miał powiedzieć admirałowi Guzzettiemu, że junta powinna jak najszybciej uporać się z problemami wewnętrznymi, bo opinia publiczna ma krótką pamięć. Jedną z najsłynniejszych akcji przeprowadzonych przez argentyńskich wojskowych była „Noc ołówków”. 16 września 1976 roku porwano z domów licealistów, których szef tajnej policji w Buenos Aires nazwał „komunistycznymi wywrotowcami”. Uczniowie protestowali przeciwko dwustuprocentowym podwyżkom cen biletów. Nie znamy dokładnej liczby zaginionych, ponieważ zniknęli zarówno ludzie, jak i dokumenty.

Podobne akcje organizowano również w innych państwach kontynentu. Wystarczy wspomnieć o masakrze w El Mozote, gdzie salwadorski batalion Atlacatl przeprowadził systematyczny mord ludności cywilnej na oczach amerykańskich doradców wojskowych (zidentyfikowano ciała 767 osób). W Brazylii z kolei opracowano wymyślne metody znęcania się nad więźniami, na przykład rażenie prądem najbardziej wrażliwych części ciała ofiary po wcześniejszym przywiązaniu jej do metalowego pręta (tak zwany „drążek papugi”) lub wprowadzanie do jej odbytu lub pochwy rury, wpuszczenie do niej szczura i zamknięcie odwrotu – tak aby szczur szarpał wnętrzności torturowanej osoby.

Cóż, jak powiedziałby Franklin Delano Roosevelt: „Sukinsyny, ale nasze sukinsyny”.

Walczący słowem

Zatrzymajmy się w tym miejscu i spójrzmy na latynoamerykańską rzeczywistość oczami człowieka żyjącego w jednym z państw kontynentu pod koniec lat 70. Jego kraj jest niestabilny politycznie, wstrząsają nim protesty, które wynikają głównie z potrzeby wyładowania frustracji. To, że niczego nie zmienią, jest oczywiste, ponieważ rządząca junta ma potężnego sojusznika – Stany Zjednoczone, które udzielają jej hojnego wsparcia w postaci kredytów i instruktorów wojskowych. Liderzy opozycji znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Ich zmasakrowane ciała z licznymi śladami tortur znajdują się zazwyczaj po kilku dniach przy drogach dojazdowych do miasta. Aby przeżyć, większa część mieszkańców godzi się na półniewolniczą pracę, przy której nie przestrzega się norm bezpieczeństwa. Mimo to ludzie nie są w stanie zapewnić sobie środków niezbędnych do utrzymania. System edukacji i opieka medyczna działają niesprawnie, a w niektórych regionach są po prostu nieobecne.

„Jak tu milczeć, kiedy słowa publicznie głoszone przez biskupa mogą uratować życie ludzi?” – pytał salwadorski arcybiskup Oscar Romero. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że Kościół, który miał duży autorytet w państwach Ameryki Łacińskiej, był ważną siłą, mogącą zmobilizować społeczeństwo do oporu. Jego kazania przyciągały do świątyń tłumy wiernych. W diecezjalnym radiu YSAX nadawano informacje, które – ze względu na cenzurę – inaczej nie mogłyby ujrzeć światła dziennego. Arcybiskup nie ulegał jednak wojowniczym nastrojom opozycji. Miał świadomość, że długa i krwawa wojna domowa nie przyniesie nikomu zwycięstwa (faktycznie: wojna domowa w Salwadorze pociągnęła za sobą śmierć 75 tysięcy osób). Dlatego apelował o pokój, co zrażało do niego również zradykalizowaną część przeciwników władzy. W homilii wygłoszonej 24 lutego 1980 roku pytał: „Czy można osiągnąć Królestwo Boże, podkładając bomby, podpalając, biorąc zakładników, a nawet mordując? Czy wierzycie, że to Duch Święty, a nie szatan, stoi za tymi aktami przemocy?”. W swoich apelach Romero zwracał się również do rządzących. Szczególnie znany stał się jego apel do prezydenta USA Jimmy’ego Cartera o zaprzestanie finansowego i wojskowego wspierania salwadorskiej junty. Apel pozostał bez odpowiedzi, wzmógł tylko nienawiść wojskowych do lokalnego Kościoła. Już wcześniej propagowali hasło: „Bądź patriotą – zabij księdza”. 24 marca 1980 roku arcybiskup Romero został zastrzelony przez żołnierzy szwadronów śmierci w trakcie odprawiania mszy. Był to sygnał do zbrojnej rozprawy z Kościołem, w wyniku której śmierć poniosło wielu innych duchownych.

W innych krajach przedstawiciele Kościoła również stawali się wpływowymi rzecznikami osób pokrzywdzonych. Kardynał Paulo Evaristo Arns był jednym z autorów raportu „Brazylia: nigdy więcej”, który dokumentował przypadki łamania praw człowieka oraz zawierał opisy tortur stosowanych przez brazylijskich wojskowych w latach 1964–1979. Biskup Enrique Angelelli jeszcze przed wojskowym zamachem stanu w Argentynie potępiał wyzysk robotników. Po przewrocie apelował o zaprzestanie represji i ganił przypadki antysemityzmu. Podobnie jak Oscar Romero zapłacił za swoje zaangażowanie najwyższą cenę. 4 sierpnia 1976 roku zginął w wypadku samochodowym zaaranżowanym przez argentyńskie służby specjalne. 27 kwietnia 2019 roku zostanie beatyfikowany wraz z trzema innymi ofiarami reżimu zamordowanymi z nienawiści do wiary.

Walczący piórem

W 1956 roku, po upadku powstania węgierskiego, aresztowano między innymi filozofa György Lukácsa, który pełnił funkcję ministra kultury w rządzie Imre Nagya. Gdy w trakcie rewizji funkcjonariusz KGB zapytał aresztanta, czy ma przy sobie broń, Lukács włożył rękę do kieszeni i wyjął swoje pióro. W czasach, w których wolność słowa była fikcją, a za próby omijania cenzury można było w najlepszym wypadku zostać aresztowanym lub pobitym przez nieznanych sprawców, informowanie współobywateli o zbrodniczych działaniach rządu było aktem heroicznym. Każdy, kto się tego podejmował, musiał się liczyć z utratą życia.

Luís Espinal, hiszpański jezuita pracujący w Boliwii, był człowiekiem wszechstronnie uzdolnionym. Reżyserował filmy, prowadził audycje radiowe i programy telewizyjne, tłumaczył utwory poetyckie. Najbardziej rozpoznawalny stał się jednak dzięki reportażom, w których opisywał przypadki korupcji, handlu kokainą oraz nepotyzmu wśród urzędników rządzącej junty. W grudniu 1977 roku znalazł schronienie dla osób domagających się uwolnienia więźniów politycznych, a następnie sam dołączył do trwającego dziewiętnaście dni strajku głodowego. Głodówka szybko się rozszerzyła i zmusiła juntę do ogłoszenia amnestii. Został także jednym ze współzałożycieli Asamblea Permanente de Derechos Humanos de Bolivia – instytucji zajmującej się obroną praw człowieka i monitorującej przypadki ich łamania. Jak napisał w marcu 1979 roku, pragnął stać się „głosem tych, którzy nie mają głosu; głosem wołającym to, co inni przemilczają; mocnym głosem ludu”. Niemal dokładnie rok później, w piątkowy wieczór, jak co tydzień, udał się do kina w La Paz. Miał napisać recenzję dwóch filmów. W drodze powrotnej został porwany przez czterech mężczyzn, którzy wepchnęli go do samochodu. Porywacze zawieźli go do rzeźni położonej w dzielnicy Achachicala. Następnego dnia rano jego ciało zostało znalezione na śmietniku, przestrzelone siedemnaście razy. Espinal zmarł około godziny czwartej, wcześniej przez cztery godziny poddawano go torturom. Miał złamany mostek, potrzaskane żebra i liczne rany cięte. Na pogrzeb przybyło osiemdziesiąt tysięcy osób, a uroczystości przerodziły się w manifestację. Na jego grobie umieszczono napis: „Zabity za pomoc ludowi”.

Zarządzany przez jezuitów Uniwersytet Środkowoamerykański był jedyną niezależną uczelnią w Salwadorze. Po objęciu urzędu rektora przez Ignacio Ellacuríę jej polityka wyraźnie się zmieniła. Ellacuría tworzył intelektualne podstawy teologii wyzwolenia. W mediach często występował w roli komentatora dokonujących się w Salwadorze przemian politycznych, które zmierzały do faszyzacji państwa. Znany był również ze swojej działalności na rzecz więźniów politycznych. Prowadzony przez niego uniwersytet, będący wcześniej prywatną instytucją kształcącą młodzież z zamożnych rodzin, stał się ostoją intelektualistów sprzeciwiających się rządom wojskowej junty. Z czasem zaczęto wywierać na Uniwersytet coraz silniejszą presję. Uczelnia była atakowana aż szesnaście razy, a w radiu nawoływano do zabicia jezuitów. 16 listopada 1989 roku oddział salwadorskiej armii wtargnął do domu, w którym mieszkali. Zakonnikom rozkazano wyjść na podwórze i położyć się na trawie, twarzą do ziemi. Następnie ich zamordowano, strzelając im w tył głowy. Zabito także ich gospodynię wraz z szesnastoletnią córką. Śmierci przypadkiem uniknął jeden z najbardziej inspirujących teologów wyzwolenia, Jon Sobrino, który przebywał akurat w Tajlandii.

Działający w terenie

Pisząc o duchownych zaangażowanych w przeciwdziałanie przyczynom cierpień swoich wiernych, nie sposób nie wspomnieć o grupie tworzącej podstawy ruchu wyzwoleńczego, czerpiącego inspirację z Biblii. Jej członkowie byli łącznikami pomiędzy intelektualistami a ludźmi, do których intelektualiści adresowali swój przekaz. Mowa o grupie księży – i zarazem działaczy społecznych – którzy pracowali w dzielnicach nędzy i w ubogich wioskach. To oni organizowali grupy samopomocowe, wspierali działalność związków zawodowych, narażali się na konflikty z przedstawicielami lokalnej władzy. Właśnie ta grupa jest najliczniej reprezentowana w gronie „męczenników teologii wyzwolenia”.

Postacią, która urosła do rangi symbolu, jest salwadorski jezuita Rutilio Grande, który prowadził w swojej parafii eksperymentalny program duszpasterski. W różnych jej zakątkach tworzył małe wspólnoty, którymi mieli kierować świeccy animatorzy. Członkowie wspólnot czytali Ewangelię, a następnie dzielili się ze sobą refleksjami. W krótkim czasie zainspirowani fragmentami Ewangelii chłopi zaczęli domagać się zmniejszenia nierówności społecznych. O tym, jak pilna była to potrzeba, najlepiej zaświadczą dane statystyczne dotyczące ówczesnego Salwadoru. Na sto dzieci urodzonych w 1979 roku aż sześćdziesiąt umierało w ciągu pierwszego roku życia. Tylko jedna trzecia rodzin miała dostęp do ujęć wody, trzy czwarte dzieci cierpiało wskutek niedożywienia, a dwie trzecie kobiet w ciąży pozostawało bez opieki medycznej. Pracę przez cały rok miało tylko 16 procent obywateli, a ponad połowa ludności zarabiała mniej niż 10 dolarów miesięcznie. Ogromnym problemem był analfabetyzm dotykający 60 procent mieszkańców wsi i 40 procent ludności miejskiej.

Ojciec Grande znalazł się w trudnej sytuacji, jednak dość szybko zrozumiał, że chrześcijaństwo powinno polegać na radykalnym zaangażowaniu społecznym. Stał się jednym z liderów Chrześcijańskiej Federacji Rolników Salwadorskich. Od tego momentu zaczął dostawać pogróżki. Po wydaleniu z kraju kolumbijskiego księdza Mario Bernala, wcześniej porwanego i pobitego przez policjantów, ojciec Grande wygłosił płomienne kazanie. Mówił, że głoszenie Ewangelii i życie nią w ówczesnej Ameryce Łacińskiej jest nie do pogodzenia z podporządkowaniem się tamtejszym władzom i stworzonemu przez nie porządkowi prawnemu, w tym na przykład penalizacji strajków organizowanych przez związki zawodowe.

„Dzisiaj w naszym kraju i na kontynencie, który przeżywa godzinę męczeństwa, praktycznie nielegalną rzeczą jest być autentycznym chrześcijaninem. Otaczający nas świat zbudowany jest na ustalonym nieładzie, dla którego głoszenie Ewangelii stanowi wywrotową działalność. Gdyby Jezus z Nazaretu powrócił, jak niegdyś z Galilei do Judei, z Chalatenango do San Salvadoru, zostałby aresztowany w Apopie. Zaprowadzono by Go do Najwyższej Junty jako niekonstytucyjnego wywrotowca. Oskarżono by Go, że jest buntownikiem szerzącym idee przeciwne demokracji, to znaczy mniejszości. Wolimy, by po naszych ulicach chodził Chrystus głuchy i niemy. Chrystus przykrojony na miarę naszą i naszych małostkowych interesów”.

Chrześcijaństwo niesie ze sobą bardzo egalitarny przekaz. W miejscu, w którym porządek społeczny polegał na wyzysku mas pracujących przez kilkadziesiąt rodzin obszarniczych, a skutkował głodem, brakiem opieki medycznej i brakiem powszechnego dostępu do edukacji, głoszenie Ewangelii było aktem rewolucyjnym. W takich okolicznościach obowiązkiem chrześcijanina było uderzenie w ten niesprawiedliwy system i podjęcie próby jego zmiany.

Za taką właśnie próbę Rutilio Grande zapłacił najwyższą cenę. 12 marca 1977 roku wraz ze swoim przyjacielem oraz czwórką dzieci wyruszył w kierunku El Paisnal. Policjanci zastawili na nich pułapkę i zabili jezuitę oraz dwie inne osoby siedzące na przednich siedzeniach samochodu. Trójka siedzących z tyłu dzieci ocalała, bo zamachem dowodził ich wujek. Dzięki nim dobrze znamy przebieg wydarzeń. Śmierć ojca Grande wstrząsnęła arcybiskupem Romero, który do tego momentu prezentował raczej ugodową postawę wobec przedstawicieli junty. Jak sam przyznał: „Krew ojca Rutilia Grande zmieszana z krwią ludu ostatecznie obudziła we mnie sumienie”.

Ludzie tacy jak Rutilio Grande czynili teologów wyzwolenia i ich nauczanie bardziej autentycznym. Owocowało to szerokim poparciem dla nowej myśli teologicznej ze strony społeczeństwa. Zakładane przez nich grupy cieszyły się dużą popularnością wśród wiernych. Najliczniejsze stały się Kościelne Wspólnoty Podstawowe. W samej tylko Brazylii istniało ich sto tysięcy, a zaangażowanych w ich pracę były około trzy miliony osób. Ludzie ci spotykali się na cotygodniowych spotkaniach, podczas których dzielili się swoimi refleksjami nad wybranymi fragmentami Pisma Świętego. W miarę swoich możliwości starali się wspierać osoby najuboższe, a także organizowali akcje samopomocowe.

Walczący bronią

Chcąc być uczciwym wobec czytelnika, nie zamierzam dobierać tendencyjnych przykładów, które prezentowałyby teologię wyzwolenia jako ruch bez skazy. Potrzeba zmiany niesprawiedliwych stosunków społecznych pchnęła niektórych przedstawicieli tego nurtu na drogę prowadzącą do odrzucenia jednego z najważniejszych elementów społecznego przesłania chrześcijaństwa – postulatu odpowiadania dobrem na wyrządzane nam zło, zakazującego posługiwania się przemocą i odbierania życia drugiemu człowiekowi.

Najsłynniejszym przedstawicielem tej grupy jest ksiądz Camilo Torres, który w swoich poruszających pismach wyjaśnił, dlaczego zdecydował się na obranie takiej drogi. Pracował jako wykładowca socjologii i duszpasterz akademicki, angażował się także w działalność związków zawodowych. Wraz z upływem lat był jednak coraz bardziej rozczarowany nieefektywnością podejmowanych działań. Kolejne manifestacje, strajki i protesty niczego nie zmieniały. Jeśli nawet udawało się doprowadzić do wyborów, to okazywały się one farsą. Sfrustrowany napisał w jednym z artykułów: „Dobre słowa nie wyzwalają, dobre intencje nie przetwarzają rzeczywistości, nie ma trzeciej drogi. Jest tylko jedna droga – socjalizm. Jest tylko jeden sposób wstąpienia na nią – rewolucja”. 15 lutego 1966 roku Camilo Torres jako partyzant poległ w dżungli w potyczce z oddziałem kolumbijskiej armii.

Na walkę zbrojną zdecydowali się też nikaraguańscy zakonnicy: Ernesto Cardenal, jego brat Fernando Cardenal oraz Miguel d’Escoto. Tym, co ich połączyło – oprócz wspólnej walki – było zaangażowanie w działalność polityczną, za którą zawieszono ich prawa do wykonywania czynności kapłańskich. Po zwycięstwie sandinistów nad reżimem generała Somozy zostali ministrami odpowiednio: kultury, oświaty i spraw zagranicznych. Żaden z nich nie żałował później swoich wyborów. Usprawiedliwiali swoje decyzje niemożnością podjęcia innego działania, które byłoby skuteczne. Ernesto Cardenal nadawał rewolucji wymiar niemal religijny: „Jestem marksistą, który wierzy w Boga, naśladuje Chrystusa i jest rewolucjonistą dla Jego Królestwa”. Ta historia ma jednak swoje zakończenie. W 2014 roku Miguel d’Escoto zwrócił się do papieża Franciszka z prośbą o zgodę na odprawienie mszy świętej. W odpowiedzi papież zdjął z niego suspensę. Fernando Cardenal w 1997 roku został ponownie przyjęty do Towarzystwa Jezusowego i od tamtej pory pracuje na amerykańskich uniwersytetach jezuickich. Tylko w przypadku jego brata sytuacja pozostaje bez zmian.

W świetle pacyfistycznego przesłania chrześcijaństwa decyzje podjęte przez czwórkę wyżej wymienionych duchownych wydają się nie do przyjęcia. W tym miejscu pozwolę sobie jednak na krótką dygresję. Czy w takim samym stopniu oburza nas zaangażowanie współczesnych kapelanów wojskowych? Czy naprawdę nie akceptujemy użycia przemocy, czy tylko potępiamy je w sytuacji, w której nie po drodze nam z taką lub inną ideą polityczną? Konserwatysta powiedziałby pewnie, że Torres, Cardenal i inni rewolucjoniści w sutannach sami wykluczyli się ze swoich zgromadzeń zakonnych. Zaangażowanie polityczno-społeczne okazało się dla nich ważniejsze od duszpasterskiego (rozumianego w sposób tradycyjny). Czy równie surowo oceniłby popularnego w niektórych środowiskach jezuitę Władysława Gurgacza, członka nacjonalistycznego ugrupowania zbrojnego? On również nie podporządkował się decyzji władz zakonnych, opuścił zakon bez zgody przełożonych i w efekcie został z niego w 1948 roku usunięty.

***

Nie wierzę w możliwość odcięcia się od własnych poglądów i prezentacji opisywanego zjawiska w sposób obiektywny. Uważam wręcz, że silenie się na obiektywność byłoby nieuczciwe wobec czytelnika. Nie ukrywam swojej sympatii dla przedstawianego przeze mnie nurtu teologicznego i dla jego propagatorów. W polskojęzycznej literaturze o teologii wyzwolenia pisze się nieuczciwie. W tak krótkim szkicu nie sposób oczywiście wziąć jej w obronę i odeprzeć najczęściej pojawiających się zarzutów. Nie to było jednak moim zamiarem. Pragnę tylko (i aż), aby czytelnicy i czytelniczki zdali sobie sprawę ze złożoności omawianego problemu i spróbowali – na ile to możliwe – spojrzeć na niego oczami mieszkańca Ameryki Łacińskiej. Za sukces uznam, jeśli zechcą oni wyrobić sobie własną opinię, zajrzą do publikacji prezentujących latynoamerykańską rzeczywistość, a może nawet sięgną do pism samych teologów wyzwolenia.

***

Działalność Kontaktu można wspierać finansowo w serwisie Patronite.

Pozostałe teksty z bieżącego internetowego wydania Kontaktu można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Inne języki Kościoła

Dług albo krytyka ekonomii politycznej