dwutygodnik internetowy
28.10.2013
magazyn papierowy


Somalijczycy wołają mnie po imieniu

Duża część pomocy humanitarnej dla Somalii zarządzana jest z Nairobi. Przedstawiciele organizacji przyjeżdżają do Somalii jedynie na krótkie misje. Ważne osobistości odwiedzają Somalię tylko na jeden dzień.

fot. Marcin Suder

 

Dostałam od rządu listę miejscowości, w których trzeba wiercić. Gdy się jej przyjrzałam, zobaczyłam, że wioski na liście związane są z wysoko postawionymi urzędnikami.
 
O warunkach pracy w Somalii opowiada Aleksandra Godziejewska w rozmowie z Mateuszem Luftem.
 
Wywiad pochodzi z numeru „Kaganiec oświaty” („Kontakt” 20/2012).
 
W jaki sposób Somalijczycy byli w stanie od lat żyć bez pomocy z zewnątrz w zdobywaniu wody?
Studnie są rzadkością. Ludzie zbierają wodę do berkad, czyli tradycyjnych, wykopanych w ziemi zbiorników na deszczówkę. Wodę pije się bezpośrednio, bez gotowania. Woda stojąca w berkadzie łatwo staje się niestety siedliskiem komarów. Zdarza się, że by się ich pozbyć, użytkownicy berkad wlewają do nich benzynę. Następnie po kilku dniach zbierają ją z wierzchu, a wodę znów piją. Gdy pora deszczowa się opóźnia lub opady są niewielkie, woda z berkad szybko się kończy. Wtedy zamówić można cysternę dowożącą wodę z miasta, jej koszt to około 500 dolarów. Zamawiający przelewa zawartość takiej cysterny do swojej berkady i używa do potrzeb domowych i gospodarczych. Może ją także sprzedawać innym mieszkańcom wioski.
 
A co ty tam robisz?
Susza z 2011 roku spowodowała ogromne straty w krajach tak zwanego „Rogu Afryki”, tzn. Somalii, Etiopii i Kenii. Bardzo małe opady mocno odbiły się na zdrowiu i kondycji ludzi i zwierząt. Wiele kóz i owiec, które są tu głównym źródłem pożywienia, ale i dochodu, umarło, a te, które przeżyły, nie dają wystarczającej ilości mleka. Z powodu braku czystej wody umierają też ludzie. Polska Akcja Humanitarna rozpoczęła swoją misję w Somalii w październiku 2011 roku.
Jako pierwszy obszar działania misji wybraliśmy Puntland, w północnowschodniej części kraju. Potrzeby wodno-sanitarne są tam rzeczywiście ogromne. Nasze działania składają się przede wszystkim z budowy studni i systemów dystrybucyjnych wody ze źródeł. Pod koniec sierpnia 2012 w jednej z wiosek, w której budujemy właśnie taki system, powinna popłynąć woda. Obecnie mieszkańcy muszą codziennie wiele razy pokonywać stromą drogę w dół kanionu, gdzie znajduje się źródło. Miejsce jest natomiast praktycznie niedostępne dla zwierząt.
 
Na czym polega twoja rola? Przyjeżdżasz do wsi i oznajmiasz, że tu zbudujesz studnię?
To nie takie proste. Bardzo dużo czasu zajmuje poszukiwanie miejsca, w którym można zbudować studnię. Miejsce musi być dobre pod względem strategicznym, a jednocześnie relatywnie stabilne. Trzeba zgromadzić informacje o obecnie istniejących i działających punktach czerpania wody, o tym, gdzie znajdują się największe skupiska ludności i zwierząt, zorientować się w obecnie toczących się, przeszłych lub tlących się konfliktach, przeprowadzić badanie hydrogeologiczne. Wszystko należy także skoordynować z działaniami innych organizacji humanitarnych. Oczywiście, do tego dochodzi stała współpraca i komunikacja z lokalnymi władzami.
Zaczynamy zatem od oglądania map. Niestety mapy są tu bardzo niedokładne. Często wioski znajdują się w rzeczywistości w zupełnie innych dystryktach, niż pokazuje to mapa. Im więcej źródeł informacji, dzięki którym można zweryfikować uzyskane dane, tym lepiej. Dlatego telefon towarzyszy mi w Somalii bez przerwy. Kontaktuję się z innymi organizacjami, władzami, zwykłymi mieszkańcami regionu. O jednym miejscu wysłuchuję kilkudziesięciu historii i staram się zrozumieć, co jest prawdą, a co nie. Dużym wyzwaniem jest współpraca z lokalną władzą, często chcącą realizować swoje partykularne klanowe interesy.
 
Czy zdarzyło ci się powiedzieć, że z powodu nacisków politycznych w ogóle nie wybudujesz studni?
Raz sytuacja zaszła tak daleko, że zagroziłam, że jeśli cały czas nasze prace będą blokowane i nie udowodnimy wspólnie, że da się w miarę sprawnie realizować projekty, to przeniesiemy misję w inny region Somalii. Przecież to byłaby wielka kontrowersja, jeśli pierwszą studnię w Somalii PAH wywierciłby w wiosce prezydenta, gdzie nota bene już kilkukrotnie nie znaleziono wody.
 
Czy twoja praca ma sens, gdy ludzie walczą między sobą o miejsce budowy studni?
Jestem przekonana, że ostatecznie wywiercimy ją tam, gdzie rzeczywiście jest potrzebna. Takich wiosek są tysiące, ale nie mają swoich protegowanych w rządzie. Nie wszystkie organizacje dają sobie czas, żeby znaleźć odpowiednie miejsce. Zaraz po przyjeździe dostałam od rządu listę miejscowości, w których trzeba wiercić. Gdy się jej przyjrzałam, zobaczyłam, że wioski na liście albo są związane z wysoko postawionymi urzędnikami, albo są już w nich inne studnie, a kolejna być może ma wesprzeć czyjś prywatny interes. Jeśli lokalna społeczność wykryje, że projekt, który miał wspierać całą społeczność, został użyty do realizacji prywatnych interesów, reakcja może być bardzo gwałtowna – w odwecie może dojść do zniszczenia studni lub ataku na konkretne osoby.
 
Jaki status, jako przyjezdna z „bogatej północy”, masz w Somalii?
W jakimś sensie jestem dla miejscowej ludności ucieleśnieniem dobrobytu. Kiedy przyjechałam, niektórzy ze znajomych Somalijczyków jasno mnie ostrzegali: „widząc ciebie, ludzie widzą dolary”. Oczywiście na co dzień przestrzegam wszystkich obowiązujących reguł związanych z ubiorem: chodzę w długich luźnych sukienkach z długimi rękawami, włosy przykrywam chustą. Jasne jednak, że pewne oznaki dobrobytu są widoczne. Organizacje pomocowe jeżdżą chociażby lepszymi samochodami, niż przeciętny mieszkaniec Somalii. Ale w Somalii technologia nie jest nieznana. W powszechnym użyciu są telefony komórkowe, komputery, widziałam tablety…
Wszyscy mnie rozpoznają, wołają po imieniu. Lokalna społeczność szanuje fakt mojej pracy w Somalii, ponieważ niewiele osób z Zachodu przebywa tam na stałe. Duża część pomocy humanitarnej dla Somalii zarządzana jest z Nairobi. Przedstawiciele organizacji, głównie z powodów bezpieczeństwa, przyjeżdżają do Somalii jedynie na krótkie misje. Ważne osobistości odwiedzają Somalię tylko na jeden dzień. Wiosną był w Garowe (mieście, w którym mieszkam) szef brytyjskiej agencji rozwoju. Przyleciał rano, wyleciał około 14, tak, by jeszcze za dnia dolecieć do Nairobi. Samolot przez te kilka godzin pobytu na miejscu cały czas miał włączone silniki, by w razie czego mógł szybko odlecieć. Myślę, że to jest przesadne zabezpieczanie się, które nie buduje zaufania miejscowej ludności, a także nie daje szans na trafne rozpoznanie potrzeb, ani monitorowanie działań.

fot. Tomek Kaczor

 
Umiesz odgadnąć, co myślą Somalijczycy?
Somalijczycy są bardzo emocjonalni. Na początku traktowali mnie z dystansem: „taka młoda i będzie zarządzać misją humanitarną”. Ale polubiliśmy się. Wydaje mi się, że to, że jestem młodą kobietą, być może pozwala szybciej przełamać lody. Szybko potrafiłam się z nimi dogadać, równocześnie zachowując pewien dystans.
Jednocześnie, być może właśnie dlatego, że jestem młodą dziewczyną, bardziej poddają mnie próbie niż innych. Ale chyba udało mi się udowodnić, że wcale tak łatwo ze mną nie będzie. Nie przeszkodziło to jednak temu, byśmy się zakolegowali.
 
Czy nie boisz się chodzić swobodnie po ulicy?
Na początku, gdy przyjechałam, zawsze poruszałam się z ochroną. Ponieważ jesteśmy na miejscu już od jakiegoś czasu i wiemy, jak się poruszać po mieście, postanowiliśmy zrezygnować z ochrony w obrębie miasta. W terenie wciąż zatrudniamy ośmiu ochroniarzy, a ostatnio lokalne władze zarządziły branie dziesięciu, z powodu lipcowego porwania pracowników innej organizacji. Posługiwanie się uzbrojonymi eskortami nie zapewnia jednak automatycznie bezpieczeństwa. Widok broni może wzbudzić poczucie ataku i wywołać reakcję obronną. Poza tym lokalni ochroniarze nie są dobrze wyszkoleni, potrafią przyjść do pracy w klapkach, niektórzy żują kat, lokalny narkotyk, który znacznie osłabia zdolność koncentracji i trzeźwej oceny sytuacji.
Pewnego razu byliśmy nad samym nabrzeżem we wsi, w której jeszcze niedawno mieszkali również piraci. Jeden z moich ochroniarzy w pewnym momencie odmówił dalszej współpracy i zaczął buntować innych. Myślę, że chodziło głównie o zbyt niską zapłatę. W rezultacie już po powrocie do bazy wynikła z tego większa kłótnia pomiędzy samymi ochroniarzami. Jak się później dowiedziałam od przypadkiem spotkanego wiceministra ds. bezpieczeństwa, zbuntowanego ochroniarza i osoby, które stanęły po jego stronie, zamknięto na trzy tygodnie w więzieniu. Przeraziłam się, ponieważ wiem, jakie panują tam warunki – ponad siedemdziesiąt osób trzymanych jest w trzech celach wielkości najwyżej dwudziestu metrów, więźniowie wychodzą na podwórko raz w tygodniu na godzinę.
Każda organizacja humanitarna ma swoje wewnętrzne procedury bezpieczeństwa, a także procedury, które narzuca lokalny koordynator bezpieczeństwa ONZ. Staramy się nikogo nie informować o planach związanych z wyjazdami w teren. Tylko to akurat dość ciężka do zastosowania procedura, bo zanim gdziekolwiek pojedziesz, musisz uprzedzić komandora departamentu ochrony, starszyznę wioski, do której jedziesz, klany, przez których teren będziesz przejeżdżać. A wieści rozchodzą się w takich miejscach zaskakująco szybko.
 
Czy porwano kogoś podczas twojej obecności w Somalii?
W Puntlandzie aktywne są grupy piratów. Zaraz po moim przyjeździe w sąsiedniej prowincji porwano dwóch pracowników duńskiej organizacji humanitarnej. Zakładników przetrzymywano kilka miesięcy. W lutym, z powodu pogarszającego się zdrowia jednego z zakładników, Amerykanie zdecydowali się na bardzo ryzykowną akcję ich odbicia. Marines zeskoczyli z helikoptera i nocą przeprowadzili akcję wyzwolenia. Zabito kilku piratów, kilku wzięto do niewoli. W tym samym tygodniu porwano dziennikarza. Nie czułam się z tym dobrze. Nigdy nie wiesz, co na ciebie czyha.
 
Nie masz poczucia, że jesteś odgrodzona od lokalnej społeczności ochroniarzami, samochodami, drutami kolczastymi…
Mieszkam w bazie ONZ-u, wjeżdżając do której przechodzi się kontrolę bezpieczeństwa. Somalijscy koledzy śmieją się, że śpię w więzieniu. Wyjeżdżając za miasto z tymi ośmioma ochroniarzami jedziemy całą kolumną samochodów…
Ale gdy przyjeżdżam do wioski, zawsze spotykam się z ludźmi, ze starszyzną i razem spędzamy długie godziny, obradując i ustalając elementy projektu. Podczas tych spotkań staram się jak najbardziej nawiązać kontakt z mieszkańcami wioski, włączać ich w projekt i w ten sposób budować poczucie „własności”. Oni muszą wiedzieć i czuć, że ich zdanie zostało uwzględnione. Czasem spory „o źdźbło trawy” mogą trwać godzinami. Jeden z mieszkańców bał się na przykład, że wielbłądy stratują mu kanałek, fragment zbiornika na deszczówkę, przechodzący obok miejsca odwiertu. Nie wiedział, że rury można przedłużyć i poidła dla zwierząt zbudować kawałek dalej. Takie proste, wydawałoby się, sprawy trzeba bardzo starannie tłumaczyć, inne – uważnie negocjować. My po budowie studni odjedziemy, a oni muszą sobie sami poradzić.
 
Podobne działania, mające poprawić jakość życia kilku tysięcy ludzi, to tylko kropla w morzu afrykańskich potrzeb?
Pomoc humanitarna ma przede wszystkim ulżyć, ale może też coś zmienić. Niedożywienie powoduje nie tylko apatię i spadek sił, ale znacząco wpływa również na niedorozwój mózgu. Umiejętności umysłowe dziecka niedożywionego we wczesnym dzieciństwie są znacznie niższe niż dziecka odżywionego prawidłowo. Ale gdy dasz ludziom tylko wędkę, nie zawsze będą mieli tyle sił, żeby ją zarzucić. Udzielanie pomocy humanitarnej bez wspierania umiejętności samodzielnego poradzenia sobie w przyszłości działa uzależniająco wobec odbiorców pomocy. Obecnie programy odchodzą od prostego rozdawania jedzenia na rzecz wymiany, na przykład pracy za jedzenie. Taki system będziemy stosować przy budowie przyszkolnej berkady. Opłata jest w formie jedzenia, a nie pieniędzy, zgłoszą się naprawdę ci najbiedniejsi. Woda z wybudowanego zbiornika będzie służyć do irygacji przyszkolnego ogródka, przez który chcemy promować właściwie nieznane umiejętności rolnicze.
 
To już nie pierwsza twoja praca w krajach rozwijających się. Dlaczego to robisz?
Niesamowitą satysfakcję daje mi poczucie, że na przykład dzięki mojemu wysiłkowi, mimo wielu przeciwności, osiem tysięcy ludzi w wiosce będzie miało wodę. Czuję, że ta praca jest użyteczna. Z wykształcenia jestem antropologiem, dlatego mam też potrzebę poznawania nowych miejsc. Mam poczucie, że wiedzę o kulturze należy wykorzystywać w praktyce.
 
Aleksandra Godziejewska pracuje w Polskiej Akcji Humanitarnej. Obecnie jest koordynatorką programu WASH w Izraelu/Autonomii Palestyńskiej.
 
Wszystkie oczy na południe! Zapraszam do czytania pozostałych tekstów z odsłony poświęconych pomocy charytatywnej i rozwojowej – eseju Chleba naszego powszedniego Pawła Cywińskiego oraz wywiadu o pożądanych odpowiedziach na problem pomocy Cohen: Dobroczynność nie zastąpi polityki.