dwutygodnik internetowy
01.07.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Karlowe Wary: Polacy wśród faworytów

Film opowiada historię powstania chińskiego miasta Kangbashi, w którym miało mieszkać około dwóch milionów ludzi, lecz niemal nikt się na to nie zdecydował. Jest w nim zatem mnóstwo nowych, pustych budynków, a uwagę twórców najbardziej przykuły drapacze chmur, które wyglądają jak katedry nowej ery; świątynie nie religii, a cywilizacji i ekonomii.

Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Karlowych Warach zbliża się do końca. Pokazano już wszystkie filmy konkursu dokumentalnego oraz sekcji East of the West.

 

Co prawda, nie oglądałem wszystkich filmów w żadnej z festiwalowych sekcji, ale spróbowałem każdej i mogę stwierdzić z satysfakcją, że polskie filmy nie tylko nie zawiodły oczekiwań, ale nawet wyrosły na faworytów. Przynajmniej w moich oczach. Po konkursie głównym za najbardziej prestiżową sekcję uchodzi East of the West. Godnie reprezentowała nas tam „Dziewczyna z szafy” Bodo Koxa – bez wątpienia jeden z najlepszych filmów w konkursie. Do zwycięstwa typowałbym jednak „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego – obraz przejmujący i angażujący widza. Trudno przejść obok niego obojętnie. Na uwagę zasługuje znakomite aktorstwo, dopracowany scenariusz, wiele świetnych scen, a także odwaga twórcy, który wraz z Małgośką Szumowską („W imię”) otwiera nowy rozdział w historii polskiego kina. Rozdział LGBT.

 

"Cathedrals"

 

Wstydu nie przyniosły też polskie dokumenty.  W sekcji dokumentów krótkometrażowych na szczególną uwagę zasługują według mnie trzy filmy, wśród nich jeden naszej rodzimej produkcji: niemiecki „Cathedrals” („Kathedralen”) Konrada Kästnera, polski „Rogalik” Pawła Ziemilskiego oraz – moim zdaniem najlepszy – brytyjski „Beach Boy” Emila Langballe. Pierwszy w patetycznej formie naśladującej biblijne stworzenie świata opowiada historię powstania chińskiego miasta Kangbashi, w którym miało mieszkać około dwóch milionów ludzi, lecz niemal nikt się na to nie zdecydował. Jest w nim zatem mnóstwo nowych, pustych budynków, a uwagę twórców najbardziej przykuły drapacze chmur, które wyglądają jak katedry nowej ery; świątynie nie religii, a cywilizacji i ekonomii. Pośród surrealistycznego klimatu nie zapomniano oczywiście wspomnieć o przyczynach tego spektakularnego niezasiedlenia, lecz aby je poznać, trzeba obejrzeć film. „Rogalik” Pawła Ziemilskiego to film, w którym słowa nie mają żadnego znaczenia. Są w tle, na marginesie nastroju. Reżyser stworzył poetycki esej filmowy oddający atmosferę panującą w polskiej rodzinie. Kamera krąży po jakby wyjętym z rzeczywistości i przeniesionym w inny wymiar domu, pełnym ludzi zajętych swoimi sprawami. Nie komentuje, nie interpretuje, nic nie narzuca. Po prostu pozwala poczuć kawałek rzeczywistości i się nią zachwycić, mimo że jest tak zwyczajna. „Beach Boy” przypomina natomiast nieco pierwszą część trylogii Ulricha Siedla „Raj: Miłość”. Emil Langballe przedstawia historię młodego Kenijczyka, który na tydzień staje się utrzymankiem przebywającej na ekskluzywnych wakacjach Brytyjki. On łudzi się, że jej pieniądze dadzą mu szczęście i zagwarantują lepsze życie. Ona, że on kocha naprawdę ją, a nie jej portfel. Twórcy zdołali uchwycić coś, co wydaje się niemal niemożliwe do wiarygodnego zarejestrowania – zawiązywanie się związku, intymną relację dwojga ludzi. O tyle trudną, że najprawdopodobniej opartą na kłamstwie wobec partnera lub okłamywaniu samego siebie. Ale czasem potrzeba bliskości drugiego człowieka oraz chęć posiadania pieniędzy są na tyle silne, że wygodniej jest nie dociekać prawdy, bo mogłaby boleśnie rozczarować.

 

Najlepszym spośród dokumentów pełnometrażowych, które widziałem, był „Lalkarz” („The Man Who Made Angels Fly”) Wiktorii Szymańskiej. Film z jednej strony opowiadający o charyzmatycznym reżyserze, założycielu teatru i twórcy lalek, a z drugiej strony odkrywający przed widzami magiczny świat marionetek, w którym drzemie metafizyka i który poprzez archetypy pozwala nam uświadomić sobie wiele prawdy o nas samych. Dzieło intryguje nie tylko treścią, lecz także warstwą wizualną, która nie pozwala oderwać wzroku od ekranu i każe śledzić nowe interpretacje Don Kichota, Małego Księcia czy antycznych tragedii, których postacie wędrują po mieście. Poza „Lalkarzem” na uwagę zasługuje również „Pipeline” („Truba”) ukraińskiego reżysera Vitalya Manskiya. Autor przemierza z kamerą drogę od początku do końca gazociągu, którym przesyła się błękitne paliwo z Syberii do Europy Zachodniej. Obrazuje degradację środowiska naturalnego u źródeł rurociągu (martwe ryby w zbiornikach wodnych z powodu zanieczyszczeń) oraz absurdy rosyjskiej prowincji (mimo krzywd mieszkańcy przychodzą na imprezę zorganizowaną we wsi przez konsorcjum, by świętować 30-lecie istnienia gazociągu). Obrazuje również panującą tam biedę (kościół urządzony w starym wagonie kolejowym czy stara pralka służąca psu za budę). Często oddaje głos poszczególnym bohaterom, którzy opowiadają o polityce i problemach, z którymi zmagają się na co dzień. A po przebyciu Syberii Manskiy wędruje dalej – m.in. przez Polskę i Czechy aż do Niemiec. W efekcie uzyskał szeroką i różnorodną panoramę ubóstwa i problemów trawiących mieszkańców państw byłego bloku wschodniego. Mimo ciężaru tematu film jest jednak lekki, ponieważ reżyser zadbał o wiele humorystycznych akcentów rozluźniających atmosferę oraz zaprezentował mnóstwo pięknych plenerów i kompozycji plastycznych.

 

Wielbicieli sztuki awangardowej może również zainteresować „Cutie and the Boxer” Zachary’ego Heinzerlinga. Film przybliża postać japońskiego artysty Ushio Shinohary, który tworzy swoje dzieła m.in. boksując płótno rękawicami pokrytymi farbą. W latach 60. i 70. był to czołowy przedstawiciel japońskiej, a następnie amerykańskiej awangardy. W dokumencie Heinzerlinga poznajemy go jako 80-latka. Poznajemy także jego żonę, japońską malarkę Noriko. Obraz poza retrospekcjami i nową twórczością Ushio przedstawia również dzieła jego żony i wykorzystuje animacje na podstawie jej rysunków do sportretowania historii ich związku, który także obserwujemy w filmie. Na intrygujący pomysł wpadł również chorwacki reżyser filmu „Gangster of Love” („Gangster te voli”) – Nebojšy Slijepčevića. Widzowie zostają oprowadzeni po jednym z miasteczek byłej Jugosławii przez swata (noszącego pseudonim gangster), który podobno doprowadził już do około 280 ślubów. Obserwują wizyty klientów, przebieranie w ofertach matrymonialnych, niczym w sklepowych katalogach czy menu w restauracjach, a także jeżdżą na spotkania potencjalnych par. Przez pryzmat aranżowanych związków twórcy opowiadają o samotności i potrzebie bliskości drugiego człowieka, ale także o uprzedzeniach, jakie mają mieszkańcy krajów byłej Jugosławii. Jednym z bohaterów jest mężczyzna, który nie chce nawet spotkać się z kandydatką, która nie jest rodowitą Chorwatką. Film skłania do zaprzestania pochopnego osądu innych, nieulegania pozorom, refleksji nad istotą człowieczeństwa i tym, co w człowieku jest naprawdę ważne.

 

"Gangster of Love"

W Karlowych Warach widzę zatem co najmniej dwóch polskich faworytów do wygrania swoich konkursów – „Płynące wieżowce” w sekcji East of the West oraz „Lalkarza” wśród długometrażowych dokumentów. W konkursie filmów niezależnych reprezentuje nas niestety niezbyt udana „Kamczatka” Jerzego Kowyni, ale za to w konkursie głównym jest „Papusza” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze, która również ma poważne szanse na zwycięstwo. Gdyby polskie filmy wygrały trzy najważniejsze sekcje konkursowe tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach, niewątpliwie byłby to ogromny sukces, ale biorąc pod uwagę poziom naszych reprezentantów, nikt nie mógłby powiedzieć, że to niespodzianka lub że werdykt jest niesprawiedliwy.