Internetowy magazyn katolewicy społecznej. Piszemy o świecie, czerpiąc inspiracje z nauki społecznej Kościoła

„Udawałam, że nic się nie stało”. Katoliczki o doświadczeniu aborcji

Doświadczenie aborcji dotyczy także katoliczek. Ten tekst stanowi próbę oddania im głosu.
„Udawałam, że nic się nie stało”. Katoliczki o doświadczeniu aborcji
ilustr.: Marta Jóźwiak

Podział na strony pro-life i pro-choice stał się w naszej rodzimej debacie na temat aborcji niemal dogmatyczny. Przywykliśmy do dychotomicznego myślenia, zgodnie z którym po stronie pro-choice sytuują się wyłącznie osoby niewierzące, posiadające liberalne poglądy, ci zaś, którzy deklarują się jako pro-life, to ludzie głęboko religijni, o konserwatywnych zasadach moralnych w dziedzinie ochrony życia i seksualności. Taki obraz – jak większość binarnych podziałów – okazuje się jednak nieprawdziwy. Nie jest bowiem prawdą już to, że doświadczenie aborcji nie dotyczy katoliczek. Również niektóre kobiety mocniej lub słabiej identyfikujące się z Kościołem mają za sobą decyzję o przerwaniu ciąży. Dla niektórych spośród nich aborcja jest traumatycznym wspomnieniem, inne postrzegają ją jako wynik trudnej sytuacji, w której znalazły się w życiu.

Ten tekst stanowi próbę oddania im głosu.

 

Jolanta. Zaczęło się dużo wcześniej

Przełomem w moim życiu było pójście na terapię.

Byłam mocno poobijana życiowo, ale psychicznie nie byłam w stanie odciąć się od toksycznej rodziny, w której nigdy nie doświadczyłam miłości. Trudno powiedzieć, czy moja rodzina była wierząca – święta były obchodzone, ale nie klękaliśmy razem do modlitwy, nie byliśmy za bardzo zaangażowani w przeżywanie wiary. Sama niezbyt lubiłam księży.

Bardzo chciałam uciec z domu, w którym nie było miłości – poszłam do szkoły medycznej, która miała zapewnić mi dobry zawód. Po maturze poznałam chłopaka, który wydawał się we mnie zakochany. W moim domu nie rozmawiało się nie tylko o miłości, ale też o seksie, więc kiedy zbliżyłam się z Bartkiem, nie zabezpieczaliśmy się… i szybko zaszłam w ciążę.

Bałam się, ale planowałam urodzić. Moja matka i starsza siostra powiedziały jednak, że muszę „to” usunąć – że w „tym domu” nie było i nie będzie nigdy panny z dzieckiem. Bartek deklarował, że weźmiemy ślub i wspólnie wychowamy dziecko. Matka się nie zgodziła. Zawiozła mnie do ginekologa, który wykonał zabieg. Gdy Bartek przyszedł później porozmawiać, wyrzuciła go za drzwi. Wiem, że przeszedł załamanie, rozstaliśmy się.

Przez lata nie myślałam o tej aborcji. Wiele lat później wyszłam za mąż, stałam się wierząca, chodziliśmy do kościoła. Szybko po ślubie urodziłam dziecko i… nie mogłam zajść w kolejną ciążę. Leczyliśmy się, nic to nie dało. Wtedy przyszła do mnie ta myśl: „Przecież mogłam mieć dwoje dzieci”. I w pewnym sensie je miałam. Czułam wtedy, że niepłodność to kara za mój grzech. Ktoś mi potem powiedział, że tak się czasem zdarza, że to nie wynik aborcji, bo przecież córkę mam zdrową i urodzoną po zabiegu. Przepraszałam Boga i męża, który oczywiście wiedział o mojej przeszłości.

Długo obwiniałam się za tę aborcję – pomogła mi terapia. Uświadomiłam sobie, że moje problemy zaczęły się dużo wcześniej, w moim patologicznym domu. I że w pewnym sensie byłam do tej aborcji zmuszona.

A moja wiara? Ostatnio się zmieniła, ale nie w związku z terapią. Wierzę w Boga, ale odkąd zobaczyłam „Tylko nie mów nikomu”, nie wierzę już w księży. Wierzę, że trzeba być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Że nie wolno nikogo krzywdzić i trzeba być odpowiedzialnym. Skupiłam się na mojej dorosłej już córce. Uczę się żyć tak, żeby moja przeszłość nie niszczyła tego, co dobrego mam teraz.

Janka. Nie miałam poczucia winy

Miałam aborcję w wieku osiemnastu lat. Byłam wtedy już mamą pięciomiesięcznego syna. Po zakończonym połogu poszłam na kontrolę do ginekologa, a ponieważ nie planowałam szybko kolejnej ciąży, dostałam receptę na tabletki antykoncepcyjne. Po dwóch miesiącach ich przyjmowania znowu nie dostałam miesiączki. Na kolejnej wizycie u lekarza okazało się, że jestem w szóstym tygodniu kolejnej ciąży.

Uświadomiłam sobie, że przecież mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu, a poród z moim synem był ciężki. Nie byłam gotowa ani psychicznie, ani fizycznie na kolejną ciążę. Zaczęłam szukać tabletek wczesnoporonnych. Cena wydawała mi się horrendalna, ale gdzieś przeczytałam, że lekarz rodzinny – jeśli odpowiednio zagadam – wystawi odpowiednią receptę.

Poszłam i powiedziałam mu, że mam problem z kolanem, ale mój ortopeda jest na urlopie, i że biorę słynny lek do tego przeznaczony… Receptę, po którą przyszłam, dostałam od razu. Wzięłam tabletki i w efekcie dostałam krwawienia. Nie wyobrażałam sobie wtedy opieki nad małym dzieckiem w ciąży.

Na forach o aborcji często pada pytanie, czy kobiety widziały ten płód… Tak, ja widziałam. To był pierwszy moment refleksji, czy rzeczywiście dobrze postąpiłam. Strasznie to we mnie uderzyło. Przez kilka miesięcy, gdy widziałam noworodka, od razu zaczynałam płakać. Jakkolwiek to zabrzmi, musiałam na swój sposób przeżyć żałobę.

Czy po upływie czasu mogę powiedzieć, że żałuję? Nie. Myślę też, że gdybym miała drugi raz podjąć tę decyzję, zrobiłabym to samo. Im syn był starszy, tym problemy były trudniejsze. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to była słuszna decyzja.

Nie miałam poczucia winy wobec Boga. Denerwuje mnie zdanie księży na temat aborcji. To wydarzenie nie wpłynęło w żaden sposób na moją duchowość. To, że według księży aborcja jest zła niezależnie od przypadku, bardzo mnie drażni. Przecież w niektórych przypadkach dzieci rodzą się tak ciężko chore, że rodziców po prostu nie stać na ich utrzymanie, na leki, na rehabilitację. Uważam, że każda kobieta powinna mieć możliwość dokonania wyboru.

Ewa. Uczę się sobie wybaczać

Czasami słyszę, że ktoś miał aborcję i że uważa, że ten wybór był słuszny. Ja nigdy bym tak nie powiedziała. Uważam, że kobiety, które decydują się na aborcję, czyli odebranie życia dziecku, są albo manipulowane, albo nie rozumieją, co robią. Do dzisiaj żałuję swoich aborcji.

Tak, miałam dwie. Jedną wykonałam, gdy byłam bardzo, bardzo młoda. Zobaczyłam na teście dwie kreski i po prostu wiedziałam, że nie urodzę. Nie miałam nawet czasu się nad tym zastanowić – albo nie chciałam tego zrobić. Nie mieszkam w Polsce, więc umówienie się do lekarza i przerwanie ciąży nie było żadnym problemem. Tu, gdzie mieszkam, jest to traktowane jak norma: jesteś w ciąży, w której nie chcesz już być, więc ją usuwasz. Może gdyby ktoś mi powiedział, jak będę się potem czuła, to by mnie to powstrzymało. Ale to było proste wykonanie zabiegu. Taka temu towarzyszyła otoczka.

Parę lat później, będąc już w związku z obecnym mężem, który jest cudownym mężczyzną, poczułam się źle. Miałam drżenie rąk, ból głowy i nudności. Pomyślałam sobie: „Ale by było, gdyby się okazało, że jestem w ciąży”. Dopiero wtedy wróciło do mnie wspomnienie pierwszej aborcji.

Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego tym razem również się na nią zdecydowałam. Naprawdę nie mam pojęcia, jak mogłam znowu podjąć tę decyzję. Rozmawialiśmy o tym, że będziemy mieć dzieci, ale nie teraz, nie w tej sytuacji, że jeszcze musimy się dotrzeć, musimy znaleźć pracę…

Tym razem już przed zabiegiem miałam poczucie winy, ale i tak to zrobiłam. Potem moje życie układało się dobrze – wzięłam ślub, mam dzieci… Ale w drugiej ciąży, która była zagrożona, tamte wspomnienia do mnie wróciły. „Teraz walczysz o dziecko, a dwójka pozostałych…?” – myślałam. Odbyłam trudną rozmowę z moim mężem na ten temat. Obwinialiśmy się wzajemnie, ale potem stwierdziliśmy, że musimy żyć dalej, bo mamy dla kogo.

Postanowiłam pójść do spowiedzi – generalnej, z całego życia. Poczułam wtedy, że Bóg mi to wybacza. Łatwiej byłoby mi myśleć, że zrobiłam to, bo byłam zgwałcona albo dziecko było chore, a nie z wygody, ale nic już nie mogę z tym zrobić. Żałuję i tęsknię – czasem myślę, jak bym teraz żyła, gdyby były tamte dzieci… Ale uczę się sobie wybaczać. Nie tylko to, również inne błędy. Teraz nawet trochę działam w organizacji pro-life. Wiem, jak to wygląda – sama nagrzeszyła, teraz trzyma się w Kościele i kręci przy prolajferach. Ale ja bym chciała ustrzec inne kobiety przed tym, co sama czułam. Wiem, jak to jest, wiem, czym jest aborcja. Nie chcę, by inne kobiety cierpiały i by dzieci traciły życie.

Marta. Dlaczego musiałam tego doświadczyć?

Postanowiłam z tobą porozmawiać, bo powiedziałaś, że możesz zmienić moje imię, a w tekście nie będzie mojego nazwiska. Dziękuję ci za to. Sama aborcja u mnie była taka, jak u wielu osób, których historie czytam w internecie. Tak, dużo czytam wyznań o aborcji.

Kiedyś byłam „letnio” wierząca. Mieszkałam z mężem i pierwszym synem – byliśmy szczęśliwi i skupieni na dziecku. Pewnego dnia, mniej niż pół roku od porodu, zaczęły mną trząść dreszcze i zrobiło mi się niedobrze. Myślałam, że to zapalenie piersi od ciągłego karmienia (tak, karmiłam piersią!) [Karmienie piersią może opóźniać powrót płodności po porodzie i tym samym zmniejszać szansę na zajście w ciążę. Wiele kobiet sądzi, że karmienie naturalne stanowi formę antykoncepcji, co jednak może mieć miejsce wyłącznie przy spełnieniu kilku dodatkowych warunków – przyp. autorki]. Ale kiedy wszystkie potrawy zaczęły mi się wydawać za słodkie, za słone albo za kwaśne, to dopuściłam do siebie myśl, że jestem w ciąży, bo takie objawy miałam poprzednio. Podjęliśmy decyzję – razem! – że tego dziecka nie może być na świecie. Znalazłam lekarza i usunęłam ciążę.

Na początku poczułam ulgę – święty spokój, mogę wrócić do opieki nad starszym dzieckiem. Chyba trochę udawałam sama przed sobą, że nic się nie stało. Ale potem zaczęłam się czuć coraz gorzej. Drażniło mnie moje dziecko – tak jakby to ono było powodem mojej decyzji, choć przecież to głupie myślenie. Drażnił mnie mój mąż – wiele razy go pytałam, czy czuje się w porządku z tym, co się stało. Mówił, że sam nie wie. To mnie rozwścieczyło, bo zdałam sobie sprawę z tego, że on nie umie o niczym decydować. Chyba od tego zaczął się kryzys w naszym małżeństwie, prawie już pisałam pozew rozwodowy.

Moja przyjaciółka, która widziała, że się zmieniłam, poleciła mi wizytę u psychiatry. Bałam się, ale w końcu poszłam, bo byłam ciągle agresywna i zmęczona psychicznie. Lekarz nie zagłębiał się w moje życie, ale dał mi leki. Podczas kolejnej wizyty opowiedziałam mu o aborcji – powiedział, że coś takiego jak syndrom poaborcyjny jego zdaniem nie istnieje, ale że dla niektórych osób są to złe i niszczące wspomnienia. Powiedział też, że jeśli jestem wierząca, mogę porozmawiać z duchownym.

Poszłam do spowiedzi – i spowiadałam się z tego czynu kilka razy. Moja wiara bardzo się wzmocniła: modliłam się i świadomie czytałam Pismo Święte, czego wcześniej nie robiłam. Wciąż jednak męczyła mnie myśl o aborcji. W końcu jeden spowiednik powiedział mi, że Bóg mi wybaczył i że teraz to ja muszę wybaczyć sobie. Chyba już to zrobiłam.

Czasami zadaję sobie pytanie, dlaczego musiałam tego doświadczyć, czemu nie byłam wtedy bardziej odważna. Ale moje życie jest teraz raczej szczęśliwe.

***

Nie ma jednej zasady, która definiowałaby, jak „mają” czuć się kobiety po aborcji. Jeśli jednak kobieta czuje, że wspomnienie samej aborcji lub towarzyszących jej okoliczności jest dla niej trudne i bolesne, to bez wątpienia warto zgłosić się na konsultację do psychiatry i/lub psychoterapeuty. Osobom wierzącym – nawet nie w sposób ortodoksyjny – pomóc może również kontakt z empatycznym i delikatnym duchownym. Aborcja, jeśli jest traumatycznym wspomnieniem, to coś, co naprawdę można sobie wybaczyć.

 

Niektóre imiona i szczegóły zostały zmienione.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Jesteśmy magazynem i środowiskiem lewicy katolickiej. Piszemy o wykluczeniu, sprawiedliwości społecznej, biedzie, o współczesnych zjawiskach w kulturze, polityce i społeczeństwie. Potrzebujemy stabilnego finansowania – możesz nam w tym pomóc!
Wybieram sam/a
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×