dwutygodnik internetowy
22 X 2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Premier moralnego niepokoju

Ze spuścizny Tadeusza Mazowieckiego z okresu III Rzeczypospolitej wyłania się obraz człowieka raczej przygnębionego złożonością rzeczywistości i zaniepokojonego jej kształtem niż prezentującego postawę triumfalistyczną.

ilustr.: Łukasz Drzycimski

ilustr.: Łukasz Drzycimski

Tekst pochodzi z 37. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Ekolodzy będą zbawieni”.

ZAMÓW NUMER

Patrząc z perspektywy niemal trzydziestu lat od objęcia przez Tadeusza Mazowieckiego urzędu premiera i z perspektywy pięciu lat, które mijają od jego śmierci, za wiele rzeczy można być mu wdzięcznym i za wiele można mieć do niego żal. Ja osobiście najbardziej nie mogę przeboleć, że nie stanął na czele polskiej chrześcijańskiej demokracji. Takiej z prawdziwego zdarzenia.

I.

Przyszedłem wam powiedzieć, że było gorzej, a jest dużo lepiej. Że takiej Polski, jaką dziś mamy, czy macie, nie było”. (9 kwietnia 2013)

To było raptem nieco ponad pięć lat temu. Pogodne kwietniowe popołudnie, warszawskie Nowe Miasto, siedziba Klubu Inteligencji Katolickiej, w której kilka razy w miesiącu odbywają się dyskusje na tematy publiczne. Dyskusja zaplanowana na ten dzień miała być jednak niezwykła i, patrząc z perspektywy czasu, rzeczywiście taką była. Oto osiemdziesięciosześcioletni pierwszy premier III Rzeczypospolitej, żywa legenda polskiej polityki, poprosił o spotkanie z młodymi ludźmi, ściślej lub luźniej związanymi z KIK-iem. Sala wypełniła się po brzegi. Nic dziwnego. Był to okres narastającego – zwłaszcza w środowisku „Kontaktu”, do którego redakcji piszący te słowa właśnie dołączał – intelektualnego fermentu i nasuwających się coraz bardziej zasadniczych pytań do ojców polskiej transformacji ustrojowej. Pytań o jej społeczno-ekonomiczne niedostatki, o utracone gdzieś po drodze ideały pierwszej „Solidarności”.

Były premier musiał sobie zdawać sprawę z tego, że to nie będzie dla niego łatwe spotkanie, kolejny benefis w gronie weteranów opozycji. Mimo to sam wyszedł z inicjatywą. Pretekstem do rozmowy była książka „Rok 1989 i lata następne”, zbiór tekstów Mazowieckiego i wywiadów z nim, pochodzących z lat 1989–2012. Chciał skonfrontować je z młodym pokoleniem organizacji, którą współtworzył ponad pół wieku wcześniej. Pół roku później, kiedy odprowadzaliśmy pana premiera na cmentarz w Laskach, zrozumieliśmy, że była to próba pozostawienia „swojemu” środowisku swego rodzaju testamentu. Nie tylko politycznego.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że dobrze pamiętam całą dyskusję, którą miałem okazję współprowadzić. Jej skrócony zapis można znaleźć na stronie internetowej „Kontaktu”. Spotkanie nosiło tytuł „Credo polityka”, ale – jak ktoś później złośliwie zauważył – powinniśmy je raczej nazwać „confiteor”, bo przepytywaliśmy byłego premiera dość ostro. Dyskutował jednak żywo. To przyznawał rację, to znowu się nie zgadzał, bronił swojej perspektywy, pokazywał uwarunkowania podjętych decyzji. Sprawiał wrażenie człowieka mocno zmęczonego i dalekiego od triumfalizmu, choć – jak by się zastanowić – miał wówczas wszelkie powody do tego, żeby być z siebie zadowolonym: pełnił funkcję etatowego doradcy prezydenta, krajem rządzili ludzie bliscy mu ideowo, nasza pozycja w Europie wydawała się ugruntowana. A jednak dawało się odczuć, że nie jest usatysfakcjonowany tym, jak wygląda ówczesne polskie państwo i społeczeństwo. W wypowiedzi, którą przytoczyłem jako motto, pobrzmiewały pewne wątpliwości. „Jest dużo lepiej” nie oznaczało przecież, że jest idealnie. Odchodząc z tego świata, Mazowiecki zdawał się widzieć coraz więcej problemów piętrzących się przed naszym krajem. Pamiętam, że natychmiast po zakończeniu debaty z ulgą zapalił elektroniczny papieros, bezczelnie łamiąc zakaz niezrozumiały dla ludzi należących do jego pokolenia.

II.

Dręczy mnie pytanie: czy mogliśmy nie dopuścić do podziału Polski na wygranych i przegranych?” (27 czerwca 2004, wspomnienie Jacka Kuronia)

„Rok 1989 i lata następne” jest fascynującą lekturą, która zaskakuje czytelnika obszernością i różnorodnością. Postanowiłem oprzeć niniejszy esej na trzech cytatach zaczerpniętych z tej książki, by zobrazować kluczowe problemy, z którymi zmagał się Mazowiecki – polityk i intelektualista III Rzeczypospolitej.

Na pierwszy ogień musi pójść kwestia, która budziła i wciąż budzi najwięcej kontrowersji. Premier Mazowiecki umarł w 2013 roku. Jak już wspomniałem, był to czas, w którym do mainstreamu debaty publicznej zaczęła przebijać się kwestia pozostająca wcześniej na jej obrzeżach, to znaczy problem tak zwanych „społecznych kosztów transformacji” – ludzi, ba, całych środowisk i grup społecznych, które w wyniku reform zapoczątkowanych przez pierwszy solidarnościowy gabinet znalazły się na marginesie społecznego i gospodarczego życia kraju. To właśnie wtedy ukazały się wspomnienia Karola Modzelewskiego „Zajeździmy kobyłę historii”, a Grzegorz Sroczyński rozpoczął swój słynny cykl wywiadów z twórcami przemian, których kulminacją będzie słynne „byliśmy głupi” Marcina Króla. Mazowiecki, jako lider rządu wprowadzającego terapię szokową, znalazł się niejako w centrum tej debaty.

Jest faktem niepodważalnym, że to rząd Mazowieckiego wybrał radykalną ścieżkę reform i chociaż to Leszek Balcerowicz stał na czele jego gospodarczego skrzydła, zasadnicza odpowiedzialność spoczywa na premierze (sam zresztą nigdy od niej nie uciekał). Faktem jest jednak również to, że większość rozstrzygnięć zapadała podczas narad z zagranicznymi doradcami w biurze wicepremiera i że stan gospodarki i finansów państwa wymagał szybkiego działania. Kiedy jednak przyjrzymy się temu, co Tadeusz Mazowiecki pisał i mówił przez kolejne dwadzieścia cztery lata wolnej Polski, zorientujemy się, że przypisywanie mu skrajnie liberalnego światopoglądu i pełnego zadowolenia z ostatecznego kształtu reform jest nieporozumieniem. Do końca życia uważał się on bowiem za chrześcijańskiego personalistę, dla którego wspólnotowy wymiar życia jest równie istotny jak dbanie o indywidualny rozwój jednostki. Nie wiem, czy mówienie o „wyrzutach sumienia” byłego premiera jest najlepszym określeniem, ale inne nie przychodzi mi do głowy.

W jednym z wywiadów, wspominając dramatyczne chwile 1990 roku, stwierdził: „Gdy zdecydowaliśmy się na wdrożenie programu gospodarczego i coraz bardziej uświadamiano mi jego konsekwencje, zaczęło we mnie wzrastać poczucie bardzo głębokiego dramatu. […] Kiedy mówiono mi, że przy tych reformach muszą padać zakłady, że to takie dziwne, iż jeszcze nie padają, skóra mi cierpła na myśl, co będzie, gdy zaczną padać, i jak rozwiążemy problemy tych ludzi”.

Kilka lat później, w 1998 roku, już po tym, jak został odsunięty przez Leszka Balcerowicza od przewodniczenia Unii Wolności, obserwując poczynania postsolidarnościowego rządu z ław poselskich, utyskiwał na rolę „strażniczki budżetu”, która przypadła jego ugrupowaniu. „Gdy bowiem trzeba bronić budżetu, to zawsze odzywa się Unia. Gdy zaś trzeba publicznie pokazać troskę o ludzi, o sprawy społeczne, to odzywa się AWS albo SLD, a Unia mówi o ostrożności budżetowej”. Znając pogardliwy stosunek Mazowieckiego do mentalności partyjnej, możemy założyć, że nie chodziło mu o to, że Unia w związku z takim podejściem traci poparcie, ale że po prostu jest ono niesłuszne, można by rzec: niepersonalistyczne.

III.

Jestem chrześcijaninem i jestem demokratą, ale nie jestem chrześcijańskim demokratą”. (1990, w rozmowie z Helmutem Kohlem)

Uważam, że największym błędem Mazowieckiego nie była jego działalność jako premiera (poza bardzo kontrowersyjnymi aspektami należy też pamiętać o licznych osiągnięciach w polityce zagranicznej i wewnętrznej, jak unormowanie stosunków z Niemcami czy pierwsza reforma samorządowa) ani nawet kandydatura prezydencka (choć wyjątkowo nieudana, zdradzająca brak umiejętności stricte politycznych), ale fakt, że zdecydował się na ich gruncie stworzyć Unię Demokratyczną, a potem Unię Wolności. Wiem, że narażam się w tym miejscu wielu czytelnikom, zwłaszcza tym z nieco dłuższym stażem zainteresowania sprawami publicznymi. Zdaję sobie sprawę z tego, jakim nimbem otoczona jest ta świętej pamięci partia w kręgach liberalnej inteligencji. Jestem nawet w stanie, przy dużej dozie krytycyzmu, docenić wiele spośród jej działań. Sądzę jednak, że lepiej byłoby, gdyby nigdy nie powstała.

Gdy przyjrzeć się jej bowiem, stosując zwyczajowe kryteria oceny partii politycznych, okazuje się, że stanowiła ona formację kuriozalną. Nie jednoczyła jej żadna wspólna idea czy doktryna polityczna, a jedynie poczucie „zagrożenia dla demokracji” ze strony zwolenników Stana Tymińskiego, a także – do pewnego stopnia – Lecha Wałęsy. „Trzeba utworzyć silny obóz demokracji. Trzeba utworzyć jedną demokrację czy partię. […] Chciałbym, byśmy nie zagubili nikogo i niczego. […] Optuję za pójściem w kierunku jedności, takim pójściem, które by nikogo z nas wzajemnie nie skłóciło” – mówił Mazowiecki. I w ten sposób, głównie dzięki jego determinacji, powstała partia, w której znaleźli się socjaldemokraci, tacy jak Jacek Kuroń, liberałowie, jak Bronisław Geremek, i konserwatyści, jak Aleksander Hall. Co więcej, te różnice zostały przez partię oficjalnie usankcjonowane. Powołano w jej ramach trzy odgórnie wyznaczone „frakcje” (rzecz doprawdy niespotykana).

Jaka była alternatywa? Jak zwykle nie da się tego powiedzieć z całą pewnością, ale można sobie wyobrazić sytuację, w której ci szanujący, a nawet lubiący się nawzajem ludzie, mający doświadczenie wspólnej walki z totalitarnym systemem, tworzą konkurujące ze sobą partie polityczne, oparte na klasycznych dla zachodnich demokracji podziałach. Mazowiecki mógłby stanąć wówczas na czele polskiej chrześcijańskiej demokracji z prawdziwego zdarzenia, promującej zasady społecznej gospodarki rynkowej i większej redystrybucji (a na przykład Kuroń – porządnej socjaldemokracji). Nie musiałby zżymać się na konieczność słuchania liberalnego dyktatu budżetowego we własnej partii. Nie martwiłby się niedostatecznym wykonywaniem prospołecznych przepisów Konstytucji, które sam współtworzył.

Przede wszystkim jednak zapobiegłby utworzeniu partii inteligenckiej, roszczącej sobie prawo do posiadania „uniwersalnej” prawdy i bycia wyznacznikiem racjonalności. Być może właśnie wtedy pojawił się podział, który powraca w kolejnych mutacjach do dziś: podział na światłych obrońców demokracji i na jej przeciwników „z ludu”?

Jest jeszcze druga, bardzo ważna, związana z tą sprawą kwestia. Otóż nie ulega wątpliwości, że Kościół katolicki, przyzwyczajony do szczególnej roli pełnionej w okresie PRL-u, od początku III RP szukał form własnej politycznej refleksji. Niestety, jak dzisiaj widzimy, ostatecznie znalazł ją przede wszystkim w postendeckim PiS-ie, silnie łączącym wątki religijne z narodowymi, a wręcz nacjonalistycznymi. Być może jednak, gdyby udało się powołać umiarkowaną (choć oczywiście niepozbawioną rysu konserwatywnego i nawiązującą do nauczania Kościoła) chadecję, to z nią związałby swoje nadzieje w sferze publicznej.

„My, chrześcijanie, nie chcemy instrumentalnego mieszania religii i polityki. Ale wierzymy w jednoczącą rolę chrześcijaństwa. I na nią w Polsce – tak ostro, że aż absurdalnie podzielonej – czekamy. Czekamy, aby katolicyzm polski stał się bardziej chrześcijański, bardziej jednoczący i przyjazny ludziom i światu” – mówił Mazowiecki na pogrzebie Krzysztofa Kozłowskiego. Pewnie uważał, że powoływanie do życia partii o profilu chrześcijańskim byłoby takim „mieszaniem”. Pytanie, czy katolicyzm polski nie stałby się w ten sposób bardziej chrześcijański.

ilustr.: Łukasz Drzycimski

ilustr.: Łukasz Drzycimski

IV.

„Potrzeby Europy ducha nie zaspokoi konsumpcyjny i relatywistyczny ideał życia i kultury”. (2012)

Kiedy czyta się teksty i wywiady premiera, widać, że poza troską o społeczne nierówności przeszywał go na starość również inny ból. Ból o bardziej metafizycznym charakterze. Mazowiecki był człowiekiem głęboko wierzącym, jednak już od początków swojej działalności publicznej w PAX-ie zdającym sobie sprawę z trudnej sytuacji chrześcijaństwa we współczesnym świecie. W swoim słynnym eseju o „kredowych kołach”, opublikowanym na łamach „Więzi” w 1962 roku, pisał o tym, że religia w XX wieku funkcjonuje w „stanie zakwestionowania”, a chrześcijanie coraz bardziej zasługują na miano „ostatnich Mohikan” („nie jest przyjemnie czuć się cząstką zamierającego rezerwatu” – przyznawał nie bez ironii). Wierzył jednak, że dzięki temu dojrzeją postawy bardziej świadomego życia i bardziej świadomego wyboru religijności. Przede wszystkim zaś przekonywał o konieczności zadawania przez kolejne generacje pytań o charakterze egzystencjalnym i udzielania na nie rozmaitych odpowiedzi.

Wydaje się, że w tym punkcie spotkało go największe rozczarowanie. W wielu wypowiedziach dał wyraz swojemu rozczarowaniu konsumpcyjnym stylem życia dominującym w zachodnim, liberalnym świecie. Widział zarówno duchowe ubóstwo życia prywatnego, jak i, co z niego wynika: choroby życia publicznego. Zdawał sobie sprawę z królujących w nim klientelizmu, kolesiostwa, partyjniactwa i korupcji. Mówił wręcz o „staczaniu się demokracji w Polsce”. Upatrywał jego znamion w triumfie partii populistycznych, ale również w abstrahowaniu demokracji od wartości i w przyjmowaniu jej wąskiej, „proceduralnej” definicji. Tak jakby zdawał sobie sprawę, że system polityczny, aby zyskać trwałą akceptację, musi nieść ze sobą obietnicę lepszego życia. Jako najważniejszą wartość dla państwa stawiał nadzieję.

Nie był bezkrytycznie zapatrzony w Zachód. Trudno zresztą, aby tak było po przejściach związanych z pełnieniem funkcji Specjalnego Sprawozdawcy ONZ w Bośni, gdzie na własne oczy zobaczył hipokryzję struktur liberalnego świata wobec najstraszniejszych zbrodni na Starym Kontynencie po drugiej wojnie światowej. „Jak można wierzyć w Europę jutra, tworzoną przez dzieci tych ludzi, których dziś się opuszcza?” – pytał retorycznie w słynnym liście do Sekretarza Generalnego po masakrze w Srebrenicy. Wspominał także, że Zachód niedostatecznie docenił wagę przemian 1989 roku, „również finansowo”. Mimo wszystko pozostał zwolennikiem zjednoczenia ze strukturami Zachodu i jednym z architektów naszego członkostwa w Unii.

***

Pełen sprzeczności polityk. Trudny do rozszyfrowania człowiek. Uznawany przez zwolenników transformacji za ojca jednego z największych historycznych sukcesów naszego kraju, który wiecznie był niezadowolony z jego kształtu. Chrześcijanin w polityce, który nie chciał zostać chadekiem, więc stworzył partię, która partią de facto nie była. Europejczyk Europą rozczarowany, katolik w Kościele samotny. Personalista oskarżany przez lewicę o liberalizm, a przez prawicę o „lewackość”. Trudny to los, ciągłe niespełnienie. Ale może taki czeka każdego, kto działając publicznie, pragnie zachować autentyczność?

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Trybunał spraw socjalnych

Prof. Friszke: PRL – oswojona dyktatura