dwutygodnik internetowy
12.03.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

„Zatrzymaj aborcję”. Czemu trzeba odrzucić ten projekt

W argumentacji na rzecz projektu „Zatrzymaj aborcję” przemilcza się wiele istotnych problemów. Zbyt istotnych, aby poparcie dla takiej zmiany prawa mogło być słuszne.

Ilustr.: Agata Stomma

ilustr.: Agata Stomma

Obywatelski projekt ustawy „Zatrzymaj aborcję”, który jest obecnie procedowany w Sejmie, zakłada usunięcie przesłanki dopuszczającej aborcję, gdy „badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu” (art. 4a ust. 1 pkt 2 ustawy z 7 stycznia 1993 roku). Projekt ten skłonił mnie do przedstawienia powodów, dla których jestem zdecydowanym przeciwnikiem dalszego zaostrzania przepisów o przerywaniu ciąży.

W tekście staram się uargumentować tezę, że projekt firmowany przez Kaję Godek powinny odrzucić również osoby przyznające tak samo wysoki status moralny płodowi (zarodkowi) i człowiekowi dorosłemu. Nie odnoszę się przy tym do argumentów wyznaniowych, gdyż dość powszechnie przyjmowany jest pogląd, wedle którego zakres prawnej dopuszczalności przerywania ciąży nie powinien być wyznaczany przez przekonania religijne. Na przykład w komunikacie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski z września 2015 roku znajdziemy deklarację: „To nie jest kwestia światopoglądowa, ale naukowa” (skądinąd wspartą odwołaniem do wypowiedzi papieża Franciszka), a w styczniowym apelu: „Prawo do życia nie jest kwestią tylko religijną czy światopoglądową, ale wynika z prawa naturalnego i powszechnie uznanej godności człowieka”. Mam też nadzieję, że w dyskusji prawnej łatwiej będzie znaleźć przestrzeń komunikacji niż na płaszczyźnie moralnej lub konfesyjnej.

1.

Rozważając taką zmianę w prawie, trzeba mieć na uwadze jej przewidywalne skutki. Zacznijmy od tego, że choć w 2016 roku na mocy omawianej przesłanki legalnie przerwano 1042 ciąże, to jej wycofanie nie doprowadzi do analogicznego zmniejszenia corocznej liczby aborcji. Część kobiet zastępczo wykona zabieg za granicą, a część w krajowym podziemiu. Dokładnych proporcji nie znamy, jednak deklaracje Kai Godek o „ratowaniu 96 procent obywateli” są daleko przesadzone. Skuteczne egzekwowanie tak ostrych przepisów wymagałoby bardzo głębokich ingerencji państwa w życie prywatne, niemożliwych do pogodzenia z zasadami demokracji. Pozostają więc bardziej ograniczone działania prawne, a ich konsekwencje poniosą przede wszystkim te kobiety, których nie będzie stać na obejście ustawy (albo które nie spróbują usunąć ciąży domowymi sposobami, niekiedy bardzo niebezpiecznymi).

Jakie będą to konsekwencje? Wiemy, że ciąża może być źródłem pięknych i cennych doświadczeń, ale trzeba również pamiętać o istotnych problemach zdrowotnych, które często wiążą się nawet z zupełnie zwyczajnymi ciążami. A przecież w sytuacjach, jakich dotyczy projekt „Zatrzymaj aborcję”, ryzyko może być znacznie wyższe. Owszem, inna przesłanka ustawowa (którą skądinąd Kaja Godek również chętnie by wycofała) pozwala na usunięcie ciąży, kiedy zagraża ona życiu lub zdrowiu kobiety, ale prawo pozostawia tutaj pewną swobodę interpretacyjną. W Polsce już teraz kobietom regularnie odmawia się nawet tych uprawnień, które wynikają z dotychczasowej ustawy, toteż można mieć wiele wątpliwości co do sposobu stosowania tej przesłanki przez lekarzy po zaostrzeniu prawa.

Skutki zmian będą zresztą bardziej rozległe. Jeśli projekt zostanie uchwalony, to każda Polka, która zajdzie w ciążę, do chwili przeprowadzenia rzetelnych badań prenatalnych będzie musiała się liczyć z możliwą koniecznością jej donoszenia również w warunkach niezwykle ciężkiego uszkodzenia płodu (o ile nie znajdzie sposobu na ominięcie prawa). Oczywiście część kobiet tak czy inaczej postanowiłaby urodzić, ale niektórym przyjdzie to zrobić przymusowo nawet w wypadku cyklopii, zespołu Pataua bądź bezmózgowia. W mediach najczęściej mówi się o zespole Downa, ale nie znam żadnych podstaw dla wielokrotnie powtarzanych stwierdzeń (autorstwa między innymi Jarosława Kaczyńskiego i Prezydium KEP), że większość przypadków aborcji z powodu uszkodzenia płodu wynika właśnie z takiej diagnozy. W pojedynczych szpitalach stosowny odsetek może być dość znaczny (w stołecznym Szpitalu Bielańskim w 2016 roku wyniósł 47 procent), lecz dokładne dane ogólnopolskie mówią o 21 procentach (szczegóły w niedawnym sprawozdaniu rządowym – tabela nr 18 na stronie 109, wiersz „Trisomia 21 bez współistniejących wad somatycznych”; oprócz tego 16% przypadków to „Trisomia 21 ze współistniejącymi wadami somatycznymi”, jednak tutaj brakuje szczegółów – nie wiemy, jakie to uszkodzenia i jak duża część z nich ma charakter letalny).

Po stronie niewątpliwych negatywnych konsekwencji należy więc umieścić także stres i cierpienie, które same w sobie mogą niekorzystnie wpływać na przebieg ciąży (nie wspominając o zdrowiu kobiety), a których skala społeczna będzie znacznie większa, niż wskazywałyby dane o liczbie faktycznie przeprowadzanych aborcji. Zresztą nawet jeśli projekt w końcu zostanie odrzucony, to i tak pozostanie źródłem poważnego napięcia i niepokoju o przyszłość; podobnie było już w 2016 roku. Chociaż jednak o tych sprawach warto wiedzieć, to nie one stanowią tutaj kwestię podstawową. Najważniejsze jest to, że po uchwaleniu projektu „Zatrzymaj aborcję” nieznana nam liczba kobiet przez wiele tygodni lub miesięcy będzie musiała żyć ze świadomością, że z ich ciąż urodzą się dzieci, które niemal natychmiast umrą. A później kobietom przyjdzie jeszcze patrzeć na ich śmierć lub cierpienie (albo je sobie wyobrażać). Trzeba to podkreślić: poparcie dla projektu oznacza zgodę na taki przymus.

Owszem, rządzący podejmują też pewne inicjatywy w celu „wspierania rodzin, które posiadają dzieci niepełnosprawne, jak również wspierania kobiet w trudnej ciąży” (zob. wypowiedź Józefy Szczurek-Żelazko w stenogramie niedawnego posiedzenia Sejmu, strony 229–230), i kierunek tych działań sam w sobie zasługuje na pochwałę. Nie usuwają one jednak opisanych tutaj problemów, mogą tylko je złagodzić (a i to nie we wszystkich sytuacjach). Nie zaczęliśmy zaś jeszcze mówić o przykładach z innych krajów. Warto sprawdzić, do czego doprowadziła radykalizacja przepisów antyaborcyjnych w Salwadorzeprzyjrzeć się skutkom dawnego zakazu aborcji w Rumunii, a także poznać historie Savity Halappanavar i Sheili Hodgers. Czy tak wygląda Polska, której chcemy?

2.

Przypuszczam, że pomimo tych argumentów do części osób przemawiać może radykalne postawienie sprawy przez Kaję Godek: „Nawet w sytuacji, gdybyśmy mieli zupełnie dysfunkcyjną służbę zdrowia, nie mielibyśmy żadnych zasiłków, nie mielibyśmy żadnej pomocy, nie uprawnia to do zabicia człowieka” (zob. cytowany już stenogram, strona 230). Ujmując rzecz nieco inaczej: życie to życie. Nawet gdyby tylko w jednym wypadku udało się zapobiec aborcji, to przedstawione w tym tekście konsekwencje nie powinny nas powstrzymywać przed wprowadzeniem bardziej restrykcyjnej ustawy. Prawda?

W odpowiedzi zauważmy, że zasada ochrony życia nie jest wcale najwyższą regułą polskiego prawa. Jeśli na przykład zrządzeniem losu znajdziemy się w szpitalu, w którym akurat zabrakło zapasów, a nasza krew mogłaby uratować umierającą pacjentkę, to personel nie może bez naszej zgody przeprowadzić zabiegu ani nawet wkłuć nam igły w celu sprawdzenia grupy krwi. I chyba nikt na serio nie proponuje, by ten stan prawny zmienić.

Dlaczego nie staramy się wprowadzić przepisów, które w takich sytuacjach zobowiązywałyby ludzi do transfuzji? Dlaczego nie idziemy jeszcze dalej i nie domagamy się od rządu, aby prowadził rejestr grup krwi wszystkich osób w państwie i rozsyłał agentów, którzy w razie pilnej potrzeby wyciągaliby nas z domu i odstawiali na zabieg? A może i bez pilnej potrzeby, tylko regularnie, żeby zapewnić stabilne funkcjonowanie całego systemu? Otóż najwyraźniej nie robimy tak, bo prawna zasada ochrony życia bywa osłabiana lub wręcz zawieszana – na przykład wtedy, gdy wymagałaby naruszenia czyjejś cielesnej autonomii. Ta ostatnia również nie stanowi wartości absolutnej (weźmy przykład obrony koniecznej, przypominający też zresztą o dopuszczalnych prawnie możliwościach odbierania życia), jednak w wypadku ciąży już teraz jest w istotnym stopniu ograniczana. Przez procedowany obecnie projekt może zostać ograniczona jeszcze bardziej – również w niezwykle dramatycznych sprawach.

Ktoś mógłby tutaj replikować, że całkowity lub niemal całkowity zakaz przerywania ciąży uzasadniają szczególne cechy rozpatrywanej sytuacji, odróżniające ją od przykładu z przetaczaniem krwi. Na jakie kwestie mogłaby wskazywać taka replika? Po pierwsze, w przypadku ciąży tylko jedna osoba może zajmować się zarodkiem bądź płodem (podczas gdy tę samą grupę krwi ma wielu ludzi). Po drugie, przerwanie ciąży to działanie, a nie zaniechanie (jak odmowa zgody na transfuzję). Po trzecie, w większości przypadków ciąża jest następstwem dobrowolnej decyzji – świadome współżycie seksualne zakłada możliwość poczęcia (tymczasem osoba, która ma oddać krew, najpewniej nie przyczyniła się do stanu oczekującej pacjentki).

Jak się do tego odnieść? Po pierwsze, w sytuacjach, w których nie ma czasu na szukanie innego dawcy z odpowiednią grupą krwi, również wszystko zależy od jednego człowieka. Po drugie, utożsamienie działania z zaniechaniem rzeczywiście byłoby kontrowersyjne, lecz zaniechanie także bywa sprzeczne z prawem, chociażby wówczas, gdy w żaden sposób nie zareagujemy na widok osoby potrzebującej pierwszej pomocy. Również brak odpowiedzialności za stan takiego człowieka – to po trzecie – nie zwalnia nas z obowiązku działania. Zatem w każdym z tych trzech przypadków trudno powiedzieć, czemu mielibyśmy prawnie sankcjonować konieczność donoszenia ciąży we wszystkich czy prawie wszystkich sytuacjach, nie wprowadzając zarazem (przynajmniej w określonych okolicznościach) obowiązku oddawania krwi.

Z pewnością ten krótki przegląd nie kończy wszystkich dyskusji. Ktoś mógłby na przykład zapytać: „W porządku, żadna z tych trzech kwestii samodzielnie nie jest wystarczającym kontrargumentem, ale może rozpatrywane wspólnie już się nim stają?”. A z drugiej strony – czy przykład jednorazowej transfuzji nie jest zbyt ostrożny? Być może analogia powinna raczej dotyczyć szpiku kostnego? Lub paru miesięcy regularnych wizyt w szpitalu i oddawania krwi w znacznych ilościach, nawet wtedy, gdy wiadomo, że odwiedzana osoba i tak krótko potem umrze? W końcu sytuacja ciąży jest wyjątkowa nie tylko z powodu połączenia trzech wskazanych cech (być może należałoby wymienić jeszcze jakieś), ale też z powodu problemów i uwarunkowań opisanych w poprzedniej części tekstu – szczególnie w takich przypadkach, jak najcięższe choroby płodu.

Powyższe uwagi nawiązują do długiej historii argumentu z autonomii. Nie odnoszę się w nich wprost do klasycznego tekstu Judith Jarvis Thomson ani też nie przedstawiam jego rozwinięć i trwających już prawie pięćdziesiąt lat dyskusji, również krytycznych (można o nich przeczytać między innymi tutaj, tutaj i tutaj). Chciałbym jednak podkreślić, że taki typ argumentacji nie jest rzeczą egzotyczną; do dziś bywa przytaczany (zarówno aprobatywnie, jak i krytycznie) na przykład w ważnym czasopiśmie „Bioethics”. Nie twierdzę, że na tej podstawie można bezstronnie ustalić optymalne brzmienie ustawy regulującej przerywanie ciąży, sądzę jednak, że zaprezentowane argumenty są wystarczającym uzasadnieniem przynajmniej dla sprzeciwu wobec projektu „Zatrzymaj aborcję”. Skoro zaś dotyczą wymiaru legalnego, a nie moralnego, to nie zależą od etycznej oceny aborcji i nie wymagają od nikogo zmiany poglądów w tej dziedzinie.

3.

Na koniec kilka drobniejszych spostrzeżeń w kwestiach związanych z projektem „Zatrzymaj aborcję” (i możliwą decyzją Trybunału Konstytucyjnego w podobnej sprawie).

Po pierwsze, usunięcie przesłanki przyzwalającej na aborcję z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu byłoby niezgodne z poglądami większości społeczeństwa. W badaniach CBOS (strona 3) poziom akceptacji dla tej przesłanki od początku lat 90. utrzymuje się na poziomie 60–70 procent. W listopadzie 2016 roku tenże CBOS informował, że 27 procent ankietowanych pragnie złagodzenia obowiązującego prawa, 58 procent – jego zachowania, a 7 procent – jego zaostrzenia. Interesujące są też wyniki innych badań. W sondażu Kantar Public dla „Polityki” 36 procent odpowiadających poparło dopuszczenie aborcji z przyczyn społecznych, 34 procent – pozostawienie przepisów bez zmian, 9 procent – delegalizację przerywania ciąży z uwagi na uszkodzenie płodu, a 8 procent – zakazanie aborcji bez żadnych wyjątków. We wcześniejszych badaniach IPSOS dla portalu OKO.press (operujących nieco innym zestawem pytań) poparcie dla zalegalizowania aborcji z powodu trudnej sytuacji kobiety wynosiło 37–40 procent, dla zachowania dotychczasowych przepisów – 41–47 procent, a dla całkowitego zakazu przerywania ciąży – 8–11 procent.

Wyniki te nie są w pełni zbieżne, ale pokazują, że wprowadzanie kolejnych restrykcji w możliwości legalnego przerywania ciąży kłóci się z deklarowanymi poglądami niemal wszystkich Polek i Polaków. Nie uważam tego kryterium za rozstrzygające, warto jednak wiedzieć o tych wskaźnikach, między innymi po to, aby czytelna stała się słabość takich wypowiedzi, jak deklaracja Kai Godek: „W naszym kraju dyskusja na temat aborcji się skończyła. Polacy stoją twardo po stronie niewinnych, nienarodzonych dzieci”. Na niedawnym posiedzeniu Sejmu (zob. stenogram, strona 213) autorka tych słów powołała się na liczbę podpisów złożonych pod projektem „Zatrzymaj aborcję”, lecz o niedogodnych wynikach badań społecznych nie wspomniała.

Po drugie, stanowczo sprzeciwiam się używaniu terminu „aborcja eugeniczna”. Eugenika była dążeniem do ulepszenia ludzkości, narodu czy rasy (kiedy jeszcze ten ostatni termin nie był wątpliwy) poprzez promocję i praktykę selektywnego rozmnażania. Zgoda na dopuszczalność przerywania ciąży z powodu dużego prawdopodobieństwa uszkodzenia płodu uzasadniana jest dziś w zupełnie inny sposób – argumentacja koncentruje się tu na jednostce, nie na wielkiej wspólnocie. Zresztą nawet ewentualna rozszerzająca interpretacja słowa „eugenika” nie zmieni tego, że to termin silnie obciążony skojarzeniami z Trzecią Rzeszą, do tego zaś zakrywający różnorodność motywacji i warunków życia kobiet. A niestety to tylko jeden z licznych przykładów narzucania założeń językowych przez stronę, która w polskich sporach o aborcję często korzysta ze swojej symbolicznej i społecznej przewagi. (Liczne ilustracje można znaleźć w zapisach przytaczanych już wystąpień Kai Godek: „mordowanie nienarodzonych”, „zbrodnicza ustawa” i „barbarzyństwo eugenicznych praktyk” to tylko wybrane sformułowania z dwu pierwszych akapitów).

Po trzecie, smuci mnie, że w wypowiedziach duchownych polskiego Kościoła katolickiego próżno szukać wzmianek o zagadnieniach, które przedstawiłem w tekście. A przecież tych wypowiedzi nie brakuje, i to od dawna. Choćby w marcu 2016 roku Prezydium KEP przygotowało komunikat, którego ze względu na czas publikacji trudno było nie traktować jako głosu aprobaty dla szeroko krytykowanego projektu Instytutu Ordo Iuris (i to głosu zbliżonego do tych dochodzących z PiS). W ostatnich miesiącach zaangażowanie duchownych jest jeszcze większe. W sierpniu biskupi po obradach na Jasnej Górze oficjalnie poparli projekt „Zatrzymaj aborcję” i z aprobatą wyrazili się o zbieraniu podpisów przez wolontariuszy. Następnie szeregowi księża i wierni uczestniczyli w gromadzeniu podpisów w parafiach. W listopadzie Prezydium KEP powtórzyło apel o poparcie akcji, w grudniu cały list na ostatnią Niedzielę Świętej Rodziny poświęcono przerywaniu ciąży. A w okresie pierwszego czytania projektu w Sejmie wypowiedzi najważniejszych polskich biskupów były już bardzo liczne: mieliśmy głosy abp. Henryka Hosera, kard. Kazimierza Nycza i abp. Stanisława Gądeckiego oraz dwa komunikaty Prezydium KEP wydane dzień po dniu (w jednym z nich sygnatariusze wprost wezwali parlamentarzystów do przyjęcia projektu). Głosów kościelnej hierarchii nie brakuje też teraz, w marcu (oto przykłady: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty). Wszystko to obficie relacjonuje Katolicka Agencja Informacyjna.

Jestem przekonany, że omówione tu kwestie są istotne również dla katoliczek i katolików. Uwzględnienie tych zagadnień może wpłynąć na sposób postrzegania projektu „Zatrzymaj aborcję”, dlatego nie powinno się ich pomijać ani bagatelizować. A niestety właśnie tak się dzieje.

***

Zapraszamy również do lektury drugiego tekstu o tej samej tematyce, autorstwa Ali Budzyńskiej i Miszy Tomaszewskiego.

Żaden z tekstów nie jest oficjalnym stanowiskiem wydawcy ani też całej redakcji Magazynu Kontakt.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

***

Polecamy także:

Aborcja jest złem. I co dalej?

Stanąć przy płaczących

Pandemonium w kondominium