dwutygodnik internetowy
12.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Aborcja – sprawa nas wszystkich

Z teologicznego punktu widzenia chodzi o budowanie „struktur łaski”, które kształtowałyby pewne postawy i wspierały pewne decyzje. Uchwalanie restrykcyjnego prawa aborcyjnego, paradoksalnie, może być przykładaniem ręki do budowy „struktur grzechu”.

ilustr.: Ada Wawer

ilustr.: Ada Wawer

Sposób procedowania obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję” przez sejmową komisję sprawiedliwości i praw człowieka jest ponurym sprawozdaniem ze stanu polskiej debaty na temat aborcji. W największym skrócie: mamy o czym rozmawiać, ale nie mamy jak.

Mimo że spór jest zogniskowany wokół dwóch narracji, które identyfikują się w sposób pozytywny jako pro-life i pro-choice, to nie ma w nim miejsca na dwie opcje „pro”. Rewersem definiowania się poprzez akceptację dla pewnych wartości staje się definiowanie przeciwnika poprzez ich negację. Opcja pro-life potrzebuje opcji anti-life. Opcja pro-choice potrzebuje opcji anti-choice. Wartości potrzebują antywartości, a nie – dajmy na to – jakichś innych wartości. W ten sposób spór o zakres prawnej dopuszczalności aborcji wyniszcza wspólnotę polityczną, a złożone problemy moralne zostają rozstrzygnięte, zanim w ogóle udaje się je postawić. Stawką konfliktu jest tak naprawdę budowanie kapitału politycznego i uzyskiwanie kulturowej dominacji. Od dłuższego czasu utrzymuje ją w Polsce opcja anti-abortion, której rzecznicy podejmują właśnie kolejną próbę utrwalenia tej dominacji w kształcie stanowionego prawa. Choćby dlatego nie można pisać tego tekstu w sposób „symetrystyczny”.

***

Wsłuchując się, z jednej strony, w apele o „powstrzymanie zagłady nienarodzonych dzieci”, z drugiej zaś – w hasła w rodzaju „mój brzuch – moja sprawa”, można odnieść wrażenie, że niezależnie od tego, po której stronie sporu by się nie opowiedziało, nie powinno się mieć w związku z moralną oceną aborcji żadnych wątpliwości. I tak na przykład rzecznicy zwiększenia prawnej dopuszczalności aborcji często trywializują sprawę, sprowadzając ją do wolności decydowania przez kobietę o sobie i o swoim ciele. W ich narracji nie ma miejsca na żadne znaki zapytania, jeśli chodzi o ontologiczny status płodu. Tak zwani „obrońcy życia”, występując w imieniu tych, których identyfikują jako „najsłabszych”, zdają się natomiast nie dostrzegać, że „słabymi” są także kobiety, które w samotności znoszą trudy ciąży i w które wymierzony jest kulturowy nakaz podjęcia opieki nad dzieckiem. Możemy oczywiście opowiadać o tej roli w kategoriach „powołania”, ale dziwne to powołanie, które – kiedy tylko kobieta wypowie mu posłuszeństwo – natychmiast przeistacza się w bezwzględny przymus.

Myśląc i mówiąc o sytuacji ciąży, trzeba zatem wziąć pod uwagę interesy obydwojga „słabych” aktorów: płodu i kobiety. Pomiędzy „słabością” kobiety i „słabością” płodu nie ma oczywiście symetrii choćby z tego powodu, że duża większość ciąż jest skutkiem świadomie podjętej przez dwoje partnerów decyzji o rozpoczęciu życia seksualnego. Warto jednak mieć na względzie i to, że różnie z tą świadomością bywa, do czego jeszcze wrócimy.

Dopóki to kobiety będą domyślnie odpowiedzialne za pełnienie obowiązków opiekuńczo-wychowawczych i dopóki to one będą ograniczone przez związany z nimi brak możliwości podjęcia lub kontynuowania życia zawodowego, dopóty aborcja pozostanie sprawą „kobiecą”. Co za tym idzie, będzie można ją „regulować” z taką łatwością, z jaką przymierzają się do tego obecnie posłowie prawicy, nie biorąc pod uwagę tego, co dzieje się już po porodzie. To, jak debatę o zakresie prawnej dopuszczalności aborcji zmieniłoby na przykład wprowadzenie obowiązkowego urlopu ojcowskiego, pozostaje wyłącznie w sferze domysłów. Podjęcie większej odpowiedzialności przez mężczyzn mogłoby jednak nie tylko wpłynąć na kształt debaty o aborcji, lecz także przyczynić się do wzmocnienia pozycji kobiety stającej przed dramatycznym niekiedy wyborem dotyczącym urodzenia dziecka. Przynajmniej w niektórych przypadkach wybór ten mógłby okazać się znacznie łatwiejszy, gdyby „prawo do życia” było rozumiane przez jego „obrońców” w sposób integralny – jako prawo do życia przed narodzinami i po narodzinach, jako prawo do życia płodu i kobiety, jako prawo do życia w wymiarze biologicznym i w wymiarze psychospołeczno-ekonomicznym.

Wydawać by się mogło, że jeśli przyznaje się „poczętemu życiu” wartość absolutną, to należałoby próbować za wszelką cenę nie dopuszczać do sytuacji, w których wartość ta mogłaby zostać zagrożona. Istnieją w tym zakresie rozwiązania, które można by wprowadzić szybciej niż równy podział obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem. Warto pamiętać o niedostatkach edukacji seksualnej, o utrudnianiu dostępu do antykoncepcji i o wszystkich innych okolicznościach, za które – tak się dziwnie składa – współodpowiedzialność ponoszą środowiska kojarzone ze sprzeciwem wobec prawnej dopuszczalności aborcji.

***

Inna sprawa, że można mieć uzasadnione wątpliwości co do tego, czy zasadniczym celem, który stawiają przed sobą zwolennicy zaostrzenia przepisów aborcyjnych, jest zmniejszenie liczby przeprowadzanych zabiegów. Na zasadzie eksperymentu przyjmijmy, że tak właśnie jest. Nawet wówczas bardzo nieoczywiste wydaje się jednak to, czy deklarowany cel daje się osiągnąć za pomocą deklarowanych środków (przy zdroworozsądkowym – jak mogłoby się wydawać – założeniu, że prawodawca nie uruchomi panoptycznego mechanizmu kontroli poczęć i urodzeń). Mówimy o przestrzeni, w której regulacje prawne mają ograniczone przełożenie na rzeczywistość, a to z tej prostej przyczyny, że stosunkowo łatwo je ominąć, jeśli dysponuje się znajomościami w miejscu zamieszkania lub środkami pozwalającymi na przeprowadzenie zabiegu za granicą. To, w jaki sposób zaostrzone przepisy aborcyjne modelowałyby społeczną refleksję i społeczną praktykę – to znaczy: czy ich uchwalenie prowadziłoby w przekonaniu ich autorów do „moralizacji” Polaków, czy też raczej do ich „demoralizacji” – pozostaje w najlepszym (!) wypadku niewiadomą.

Obawiamy się, że uchwalenie bardziej restrykcyjnych przepisów aborcyjnych wypchnie zjawisko, któremu te przepisy mają przeciwdziałać, do podziemi, co nie tylko uniemożliwi określenie jego skali i podejmowanie działań zapobiegawczych, lecz także uderzy w kobiety najsłabsze spośród „słabych” – te, których nie stać na poddanie się aborcji za granicą lub na przeprowadzenie nielegalnego zabiegu w bezpiecznych warunkach. Jeśli posiłkując się wiedzą o historycznych doświadczeniach z uchwalaniem bardzo restrykcyjnych przepisów aborcyjnych, da się taką sytuację przewidzieć, to nie będzie można myśleć o niej w kategoriach ubocznego efektu proponowanych zmian prawnych. Będzie to ich konsekwencja, za którą autorzy tych zmian biorą dzisiaj moralną i polityczną odpowiedzialność. Nietrudno sobie wyobrazić, kogo w przyszłości spróbują oni tą odpowiedzialnością obarczyć, znając ich skłonność do prywatyzowania odpowiedzialności za polityczne decyzje.

Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że ostatecznie rzecznicy obydwu opcji – zarówno pro-abortion, jak i anti-abortion – dopuszczają się takiej prywatyzacji. Z jednej strony „mój brzuch –  moja sprawa” (jak gdyby nie istnieli żadni inni aktorzy uwikłani w tę sytuację), z drugiej – „twoja aborcja, twoja sprawa” (jak gdyby decyzja podejmowana przez jednostkę nie miała społecznego kontekstu). Postulując „uspołecznienie” odpowiedzialności, stoimy na stanowisku, że zamiast uspokajać swoje sumienia lub manifestować swoją dominację poprzez stanowienie restrykcyjnego prawa, należy położyć nacisk na kształtowanie instytucji. Nie chodzi tylko o instytucje wspierające podejmowanie decyzji o urodzeniu dziecka, lecz przede wszystkim o instytucje, które biorą współodpowiedzialność za skutki takiej decyzji. Chodzi o placówki prowadzące działalność opiekuńczą i zapewniające wielowymiarowe wsparcie, o prawo chroniące kobiety na rynku pracy i egzekwujące odpowiedzialność mężczyzn za poczęte przez nich dzieci, o instytucje skutecznie przeciwdziałające przemocy domowej i tak dalej.

Z teologicznego punktu widzenia chodzi po prostu o budowanie „struktur łaski”, które kształtowałyby pewne postawy i wspierały pewne decyzje. Uchwalanie restrykcyjnego prawa aborcyjnego, paradoksalnie, może być przykładaniem ręki do budowy „struktur grzechu”.

***

Zapraszamy również do lektury drugiego tekstu o tej samej tematyce, autorstwa Stanisława Krawczyka.

Żaden z tekstów nie jest oficjalnym stanowiskiem wydawcy ani też całej redakcji Magazynu Kontakt.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Aborcja jest złem. I co dalej?

Stanąć przy płaczących

Pandemonium w kondominium