dwutygodnik internetowy
25.09.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Czy diabeł może być zbawiony?

Nadzieja wyrażana w uznanej za herezję koncepcji powszechnego zbawienia podobna jest do optymistycznej wiary w „happy-end” charakterystycznej dla marksizmu i liberalizmu, które za cel miały zaprowadzić Raj jeszcze na Ziemi. W tym przekonaniu zagubiona została jednak prawda zawarta w opowieści o grzechu pierworodnym.

ilustr.: Dominika Hoyle

ilustr.: Dominika Hoyle

„Co do mnie, to nie traktuję swoich wypowiedzi jak niewzruszone dogmaty, lecz uważam je raczej za przypuszczenia i hipotezy” – pisał w swoim traktacie „O zasadach” Orygenes, starochrześcijański filozof i jeden z Ojców Kościoła. Tym, co pośród jego wątpliwości było dla niego pewnością i wyznacznikiem prawdy, było credo i nauczanie Kościoła – choć niektórzy twierdzić będą, że te zapewnienia dopisane zostały przez tłumacza prawie dwieście lat później. Wszystko po to, by złagodzić wydźwięk tekstu – i tak, jak się zdaje, skandalicznego, bo za swoje herezje Orygenes zostanie potępiony w 553 roku podczas soboru konstantynopolitańskiego II.

Za heretycką uznana została między innymi głoszona przez niego koncepcja „potwornej”, jak ją określił Sobór, apokatastazy. Jeden z zarzutów postawionych Orygenesowi będzie się tyczył właśnie jej: „Jeśli ktoś twierdzi, że istnienie umysłów będzie takie samo jak poprzednio, gdy jeszcze nie spadły w dół, tak że początek będzie identyczny z końcem, a koniec będzie miarą początku, niech będzie wyklęty”. Mając oczywiście świadomość, że jest to uproszczenie, możemy powiedzieć, że mniej więcej na tym właśnie polega koncepcja apokatastazy. Apokatastasis (greckie pojęcie oznaczające naprawę, odnowienie, powrót do oryginalnego stanu) mająca swe niewyraźne początki w filozofii presokratejskiej, przejawiająca się także u Platona i najdogłębniej rozwijana przez stoików, polegała na tym – w dużym skrócie – że na końcu istnienia całe stworzenie miało powrócić do swego stanu z początku wszechświata. W wizji tej przejawia się nostalgia za utraconym Rajem, kondycją idealną z czasów przed ukształtowaniem się świata, jaki znamy – i jednocześnie nadzieja, że powrót do tego początkowego stanu jest jak najbardziej możliwy. 

„Aby Bóg był wszystkim we wszystkim”

Ta wizja „wiecznego powrotu” pojawia się także w Piśmie Świętym – choć tylko raz rzeczywiście wyraźnie, z użyciem tego właśnie greckiego pojęcia. Święty Piotr mówił do ludu: „Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone, aby nadeszły od Pana dni ochłody, aby też posłał wam zapowiedzianego Mesjasza, Jezusa, którego niebo musi zatrzymać aż do czasu odnowienia wszystkich rzeczy, co od wieków przepowiedział Bóg przez usta swoich świętych proroków” (Dz 3, 19-21). Dlatego też Orygenes, który był komentatorem Pisma, jako chrześcijanin i jednocześnie spadkobierca greckich filozofów starał się rozważyć, czy istotą Boskiego planu nie jest to, że po śmierci całe stworzenie, oczyszczone z grzechu, powrócić ma do Stwórcy, aby On „był wszystkim we wszystkim” (1 Kor 15, 28).

Oczywiście, można – wychodząc z quasi-agnostycznego stanowiska – dojść do wniosku, że i tak nie wiemy, co czeka nas po śmierci, po co więc tracić czas na zbędne dywagacje. Można też uznać, że niebezpiecznie jest zadawać za dużo pytań (nasuwa się na myśl anegdotka o złośliwych przytaczana przez świętego Augustyna: „co Bóg robił, zanim stworzył Niebo i Ziemię? – stwarzał piekło dla tych, co zadają głupie pytania”). Spróbujmy jednak może się zastanowić – nie pretendując do miana teologów bezprawnie – nad istotą Zbawienia, nad Rajem, do którego ono ma prowadzić, ale także nad tym, co o ludziach nadzieja na to wyzwolenie mówi.

Tym, co ważne w koncepcji apokatastazy Orygenesa, jest powszechność mającego nadejść zbawienia. Bóg ma być przecież „wszystkim we wszystkim” – to przekonanie, że zbawienie nie jest indywidualne, nie dotyczy każdej jednostki z osobna, nie jest „prywatne”, jest niezwykle silne. Całe stworzenie staje się Narodem Wybranym i Kościołem. Ten pogląd charakterystyczny był – jak podkreśla ksiądz Hryniewicz w swoim eseju „Nadzieja powszechnego zbawienia. Rozważania nad tradycją wschodnią” – zwłaszcza dla myśli prawosławnej: „[Kościół Wschodni] nie dążył nigdy do definitywnych rozstrzygnięć na temat pośmiertnych losów człowieka, pozostawiając otwartą bramę dla nadziei oraz dużą swobodę dociekań teologicznych”. Również – pośród innych – rosyjski filozof Nikołaj Bierdiajew dawał wyraz tej nadziei, pisząc: „Nie mogę zbawiać się indywidualnie, w izolacji, ani torować sobie drogi do Królestwa Bożego, licząc na swoje własne zasługi. Takie rozumienie zbawienia rozbija jedność wszechświata. Raj jest dla mnie niemożliwy, jeżeli w piekle będą moi bliscy, krewni czy nawet po prostu ludzie, z którymi przychodziło mi być razem w życiu”.

Trudno powiedzieć, jakie motywacje i argumenty stały za przekonaniami Orygenesa. Wydaje się, że bardziej niż o wewnętrzny bunt przeciwko istnieniu wiecznego piekła chodziło mu raczej o doskonałość Boskiego planu i potęgę odkupicielskiej mocy Chrystusa, który na krzyżu zwyciężył samą śmierć. Koniec końców w koncepcji Orygenesa nawet diabeł zostanie zbawiony, a zło zwyciężone i wszystko powróci do swej pierwotnej kondycji sprzed upadku, gdy dusze trwać będą przy Bogu w szczęśliwej harmonii. I choć dla aleksandryjskiego filozofa dogmat o wolnej woli był niepodważalny, a więc teoretycznie ktoś z nas na Sądzie Ostatecznym mógłby się Bogu sprzeciwić, to jednocześnie Orygenes wydaje się przekonany o skuteczności Boskiego planu. W ostateczności jest to przecież wiara i nadzieja.

„Jako w Niebie, tak i na Ziemi”

Koncepcja Orygenesa oczywiście nie zapisze się w naukach kościelnych. Zostanie uznana za herezję – między innymi dlatego, że według Kościoła (o czym, jak mi się wydaje, niektórzy katolicy czasem zapominają) ludzie po śmierci trafią do Raju jako dusza z ciałem („ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny”), a według Orygenesa stworzenie z początku istnienia wszechświata, przed odwróceniem się od Boga – którego skutkiem dopiero było wcielenie duszy i jej uśmiertelnienie – istniało jedynie w formie duchowej. Jednakże nadzieja powszechnego zbawienia towarzyszyć będzie ludziom przez wieki, do dziś jeszcze wywołując spory i kontrowersje (na naszym podwórku będą to pośród innych publikacje wspomnianego księdza Hryniewicza). Możemy pokusić się nawet o stwierdzenie – idąc na przykład za angielskim filozofem Johnem Grayem – że ta optymistyczna wiara, iż na końcu świata czekać będzie nas wszystkich happy-end, mimo że przecież irracjonalna i bezpodstawna, bo niczym niepodparta ani nieuzasadniona, wspólna będzie także dla „ateistycznych religii politycznych” – jak marksizm czy liberalizm – które za cel będą miały zaprowadzić Raj jeszcze na Ziemi; czy to w postaci komunizmu, czy zbawczej liberalnej demokracji. Zło istniejące w świecie to tylko „drobne wypaczenia”, w przypadku tychże koncepcji polityczno-gospodarczych spowodowane przede wszystkim złymi warunkami ekonomicznymi. Jeśli tylko je zmienimy (a na pewno nastąpi to z czasem), z pewnością moglibyśmy żyć w szczęśliwym, bezkonfliktowym społeczeństwie. W tym pozytywistycznym przekonaniu o mocy samodoskonalenia się człowieka i towarzyszącej mu wierze w postęp nie ma miejsca na pesymizm i katastrofizm.

Wiara w Raj, w Niebo, w utopię, w szczęśliwe społeczeństwo – jakkolwiek je sobie wyobrażamy – zakłada, że człowiek jest w stanie osiągnąć stan, w którym nie będzie cierpiał i nie będzie zadawał bólu, ale wciąż będzie człowiekiem. Zakłada, że zło w naszym świecie jest tylko czasowe. Powraca tu tytułowe pytanie, zadane kiedyś przez Leszka Kołakowskiego: czy diabeł może być zbawiony? Czyli – traktując tę figurę metaforycznie – czy rzeczywiście da się pozbyć zła z tego świata? Inaczej można zapytać: czy Raj jest w ogóle możliwy? Niepojmowalna dla nas, szczęśliwa, choć jednocześnie trochę przerażająca utopia, w której człowiek, wolny od cierpienia, kontemplujący Boga, emanujący miłością ku Niemu wraz z resztą stworzenia, właściwie przestaje być ludzki. Orygenes zdaje się koniec końców nie mieć wątpliwości, czy naturę człowieka można w ogóle w ten sposób zaspokoić. Pochyla się jednak nad tym problemem Slavoj Žižek:

W samym rajskim spełnieniu (spełnieniu „naiwnej” organicznej wspólnoty) jest już coś duszącego, łaknącego świeżego powietrza, jakiegoś otwarcia, które przerwałoby nieznośne ograniczenia; i to łaknienie wprowadza do Raju niemożliwy do zniesienia nieskończony Ból, pragnienie, by się z niego wyrwać – życie w Raju przenika zawsze nieskończona melancholia. Być może ten paradoks wyjaśnia również paradoks melancholii, albowiem melancholia nie jest w pierwszym rzędzie skierowana na rajską przeszłość organicznej zrównoważonej Całości, utraconej z powodu jakiejś katastrofy, nie jest to smutek wywołany tą stratą. Właściwa melancholia oznacza raczej postawę tych, którzy nadal  s ą  w Raju, ale już pragną się z niego wyrwać.

(Slavoj Žižek, „Kruchy absolut. Czyli dlaczego warto walczyć o chrześcijańskie dziedzictwo”)

To, co podkreśla Žižek, to niemożliwość wykorzenienia (nawet przez Absolut!) Bólu, pragnień i słabości ludzkich. To właśnie wyróżnia jego myśl w kontekście wcześniejszych rozważań. Wspomniane, na pierwszy rzut oka drastycznie inne koncepcje (marksizm, liberalizm, chrześcijańska nadzieja powszechnego zbawienia) łączy silne i optymistyczne przekonanie – związane z wiarą w możliwość Raju dla wszystkich – o przygodności natury zła w człowieku. Zło jest przygodne, nie jest wpisane w istotę tego świata, w jakimś sensie  n i e  i s t n i e j e – jest tylko brakiem dobra, jak już wspomnieliśmy: wypadkową nieodpowiednich warunków, które wystarczy zmienić. Jeśli zmiana czynników ekonomicznych nie rozwiąże problemu, to może trzeba założyć – twierdzą ci optymiści – że istnieją inne, których na razie nie jesteśmy w stanie odkryć, a happy-end to tylko kwestia czasu.

Nieraz przecież ludziom się wydaje, że jeśli tylko uwrażliwimy się na innych, zadbamy o dobrą edukację, będziemy uczyć się na błędach z przeszłości i nie zabraknie nam właściwej refleksji, szczęśliwe społeczeństwo jest osiągalne. A przecież to, że czas mija i rozwój nauki postępuje, nie znaczy, że sama natura ludzka się zmienia. Co więcej, można przypuszczać, że będzie coraz gorzej, jeśli mamy tylko świadomość, że postęp nauki to jednocześnie postęp w tworzeniu bardziej zaawansowanych broni, a skłonność do przemocy i nienawiści wcale nie znika. Pamiętamy też przecież teorie doszukujące się korzeni Zagłady w nowoczesności czy w idei oświecenia. Pomimo tego optymistyczna i irracjonalna wiara w to, że człowiek z natury jest dobry, a z czasem będzie jeszcze lepszy, wciąż jest niezwykle silna. Pokazuje to między innymi rozpaczliwe zaskoczenie, które tak często nam ostatnio towarzyszy: że jednak „historia się nie skończyła”, że w Europie wciąż szaleje rasizm („Przecież mamy XXI wiek! Jak to możliwe?!”), że ludzie nienawidzą się ze względu na wyznanie religijne, że prawicowi populiści wygrywają wybory, że nacjonalizm wychodzi na ulice. Długo by wymieniać.

„Bakcyl dżumy nigdy nie umiera”

W tych optymistycznych przekonaniach, jak i w koncepcji apokatastazy Orygenesa oraz w ulubionym twierdzeniu lewicy, że „to wszystko przez nierówności ekonomiczne”, utracona została pewna prawda, którą chrześcijaństwo zawarło w micie o grzechu pierworodnym – prawda o tym, że „zarażeni jesteśmy pierworodnym zepsuciem […], że jest pewna suma zła, której wykorzenić się nie da, i że w nędzy naszej jest coś nieuleczalnego” (Leszek Kołakowski, „Nasza wesoła apokalipsa”). Że człowiek – sam z siebie! – nigdy nie osiągnie Raju, że jest słaby i grzeszny.

To problem, jak zauważa Kołakowski, tragiczny – zarówno uznanie tezy o niezbywalności zła w naszym świecie i w człowieku, jak i antytezy o jego przygodności niesie ze sobą nieuniknione konsekwencje. Jeśli wierzymy, że ludzie są i zawsze będą skrajnie niedoskonali, zła nie da się wykorzenić z ludzkiego życia i nigdy sami z siebie nie pozbędziemy się naszej nędzy, że „każdy nosi w sobie dżumę”, jak powiedział Bernard Rieux – umiera nadzieja na lepszą przyszłość na Ziemi. Wydaje się, że niknie sens jakiegokolwiek działania – możemy szykować się na III wojnę światową lub oddać się nihilistycznym, hedonistycznym uciechom życia, bez zważania na losy innych. Ta pesymistyczna świadomość zła tkwiącego w człowieku może w niebezpieczny sposób stać się pretekstem do pójścia na łatwiznę – stwierdzenie, że ludzie po prostu są źli „z natury” i nie da się tego zmienić (pomińmy na razie ingerencje biologiczne rodem z Lema) może służyć jako usprawiedliwienie braku działania i zaangażowania. Po co próbować, skoro i tak będzie źle? Z drugiej zaś strony, jeśli uznamy, że zło w nas jest przezwyciężalne i chwilowe, choć niewiele na to niestety wskazuje, to pozbawimy się samoświadomości ludzkiej niedoskonałości, tracąc wszelką myśl krytyczną i wątpiącą, a przecież ta pycha nieraz już nas zgubiła.

Może więc odpowiedzią powinien być heroiczny „pesymizm w teorii, optymizm w działaniu” – pchanie głazu pod górę ze świadomością, że i tak się później stoczy; wiara wbrew beznadziei lub nadzieja wbrew niewierze. Zauważa Kołakowski:

Można sądzić, że tylko nadzieja nieskończona potrafi uruchomić energie, jakie są potrzebne do osiągnięcia rezultatów skończonych, że chociaż nie możemy pozbyć się cierpienia, możemy je jednak łagodzić i ograniczać, a po to by to czynić skutecznie, powinniśmy przyjąć błędną wiarę, iż w końcu cierpienie będzie zniesione bez reszty. Krótko mówiąc, można sądzić, że jeśli możemy zrobić to, co możemy, to tylko dlatego, iż wierzymy, że możemy zrobić coś, czego nie możemy właśnie.

(L. Kołakowski, „Nasza wesoła apokalipsa”)

Możemy też – przyznając, że ludzie są za słabi, by sami sobie zapewnić zbawienie – uwierzyć, że choć wyzwolenie powinno zacząć się już na Ziemi, to na niej się nie kończy. Pogodzić się, że musi ono nadejść od Boga. Dlatego też kuszące jest odczytanie apokatastazy Orygenesa jako wyrazu nadziei i wiary. Wiary prawdziwie zrównującej wobec Boga wszystkich ludzi, radykalnie oddającej uniwersalizm chrześcijaństwa. Bo przecież „już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich [jest] Chrystus” (Kol 3, 11). Nie ma też – można by powiedzieć w myśl tej koncepcji – dobrego ani złego, człowieka ani diabła, jeśli uwierzymy w moc prawdziwego Boskiego wyzwolenia od grzechu i jego przenikających nasz świat struktur.

„By wszyscy ludzie zostali zbawieni”

Zostają jednak do rozwiązania jeszcze dwa problemy, których nie wolno nam pominąć. Gdy uwierzymy, że na końcu dziejów pewnym jest, że zło zostanie pokonane przez Boga, piekło będzie puste, wyzwoleni zostaniemy z oplatających nas struktur grzechu i nadejdzie obiecane powszechne zbawienie, rozmywa się odpowiedzialność za czyny – nie tylko przeszłe, ale i teraźniejsze, jak zauważa Kołakowski. Po co próbować być dobrym, skoro i tak wszyscy dostąpimy zbawienia? Możemy tu rozbić się o nasze – z pewnością różniące się między sobą – podstawowe założenia etyczne, dość smutna jednak wydaje się wizja, że dobro należy czynić tylko ze względu na nagrodę po śmierci, a zła wystrzegać ze strachu przed karą. Dlaczego jednak ten, który grzeszy, dostąpi tego samego zbawienia co ten, co czynił dobrze? Odpowiedź z pewnością znajdziemy w Ewangelii – by nie szukać daleko, wątpliwości może rozwiać chociażby czytanie z minionej niedzieli (Mt 20, 1-16a).

I ostatni problem, zapewne dobrze nam znany. Cytowany wyżej w tekście Nikołaj Bierdiajew napisał, że dla niego Raj jest niemożliwy, jeżeli w piekle będą inni ludzie. Czy jednak jest dla nas Raj możliwy, jeżeli cierpieli, cierpią czy wciąż cierpieć będą oni na Ziemi? Czy wieczne szczęście usprawiedliwia choć chwilę bólu? Można by przytoczyć słowa bohatera Dostojewskiego – Iwana Karamazova:

O! Alosza mój, nie mam zamiaru bluźnić, wyobrażam sobie doskonale, jaki dreszcz powszechnej radości przeniknie świat cały w chwili, gdy wszystko na niebie i na ziemi zleje się w jeden pochwalny hymn, i wszystko, co kiedy żyło i żyć będzie, zawołała chórem „sprawiedliwe są zrządzenia Twoje, Panie, bo odkryłeś nam wreszcie ścieżki twoje”. I wtedy matka zamordowanego dziecięcia zespoli się uściskiem z mordercą i wszystko troje zawoła jednym głosem: „Sprawiedliwe są zrządzenia Twoje, o Panie”. I wszystko będzie już wówczas zbadane i wyjaśnione. Otóż widzisz, ja takiego rozwiązania przyjąć nie mogę i zastrzegam się przeciw niemu i protestuję, dopóki jeszcze żyję na ziemi.

Ja nie chcę, żeby matka przebaczała katowi swego dziecięcia, ona nie ma prawa przebaczać, niech mu daruje własne łzy swoje i macierzyńskie cierpienia, ale nikt i nic nie daje jej prawa przebaczać mordercy tortur zadanych jej dziecku, a jeśli nie ma przebaczenia, gdzież owa harmonia? A czyż jest istota, któraby takie rzeczy przebaczyć mogła? Nie chcę powszechnej harmonii, jeśli ma być kupiona takim kosztem, cała ta harmonia nie warta owych łez i cierpień dziecięcych. Zresztą może być, że ja jestem w błędzie, ale ja chcę przy błędzie moim pozostać. Niczemu nie zaprzeczam, tylko twierdzę, że ta przyszła ogólna szczęśliwość za drogo jest oceniona na moją kieszeń i dlatego udziału w niej brać nie chcę i bilet wejścia zwracam. Uważasz, zwracam bilet, bo jestem człowiek uczciwy, a cena dla mnie za droga.

Odpowiedź Ivana jest jednak tylko jedną z wielu. Nie wiem, czy jest tą właściwą – chyba właśnie tu wkracza się na obrzeża żywej i niepewnej jednocześnie wiary.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.