dwutygodnik internetowy
25.09.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Biskupi mówią veto

Jeszcze do niedawna odnieść można było wrażenie, że w kluczowych kwestiach duchowieństwo mówi językiem władzy, władza zaś językiem Kościoła. Słuszną reakcją na klarowne postawienie sprawy przez czołowych hierarchów kościelnych stało się powszechne zaskoczenie. Jednak głos episkopatu, choć w wielu sprawach niezwykle donośny, w innych wciąż zastępowany jest milczeniem.

ilustr.: Marta Basak

ilustr.: Marta Basak

„Trzy razy veto!” – wołał zgodnie tłum gromadzących się w lipcu na ulicach polskich miast i miasteczek obywateli. Manifestujący oczekiwali od prezydenta niepodpisania wszystkich trzech z uchwalonych przez parlament ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, w istocie sprowadzających się do podporządkowania go władzy wykonawczej. Decyzja Andrzeja Dudy o zawetowaniu nowych przepisów o Krajowej Radzie Sądownictwa oraz o Sądzie Najwyższym, przy jednoczesnym poparciu ustawy o sądach powszechnych, była zaskoczeniem zarówno dla zwolenników forsowanych przez rządzących zmian, jak też dla protestujących, których postulaty zrealizowały się tym samym w 2/3. Niedługo potem nieoczekiwanie nadeszło trzecie veto. Stanowisko w sprawie zabrali czołowi hierarchowie kościelni.

Pancerz sprawiedliwości

Dotąd Kościół w publicznej debacie o proponowanych zmianach reprezentowany był jedynie przez katolików świeckich. Szerokim echem odbił się apel warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, wsparty także przez Kluby „Tygodnika Powszechnego”. „Władza ustawodawcza i wykonawcza, niezrównoważona władzą sądowniczą, a przez to nieograniczona przez konstytucję, nieuchronnie prowadzi do autorytaryzmu, który pozbawia obywateli praw, wynikających między innymi z nauki Kościoła katolickiego” – mogliśmy przeczytać w tekście adresowanym do biskupów, których proszono o „pilne zajęcie zdecydowanego stanowiska w sprawie prób zmian ustrojowych, stanowiska wynikającego z chrześcijańskiej wizji praw człowieka i przysługującej mu wolności”.

Wizję tę godnie reprezentowali przemawiający podczas lipcowych manifestacji publicyści „Kontaktu” – Ignacy Dudkiewicz i Stanisław Zakroczymski, którzy wskazywali na wynikające z reform zagrożenia dla najbardziej wykluczonych obywateli, ale też apelowali do protestujących o wyzbycie się nienawiści i walkę o zwycięstwo bez przemocy. Słuchając Ignacego Dudkiewicza, można było odnieść wrażenie, że jego przesłanie pięknie współbrzmi z lekcją św. Pawła, który pisał: „[…] nałóżcie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły mogli stawić opór i ostali się dzięki pokonaniu wszelkich przeszkód. Stańcie więc i przepaszcie wasze biodra prawdą, załóżcie pancerz sprawiedliwości, a na nogi włóżcie gotowość głoszenia dobrej nowiny pokoju” (Ef 6, 13-15).

Vox post factum

„Pragnę podziękować panu Prezydentowi za postawę zajętą w sprawie ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa” – zwrócił się w liście do głowy państwa przewodniczący episkopatu. Głos wybrzmiał jeszcze w dniu, w którym prezydent poinformował o swoim stanowisku. Arcybiskup Gądecki poparł swój osąd cytatami z Kompendium nauki społecznej Kościoła wskazującymi między innymi na uznanie dla systemu demokratycznego, którego autentyczne urzeczywistnienie możliwe jest wyłącznie w państwie prawnym, oraz dążności do dobra wspólnego jako jednego z kluczowych zadań władzy politycznej. Cytował też jedno z przemówień Jana Pawła II, w którym papież mówił o zasadzie równoważenia się władz – prawodawczej, wykonawczej i sądowniczej – jako gwarancji prawidłowego funkcjonowania demokracji.

Niedługo potem, podczas ważnej uroczystości na Jasnej Górze, w obecności najwyższych władz państwowych, prymas Polski abp Wojciech Polak mówił o potrzebie przemiany serc w stronę gotowości do pomocy i współdziałania z innymi. Podkreślał konieczność zejścia z poziomu przekonania o wyłącznej słuszności własnych racji, by możliwe stało się solidarne budowanie porządku społecznego. „Mamy szanować ład konstytucyjny, który jest gwarantem naszego bycia razem i współistnienia, a nie nadwyrężać go czy wręcz omijać. Mamy w prawdziwym i szczerym dialogu szukać rozwiązań, które nie byłyby kierowane przeciw komukolwiek, ale w trwały i zrozumiały sposób reformowały instytucje służące ludzkiemu dobru i sprawiedliwości. Mamy widzieć nasze własne dobro i szanować je i o nie zabiegać w jedności i harmonii, będąc jednocześnie otwartymi, współczującymi i gotowymi do pomocy tym najbardziej potrzebującym, słabym i prześladowanym, migrantom i uchodźcom”. Kontekst, w którym została wygłoszona, dodatkowo uwydatnił jasną wypowiedź prymasa.

Podobnie było z wystosowanym we wrześniu Apelem Zespołu ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec – ciała zrzeszającemu kilku wiodących hierarchów kościelnych. W czasie trwającej dyskusji o postulowanym przez polityków partii rządzącej powrocie do żądań reparacji wojennych od naszych zachodnich sąsiadów i narastającej retoryki antyeuropejskiej biskupi przypomnieli kapitał pozytywnych relacji polsko-niemieckich zbudowany wbrew ciążącemu balastowi trudnej historii oraz wyraźnie podkreślili, że jest to dobro, którego nie można zmarnować. Zwrócili uwagę, że „w mrocznych czasach stanu wojennego w Polsce to właśnie niemieckie społeczeństwo znalazło się w czołówce tych, którzy na różne sposoby udzielali bardzo konkretnej, moralnej i materialnej pomocy, gdy nasz kraj znalazł się na progu humanitarnej katastrofy”. Pojednanie z Niemcami, w którym przecież ogromny udział mieli ich wielcy poprzednicy sprzed półwiecza, biskupi określili jako zobowiązanie również dlatego, że utorowało nam drogę do zjednoczonej Europy(!).

Pułapki interpretacji

Słuszną reakcją na klarowne postawienie sprawy przez czołowych hierarchów kościelnych stało się powszechne zaskoczenie. Nie tylko dlatego, że dotąd mimo werbalizowanych oczekiwań środowisk z wewnątrz Kościoła, ale także mu dalekich, biskupi wybierali milczenie. Jeszcze do niedawna odnieść można było wrażenie, że w kluczowych kwestiach duchowieństwo mówi językiem władzy, władza zaś językiem Kościoła. Zauważali to i wyraźnie artykułowali, poddając przy tym krytyce, także duchowni i świeccy katolicy. Biskup Tadeusz Pieronek od dawno powtarza formułę o „zaczadzonym PiS-em” episkopacie. Ostatnio zaś mocno wybrzmiała wypowiedź księdza Adama Bonieckiego, który w pierwszym od lat telewizyjnym wywiadzie, powołując się na opinie powtarzane w trakcie licznych spotkań z czytelnikami, stwierdził, że w powszechnej świadomości Kościół w Polsce jest PiS-owski.

Trudno się zresztą dziwić. Ścisły sojusz partii rządzącej z Radiem Maryja, niejednokrotnie jawne i bezpośrednie publiczne nakłanianie przez duchownych do poparcia konkretnej partii, wypowiedzi traktujące wybór Andrzeja Dudy na prezydenta w kategoriach cudu. To wszystko niepodważalne fakty. Sam abp Gądecki jeszcze w ubiegłym roku mówił, że „kiedy prześledzimy kilkadziesiąt lat po wojnie, nie było takiego momentu zjednoczenia myślenia o państwie i Kościele”.

Odrywające się od tego schematu, czytane jako kontra wobec posunięć rządzących stanowisko jądra episkopatu doczekało się licznych publicystycznych analiz. Nie tylko pisano o „przebudzeniu Kościoła z PiS-owskiego snu” czy zastanawiano się nad „nawróceniem” hierarchów. Komentarzom do słów biskupów towarzyszyły rozmaite spekulacje na temat ich ukrytych intencji, rozważania scenariuszy wpisujących się w określony zwrot taktyczny i próby dociekań, jakie interesy planują na tym ugrać. Przerzucenie poparcia z Kaczyńskiego na Dudę. Duda szukający poparcia dla idei referendum konstytucyjnego. Gądecki liczący na poparcie zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Biskupi rozczarowani brakiem poparcia dla zakazu handlu w niedziele…

Nie uważam się za kompetentnego, by wniknąć w purpurowe serca. Nie widzę podstaw do formułowania takoż łatwych, jak daleko idących ocen. Nie czuję się komfortowo, poruszając się w sferze nieograniczonych domysłów. Sprowadzając temat do domniemanych układanek, kalkulacji, politycznych gier i interesów, nietrudno o krzywdzącą pomyłkę. Ponadto gubimy w ten sposób to, co najważniejsze.

Pełna legitymacja

Domaganiu się bądź negowaniu głosu episkopatu w debacie publicznej nie powinna towarzyszyć refleksja na temat rozmaitych rozrachunków czy zależności. Skupić się należy wyłącznie na przedmiocie komunikatu i jego treści. Kiedy biskupi mogą, a nawet powinni zająć stanowisko? Wówczas, gdy mamy do czynienia z obszarem oceny etycznej zakorzenionej w Ewangelii bądź też w katolickiej nauce społecznej, będącej niejako przełożeniem Pisma na reguły życia w zbiorowości. Istotą jest stałe powracanie do nauczania Kościoła i przypominanie go w odniesieniu do aktualnych problemów i wyzwań. Musi się to odbywać z poszanowaniem reguły autonomii spraw ziemskich, czyli z wykluczeniem bezpośredniej ingerencji w szczegółowość rozwiązań, których stanowienie leży w gestii organów suwerennego państwa. Wykluczone jest opowiadanie się po stronie konkretnej partii. Podobnie jak w myśl znanej Ewangelicznej wytycznej potępić można czyn, ale już nie winowajcę, wyważone stanowisko, które odnosi się do określonych wydarzeń czy posunięć, nie powinno opierać się o wskazywanie palcem wybranych grup czy jednostek. Naczelną zasadą winno być formowanie sumień. Dobry głos wystrzega się natarczywego wyliczania nakazów i zakazów czy – co gorsza – katalogowania roszczeń.

Części spekulacji na temat intencji biskupów być może udałoby się uniknąć, gdyby ogłosili swoje stanowisko wówczas, gdy wątpliwe reformy dotyczące sądownictwa powstawały; a nawet wcześniej – kiedy de facto przeprowadzano demontaż Trybunału Konstytucyjnego. Z pewnością przypadek ten mieści się w opisanych powyżej ramach. Duchowni mają z czego czerpać. Katolicka nauka społeczna już od czasów papieża Leona XIII jednoznacznie wspiera zasadę trójpodziału i wzajemnego równoważenia się władz jako zabezpieczenie przed groźnym dla ludu koncentrowaniem pełni rządów w rękach wąskiej grupy. Wskazuje również na konieczność dbania o podstawowe fundamenty. „W demokratycznym państwie, w którym decyzje podejmuje większość reprezentantów woli społeczeństwa, osoby odpowiedzialne za sprawowanie rządów są zobowiązane do interpretowania dobra wspólnego ich kraju nie tylko zgodnie z poglądami większości, ale w perspektywie rzeczywistego dobra wszystkich członków demokratycznej wspólnoty, włącznie z tymi, którzy stanowią mniejszość” – głosi Kompendium społecznej nauki Kościoła. I taki był też wydźwięk głośnych słów prymasa i szefa episkopatu.

Jak pisał George Weigel: „Kościelne spotkanie z demokracją od czasów Grzegorza XVI i Piusa IX aż do dzisiaj można opisać jako proces przejścia od wrogości (Grzegorz XVI i Pius IX), ku uznaniu (Pius XII i Jan XXIII) i poparciu (Vaticanum II i Jan Paweł II), aż – w późnych latach dziewięćdziesiątych – po jej wewnętrzną krytykę”. Śledząc koleiny, o które na naszych oczach potyka się demokracja (nie tylko w Polsce), nie można mieć wątpliwości, że dzisiaj wewnętrzna krytyka winna w dużej mierze koncentrować się na sprzeciwie wobec odstępstw od reguł niezależności i wzajemnej kontroli władz ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Swoje uznanie dla nich Jan Paweł II wnikliwie opisywał w encyklice Centesimus annus („Na tym bowiem polega zasada «Państwa praworządnego», w którym najwyższą władzę ma prawo, a nie samowola ludzi”), co następnie zawarł w katechizmie, a więc w samym centrum nauczania Kościoła.

Nauka Jana Pawła II, na którą zwykli powoływać się również rządzący, zawiera więcej punktów, z którymi znacząco koliduje ich codzienna narracja. Warto wspomnieć, że wydarzeniom zapoczątkowującym przemianę ustrojową, które w Polsce nieustannie próbuje się dezawuować, we wspomnianej encyklice papież poświęca rozdział pod tytułem „Rok 1989”; w innym zaś dokumencie określa je wręcz jako wydarzenie opatrznościowe.

Dlaczego nie tak?

Przypadek zmian w sądownictwie nie jest jedynym testem, którego pasterze w Polsce nie zdają na piątkę. Głos episkopatu choć w wielu sprawach niezwykle donośny, w innych zastępowany jest milczeniem (jak po wydarzeniach ełckich, o czym pisałem na tych łamach w styczniu), wybrzmiewa ze zbędną zwłoką, bądź – choć niezwykle cenny i istotny – nie zyskuje odpowiedniej rangi (jak w przypadku listu w półwiecze deklaracji Nostra Aetate czy dokumentów „Chrześcijański kształt patriotyzmu” i „W trosce o człowieka i dobro wspólne”).

Pozytywnie na tym tle wyróżnia się postawa biskupów w obliczu kryzysu uchodźczego. Podążanie za nauczaniem papieża Franciszka i jego poprzedników, a nade wszystko jednoznaczne stanięcie na gruncie Ewangelii zasługuje na uznanie. Zwłaszcza gdy ma się na uwadze okoliczności społeczno-polityczne. Sprzeciw rządzących, podsycane przez nich i powiązane z nimi media strach oraz niechęć Polaków nie zrażają episkopatu. Stanowisko arcybiskupa Gądeckiego jest klarowne – nawet jeśli 80 procent społeczeństwa będzie przeciwko, Kościół nie ugnie się w walce o ich przyjęcie. Wymiernych efektów tych starań nie możemy póki co zobaczyć, jednak istotna jest siła tego świadectwa. Na początku października powtórnie wybrzmi ono głośno z ust czołowych hierarchów podczas trzeciego już ogólnopolskiego tygodnia modlitwy za uchodźców. Wygląda to znacznie lepiej choćby na tle postawy prymasa Czech, który stanął po stronie populistycznego prezydenta Zemana i części społeczeństwa przeciwnej islamskiej imigracji. Chciałoby się, by Polscy hierarchowie w innych kwestiach o istotnym znaczeniu prezentowali choć na tyle konsekwentną postawę, jak w przypadku tematu imigracji.

Protokół rozbieżności

– Chciałbym, by polski katolicyzm był bardziej chrześcijański – mawiał u schyłku życia Tadeusz Mazowiecki. Nieugięte stawanie na gruncie Ewangelii, nawet w kontrze do rządzących, i przypominanie nauki Kościoła, kiedy wymagają tego okoliczności społeczne, byłoby drogą w tę stronę. W czasie sprawowania władzy przez ludzi eksponujących swoją religijność i przywiązanie do instytucji Kościoła to szczególnie istotne zadanie. Zwłaszcza, gdy tyle ich publicznych deklaracji i działań kłóci się z chrześcijańskimi wartościami. Izolacjonizm w miejsce budowania partnerstwa, podziały, dezawuująca i coraz częściej dehumanizująca przeciwnika, posługująca się kłamstwem propaganda, wsparcie ruchów faszyzujących, słowa przyzwolenia dla tortur i kary śmierci jako dopuszczalnych metody karania, kolejne decyzje dalekie od wizji ochrony stworzenia zawartej w Laudato Si

Jeśli wierzyć przypuszczeniom, jakoby biskupi przed zabraniem głosu w sprawie zawetowanych ustaw użyli swoich wpływów w inny sposób, pozostaje mieć nadzieję, że w pozostałych kwestiach o istotnym znaczeniu równie skutecznie wykorzystają dostępne im narzędzia oddziaływania. Marzy mi się, by następne błyskawiczne podziękowanie przewodniczącego episkopatu dotyczyło zgody na korytarze humanitarne.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.