dwutygodnik internetowy
01.07.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wielka piękność i garaż pełen lalek. Karlowe Wary

Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z filmów, do którego wraca się w życiu nie raz. Jeśli nie ze względu na przesłanie, to dla kontemplacji zawartego w nim piękna w czystej postaci – czyli dla przyjemności.

Trzeciego dnia festiwalu w Karlowych Warach pokazano wreszcie polski film biorący udział w konkursie. Był to dokument Wiktorii Szymańskiej „Lalkarz” („The Man Who Made Angels Fly”).

 

The Man Who Made Angels Fly

Można by powiedzieć, że film opowiada o jednym z najwybitniejszych lalkarzy świata, urodzonym w Gdańsku Michaelu Meschke – reżyserze, założycielu własnego teatru lalek, kolekcjonerze i projektancie wielu marionetek. Tak wielu, że brakuje mu miejsca, by je przechowywać. Należy jednak powiedzieć, że „Lalkarz” to wszystko pokazuje – i to w najlepszym filmowym tego słowa znaczeniu. Zdjęcia Wojciecha Staronia sprawiają, że wzrok przykleja się do ekranu. Obraz urzeka. Duże zasługi ma również odpowiedzialna za muzykę Florencia di Concilio, dzięki której wizja reżysera jest jeszcze bardziej sugestywna. Za pomysł i konstrukcję odpowiada jednak Wiktora Szymańska, a widza wciąga przede wszystkim magiczny świat lalek oraz ich charyzmatyczny choreograf. „Lalkarz” jest dziełem kompletnym i niewątpliwie ma szanse na laur w konkursie dokumentalnym. A poza nagrodą ma jeszcze większe szanse poruszyć widza. Skłonić go do refleksji nad tym, czym zajmuje się na co dzień i czy naprawdę to kocha. Przypomnieć o prostych, lecz istotnych wartościach, które łatwo zatracić w pogoni za mamoną. A także zgłębić niezwykłą relację twórcy i marionetki oraz zainteresować niszową, aczkolwiek intrygującą sztuką lalkarstwa i teatru lalek, które poprzez archetypy przekazują nam wiele prawdy o nas samych.

 

Wydarzeniem dnia był pokaz filmu „The Great Beauty” („La grande bellezza”) Paola Sorrentino. Jeżeli podzielimy twórców na dobrych i złych, a tych pierwszych na wyrobników, którzy doskonale opanowali swoje rzemiosło oraz talenty czystej wody, to włoskiego reżysera zaliczymy zdecydowanie do ostatniej grupy. Nie to, że odmawiam mu pracowitości (chociaż wygląda na roztrzepanego i nieco nierozgarniętego), lecz w jego filmach po prostu się pływa. Nie są o rzeczach błahych, lecz temat nie jest w nich najważniejszy. Najważniejsze to wejść w film, zanurzyć się, pozwolić mu się uwieść. Chociaż osobiście wolę „Wszystkie odloty Cheyenne’a”, muszę przyznać, że najnowszy film Sorrentino jest piękny. Najlepszą recenzją mógłby być dla niego sam tytuł – „The Great Beauty” – ponieważ płynnie prowadzona kamera oraz znakomite zdjęcia Luki Bigazziego urzekają i mimo niemal dwóch i pół godziny projekcji z każdą kolejną minutą ma się ochotę na więcej.

 

Twórca zadbał jednak również o to, by jego dzieło nie było śliczną wydmuszką. Opowiada uniwersalną historię człowieka sukcesu (znakomita rola Toniego Servillo), który na starość szuka tego, co w życiu najważniejsze – sensu, celu, inspiracji, przyjemności oraz oczywiście miłości. A uosobieniem tego wszystkiego mogłaby się dla niego stać wielka piękność, której nie potrafił jednak odnaleźć przez dotychczasowe 65 lat. Interesująca, dopracowana i znakomicie zaprezentowana wizualnie historia została wzbogacona błyskotliwym poczuciem humoru, urozmaicona niczym nieograniczoną wyobraźnią reżysera i ubarwiona wspaniałą muzyką, co również jest charakterystyczne dla filmów Sorrentino. Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z filmów, do którego wraca się w życiu nie raz. Jeśli nie ze względu na przesłanie, to dla kontemplacji zawartego w nim piękna w czystej postaci – czyli dla przyjemności.

 

Nie zabrakło również pokazów z konkursu głównego. Wybrałem „Sources of Life” („Die Quellen des Lebens”). Na najnowszy film Oskara Roehlera szedłem bez entuzjazmu. Niemal trzygodzinna historia trzech pokoleń niemieckiej rodziny od czasów powojennych po lata 80., nawiązująca do ekonomicznego cudu, rewolucji intelektualnej oraz podziału Niemiec, nie brzmiała porywająco. Po pierwszych kilku minutach wydawało mi się, że stracę trzy godziny z życia, ponieważ aktorstwo było teatralne i przerysowane, a sytuacje sztampowe. W końcu udało mi się jednak wejść w film i poczuć jego konwencję, której autor trzyma się konsekwentnie do samego końca. Efekt był zaskakująco dobry.

 

Liczący kilkadziesiąt lat wycinek historii Niemiec został przedstawiony przez pryzmat trzech bohaterów – Ericha Freytaga (Jürgen Vogel), który schorowany i wyniszczony powraca do domu z rosyjskiej niewoli; jego marzącego o karierze literackiej syna Kalusa (Moritz Bleibtreu), który wiąże się z wywodzącą się z bogatej rodziny, ekscentryczną i pisarsko utalentowaną Giselą (Lavinia Wilson); w końcu także ich syna i filmowego narratora, Roberta, który próbuje się dowiedzieć, kim jest. Chociaż temat wydaje się poważny, reżyser podszedł do niego z dystansem, dzięki czemu film jest lekki i zabawny. Erich, były nazista, po powrocie do Niemiec zakłada fabrykę krasnali ogrodowych. Gisela po zajściu w ciążę usiłuje zarobić na aborcję jako prostytutka do momentu, gdy spotyka na ulicy Klausa, który wybija jej ten pomysł z głowy. Robert próbuje zaś jako dziecko przekroczyć w piżamie mur berliński, później staje się punkiem i maluje sprayem ściany w domu bogatych dziadków, aż w końcu zaczyna poszukiwać własnej tożsamości przez spotkania z członkami swojej rodziny, którzy stanowią istny katalog osobliwości. A to tylko próbka absurdalnego humoru reżysera i niewielki wycinek spośród wielu oryginalnych pomysłów, które zaprezentował w „Sources of Life”. Obok „Honeymoon” Jana Hřebejka jest to obecnie najpoważniejszy kandydat do zwycięstwa w tegorocznym konkursie głównym. A już dzisiaj światowa premiera „Papuszy” Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze.

 

Wywiad z Paolo Sorrentino można obejrzeć tutaj.