dwutygodnik internetowy
28.10.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Leszczyński: Na pomoc wydajemy niewielkie pieniądze

Wiele organizacji mówi ludziom, że jeśli dadzą 5 złotych na jakiś cel, to świat stanie się dużo lepszy. Nie, nie stanie się dużo lepszy, stanie się lepszy o 5 złotych. Mówią: „to jest różnica między życiem a śmiercią kogoś tam”. Może i jest, ale to nadal tylko 5 złotych.

ilustr.: Rafał Kucharczuk

 

Są ludzie, którzy uważają, że pomoc rozwojowa nie ma sensu. A jeżeli ma, to tylko taka, które realizuje cele polityki kraju, który jej udziela. Ten schemat realizujemy w Polsce. Nasze działania są najlepszym przykładem tego, jak pomocy udzielać nie należy.

Z Adamem Leszczyńskim rozmawia Jarosław Ziółkowski

 

Jest w pana książce „Zbawcy mórz” obraz, w którym razem z grupą kilku pracowników organizacji pomocowych obserwuje pan sześciomiesięcznego chłopca, który umiera na malarię. Jest też w tej książce wniosek, że katastrofy spotykające Afrykę biorą się z racjonalnych decyzji jej mieszkańców. Jak rozumieć ten dysonans?
To, co racjonalne, jest często według naszych dzisiejszych standardów okropne i niehumanitarne. Jeszcze 80 lat temu nikomu w Polsce nie wydawało się niezrozumiałe, że małe dzieci umierają. Śmiertelność noworodków była wysoka, zwłaszcza na wsi, i ludzie uważali, że tak po prostu musi być. Kobiety rodziły w ciągu życia pięcioro czy sześcioro dzieci, a wieku dorosłego dochowywało się dwoje czy troje. Afryka jest właśnie na tym etapie.

W sytuacji, którą pan opisuje, matka nie podjęła decyzji, żeby nie ratować swojego syna – przecież się nim opiekowała. Ale rozumiała, że nie może zrobić wszystkiego, co w jej mocy, aby to dziecko mogło żyć, bo musiałaby wydać wszystkie swoje oszczędności – a od nich zależy przeżycie nie tylko jednego dziecka, ale całej rodziny. Starałem się tę decyzję zrozumieć, choć sam mam dwoje małych dzieci i budził się we mnie jakiś organiczny protest.

 

A zatem to cierpienie bierze się z racjonalnej decyzji?

Tak bywa. Nie jest to jednak efekt intencji, tylko społecznej gry, w której wszyscy uczestniczą. Myślę, że podobnych przykładów można by znaleźć dużo także w Polsce. Dla Afrykanów opisana sytuacja z dzieckiem była po prostu elementem ich normalności.

 

Mówi pan więc, że w tej sprawie spotykają się dwie wrażliwości.

Oczywiście, że tak. Prowadziłem kiedyś spotkanie z mieszkającym w Holandii ugandyjskim pisarzem Mojżeszem Isegawą. Jeden z widzów zapytał, dlaczego w tej Afryce jest tak źle. Na co Isegawa odpowiedział: „moja babcia urodziła się w lepiance i w lepiance mieszka, nie umie czytać i pisać. A ja proszę: skończyłem uniwersytet, jeżdżę samochodem, jestem międzynarodowym pisarzem”. To kwestia perspektywy. Biedne kraje i biedni ludzie mają mało zasobów i muszą starannie wybierać, na co te zasoby wydawać. Czy na drogę, szkołę, szpital, leczenie chorych na AIDS, czy na edukację pierwszoklasistów. Ponieważ są bardzo biedni, te wybory mają ostrzejszy i bardziej wyraźny charakter niż wybory, przed którymi zazwyczaj stoimy w Polsce.

 

To zderzenie wrażliwości powoduje, że polski, europejski czytelnik przeczyta o umierającym na malarię chłopcu i stwierdzi, że bardzo chciałby coś zrobić. Pan jednak rozprawia się z kolejnymi formami pomocy. Wygląda na to, że nic nie działa, jak powinno: fair-trade, mikrokredyty, sprawiedliwa płaca, ONZ…

Zwłaszcza ONZ. Jeśli do jakiejś instytucji mam szczególne zastrzeżenia, to właśnie do tej. ONZ działa nieźle tylko, jeżeli chodzi o wysyłanie wojsk. Poza tym, w stosunku do kosztów robi niewiele. Mimo wszystko jednak, każda z tych ścieżek, które opisuję, jakoś pomaga, chociażby transferując pieniądze do potrzebujących krajów. Ale przekazujemy pieniądze relatywnie małe do możliwości świata zachodniego. Są one też bardzo źle wykorzystywane. To jest kwestia polityki, nie jest to wina Afrykanów, bo oni oczywiście grają z systemem pomocy tak, jak grałby każdy normalny człowiek na ich miejscu. Mają przecież dokładnie te same potrzeby, co my w Polsce.

 

Co w pomocy działa?

Duże akcje szczepień, leczenie ludzi z AIDS. Można powiedzieć, że w tym wypadku relatywnie niedużym kosztem zmniejszyliśmy skalę cierpienia na świecie. Nie mogę więc jednoznacznie stwierdzić, że „pomoc działa” albo „pomoc nie działa”. Jedne typy działają lepiej, inne gorzej, żaden z nich nie działa idealnie. Ale myślę też, że bez tych relatywnie niewielkich pieniędzy, jakie wydajemy na pomoc, tamten świat miałby się dużo gorzej. Irytują mnie tacy krytycy pomocy, którzy twierdzą, że „ponieważ pomoc nie działa fantastycznie, należy ją w ogóle zlikwidować”. To jest rodzaj moralnego radykalizmu, który wydaje mi się szkodliwy.

 

Według pana opisu fair-trade to raczej maszyna promocyjna dla zachodnich firm, niż próba zmiany czyjegoś życia. Kupując produkty z tym logo uspokajamy własne sumienie, ale niekoniecznie pomagamy.

Nie widzę nic moralnie oburzającego w tym, że w pomocy szukamy sposobu na uspokojenie wyrzutów sumienia. Przecież pomoc właśnie z odruchu sumienia się bierze. Źle czuję się natomiast w sytuacji, w której ktoś tymi odruchami manipuluje. Wiele organizacji i rządów mówi ludziom, że jeśli dadzą 5 złotych na jakiś cel, to świat stanie się dużo lepszy. Nie, nie stanie się dużo lepszy, stanie się lepszy o 5 złotych. Często, żeby nas zachęcić, okłamuje się nas, mówiąc: „to jest różnica między życiem a śmiercią kogoś tam”. Może i jest, ale to nadal tylko 5 złotych. Istnieje więc dysproporcja między aktem pomocy i korzyścią obdarowanego a świetnym samopoczuciem człowieka, który dał te 5 złotych i często uważa, że wyrobił już swój limit dobrych uczynków.

 

Opowiada pan też o meksykańskim biznesmenie, który w mikrokredyty zainwestował 250 tysięcy dolarów, by po kilku latach zarobić na nich ponad 100 milionów. Podobnych przykładów interesów, które wyrastają na pomocy, jest w pana książce więcej.

To także co do zasady mnie nie oburza. Nie widzę żadnej sprzeczności w tym, że ktoś próbuje zarobić na handlu z biednymi krajami, albo że ludzie, którzy udzielają pomocy, np. budują mosty czy drogi w Afryce, chcą z tego normalnie żyć. Nie są mnichami, którzy o misce ryżu i garnuszku wody wegetują w lepiankach. Widzę natomiast zło moralne w oszustwie, kiedy przedstawia się sprzedawany produkt innym, niż jest w rzeczywistości. Nie cały fair-trade jest zły, ale niekiedy np. tym znakiem oznacza się produkt, który nie został wyprodukowany sprawiedliwymi metodami. A nawet jeśli został, większa część rynkowej różnicy między nim a zwykłym odpowiednikiem to narzuty i koszty instytucji, która nam go sprzedaje.

Nie jest, jak sądzę, niemoralne zarabianie na pomocy. Niemoralne jest oszustwo i kłamstwo.

 

Gdzie leży główna przyczyna nieskuteczności pomocy?

Pomoc jest przede wszystkim źle pomyślana i udzielana w złej woli, po to, aby załatwiać interesy różne od samej pomocy. Działania Polski są najlepszym przykładem tego, jak pomocy udzielać nie należy. Wszystko robimy źle. Oficjalnie wydajemy 1,5 miliarda złotych na pomoc rozwojową, z czego zdecydowana większość, około 900 milionów, to nasze składki do organizacji międzynarodowych. Składki te i tak musielibyśmy płacić, gdyż kiedyś się do tego zobowiązaliśmy w umowach międzynarodowych. Nie jest to żaden gest dobrej woli z naszej strony. Duża część reszty to kredyty, które dajemy innym krajom na zakup towarów w Polsce, czyli de facto na rozwój naszej przedsiębiorczości. Ostatnio umorzyliśmy 300 mln kredytu Chinom i wliczyliśmy sobie je do pomocy rozwojowej udzielanej najbiedniejszym.

 

To bardzo zabawne, że „pomagamy” drugiej gospodarce świata, umarzając dług na 300 mln dolarów.

Tak, kiedy czyta się raport, to wygląda zabawnie, ale mam wrażenie, że kiedy pracuje się w pewnych instytucjach, zatraca się wrażliwość na taki komizm. Do polskiej pomocy wliczamy przecież także projekty prowadzone w Afganistanie, choć one służą przede wszystkim bezpieczeństwu naszych żołnierzy. Wliczamy stypendia dla ludzi z biednych krajów studiujących w Polsce, choć z reguły oni tu potem zostają, czyli jest to inwestycja w pracowników polskiej czy europejskiej gospodarki, nie zaś w rozwój gospodarki krajów biedniejszych.

Jeżeli to wszystko odliczyć, to na pomoc udzielaną dwustronnie zostaje nam nieco ponad sto milionów złotych, z czego najwięcej wydajemy na kraje Partnerstwa Wschodniego, gdzie budujemy demokrację. A te kraje też nie zaliczają się do najbiedniejszych na świecie. Budowanie tam demokracji ma istotny polityczny cel dla Polski, bo osłabia wpływy rosyjskie w regionie. Wszystko to pakujemy razem i mówimy „proszę bardzo, Polska wydaje 1,5 miliarda złotych rocznie na pomoc rozwojową”. Nawet gdyby to była prawda, byłoby to suma mniejsza od tej, którą zobowiązaliśmy się płacić. Według Aid Transparency Index 2013 na 67 krajów udzielających pomocy, Polska zajęła 57 miejsce uzyskując ranking very poor.

 

Czy widzi pan szansę, żeby to się zmieniło?

Nie. W każdym razie nie szybko. Jest to moim zdaniem efekt nastawienia MSZ. Moja hipoteza jest taka, że nasz minister spraw zagranicznych, od którego wszystko w tych sprawach zależy, został w tej kwestii ukształtowany przez konserwatywne think-tanki waszyngtońskie, w których kiedyś pracował. Instytucje te uważają, że pomoc rozwojowa nie ma sensu. A jeżeli ma, to tylko taka, która realizuje cele polityki kraju, który jej udziela. Ten schemat realizujemy w Polsce.

 

Mówi pan, że rozwiązanie problemu pomocy jest polityczne. Jak pan to rozumie?

Nie podam panu gotowej recepty. Ale na pewno jej elementem powinno być uzdrowienie organizacji międzynarodowych, takich jak ONZ, które jest absolutnie zabagnionym polem do realizacji najróżniejszych międzynarodowych interesów, oazą najdziwniejszej biurokracji.

Druga sprawą jest to, aby państwa zaczęły poważnie traktować swoje zobowiązania. Dziś mamy do czynienia z hipokryzją, w przypadku Polski ewidentną. Deklaracje składane przez naszych polityków i oficjalne raporty o realizacji polskiej pomocy nijak się do siebie mają. Sytuacja może się zmienić po zmianie rządu, choć to wątpliwe.

 

Mówiliśmy o odruchu sumienia. Jak najlepiej leczyć swoje sumienie na poziomie indywidualnym?

Dałbym pieniądze organizacjom, które robią bardzo konkretne rzeczy. Na przykład Kościół prowadzi akcję, która nazywa się Adopcja Serca. Pieniądze dane przez jedną osobę trafiają do konkretnego dziecka i to dziecko pisze list z podziękowaniami, że je dostało, że chodzi do szkoły i rozlicza się ze swoich stopni. Często są to bardzo wzruszające sytuacje. PAH ma akcję budowania studni ufundowanych w całości przez jedną osobę albo jedną firmę. Ktoś, kto ma 30 tysięcy dolarów, może postawić studnię w Sudanie. To jest konkret – wiadomo ile kupiono szczepionek, ile litrów wody popłynęło. Jeśli ktoś chce mieć gwarancję, że jego pieniądze zrobią coś konkretnego, a nie gdzieś przepadną, to powinien szukać takich szans. One istnieją. To, że część pomocy nie działa, nie jest powodem, żeby stawiać na niej krzyżyk. Usprawiedliwianie własnego nieróbstwa jest zawsze najłatwiejsze.

 

Adam Leszczyński – dziennikarz, reporter, publicysta „Gazety Wyborczej”, historyk oraz adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Jest autorem dwóch monografii o historii społecznej PRL oraz książki „Naznaczeni” – reportażu o epidemii HIV/AIDS w Afryce. Był nominowany do wielu nagród dziennikarskich, między innymi Nagrody im. Beaty Pawlak, nagrody Amnesty International Polska, aFrykasa Roku. W tym roku wydał książkę „Władcy mórz” poświęconą problemowi pomocy Afryce.

„Wszystkie oczy na południe!”. Zachęcamy do lektury pozostałych tekstów z odsłony poświęconej pomocy charytatywnej i rozwojowej – wywiadu o pożądanych odpowiedziach na problem pomocy Cohen: Dobroczynność nie zastąpi polityki, eseju Chleba naszego powszedniego Pawła Cywińskiego oraz rozmowy poświęconej budowaniu studni w Afryce Somalijczycy wołają mnie po imieniu.