fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Prowokując wyobraźnię – o Aleksandrze Geilkem

Z jedynego znanego nam portretu spogląda na nas zaskakująco spokojny i zadumany młody człowiek z małym psem na kolanach. Jak na skromnego pracownika biurowego z bezwzględnie rozwijającego się miasta, Geilke zaskakuje jednak swoją wyobraźnią i szeroką perspektywą.
Prowokując wyobraźnię – o Aleksandrze Geilkem
Aleksander Geilke, 1930, źródło: „Świat Zwierzęcy”

Mówi się, że kryzys klimatyczny to również kryzys wyobraźni. Niemożność wymyślenia rozwiązań, które mogłyby przezwyciężyć problemy palące naszą planetę. W obliczu tej narracji zawstydzające wydają się teksty łodzianina Aleksandra Geilkego z przełomu lat 20. Oraz 30. ubiegłego wieku, w których proponuje rozwiązania z trudem dopiero przeforsowane w ostatnim czasie, jak również takie, do których jeszcze zbiorowo nie dojrzeliśmy.

Choć łodzianin prowokuje naszą wyobraźnię, to z jedynego znanego nam portretu spogląda na nas zaskakująco spokojny i zadumany młody człowiek z małym psem na kolanach. Można odnieść wrażenie, że oboje patrzą w obiektyw podobnym, niepewnym wzrokiem. Na szczęście nie musimy polegać jedynie na tej uchwyconej obiektywem ulotnej chwili, w dodatku wyblakłej na gazetowym papierze.

Sylwetkę Geilkego przywrócił pamięci Łukasz Smaga, wydając w 2021 roku jego teksty w zbiorze „Eseje o traktowaniu zwierząt”. Ślady działalności aktywisty prowadzą nas do łódzkiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami (TOZ), w którym od 1926 roku pełni funkcję skarbnika, a które pod koniec lat 20. liczy ponad trzysta osób. Co z dzisiejszej perspektywy może zaskakiwać, blisko z TOZ związani są liczni przedstawiciele władz lokalnych i policji. Wówczas dla nikogo nie stanowi to sensacji – ani w Łodzi, ani w innych miastach, gdzie sytuacja wygląda podobnie, a współpraca z przedstawicielami władzy przynosi dobre efekty. Postępowa ustawa o Ochronie Zwierząt z 1928 roku jest jedną z nowych narodowych dum, a wdrażanie jej w życie to wyzwanie, które łączy wiele środowisk. Z dzisiejszej perspektywy najbardziej rewolucyjny wydaje się zapis zabraniający znęcania się nad zwierzętami, pod którym to pojęciem już wówczas kryją się nie tylko ssaki i ptaki, ale również ryby, płazy i owady – wszystkie wymienione bezpośrednio w Ustawie. Znęcanie się nad nimi jest przestępstwem, przy czym karany za nie jest nie tylko sprawca, ale i świadek oraz ten, kto to niego dopuścił, zezwolił na nie lub kogoś do niego zmusił, to znaczy na przykład pracodawca, przedsiębiorca i każda inna osoba. Ustawa o Ochronie Zwierząt załączona zostaje do statutu łódzkiego TOZ.

Statut łódzkiego TOZ, 1931, ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Geilke zapewne dobrze zna przepisy, ale mimo że w Towarzystwie pełni jedynie rolę skarbnika, jest także aktywistą wrażliwym na cierpienie i podmiotowość zwierząt. Gdy przypadkiem trafia w swoim rodzimym mieście na zdelegalizowany w II RP warsztat wypychacza zwierząt, podejmuje się interwencji. Jako członek TOZ może sporządzić urzędową notatkę oraz zgłosić sprawę do sądu, obie rzeczy robi. Ratuje także, leczy, a następnie otwiera okno w swoim pokoju na Mostowej 3 przed szpakiem, aby ten cieszył się wolnością. Opisuje, jak wypatruje go przez okno i żałuje, że już nigdy się z nim nie zobaczy.

Przede wszystkim jednak swój aktywizm wyraża poprzez pisanie, co łączy go z Janiną Maszewską-Knappe. To ona prosto ze swojego warszawskiego mieszkania na ul. Hożej 37/4 od 1929 roku wysyła w Polskę miesięcznik „Świat Zwierzęcy”, a w nim prowokujące i dziś autorskie teksty dotyczące duchowości, języka, zdolności myślenia abstrakcyjnego oraz przede wszystkim praw zwierząt. Nie ma wówczas w II RP innego tego typu pisma, które aż do nieoczekiwanego końca w 1939 roku, pełniłoby tę funkcję.

Zapewne jednak nawet na charyzmatycznej redaktorce robią wrażenie bezkompromisowe poglądy Geilkego. Należy on wówczas do bardzo wąskiego grona zwolenników wegetarianizmu. Sprzymierzeńców dla tej sprawy z trudem i z zawodem szuka wśród innych miłośników zwierząt. Niestety większość z nich należy do grona tych, których nazywa „najbrutalniejszymi drapieżnikami”, bo żywią się innymi istotami tylko „dla przyjemnego podrażnienia podniebienia i zaspokojenia łakomstwa”. Tymczasem już wtedy dietetycy sugerują przecież inne, jarskie możliwości. Dietę warzywną z powodzeniem stosują ówcześnie nawet niektórzy sportowcy. Geilkego przeraża również masowość mordów i traktowanie zwierząt niczym wyrobów na taśmie produkcyjnej, chociaż do takiego stanu rzeczy wówczas jeszcze daleko. Słusznie wyczuwa tu problem, mimo że nawet nie przeczuwa innych nadchodzących zagrożeń dla wielu ekosystemów. Geilke zdaje sobie jednak sprawę, że na urzeczywistnienie wegetariańskich postulatów trzeba będzie czekać stulecia. I z obecnej perspektywy należy mu niestety przyznać rację.

Okładka miesięcznika „Świat Zwierzęcy”, 1929 nr 1 (pierwszy w historii pisma)

Łodzianin angażuje się również w głośną na całą ówczesną Europę kampanię przeciwników testów na zwierzętach. Dla niego to domena moralnie podupadłych ludzi, którzy naszą gatunkową etykę stawiają ponad inne. Wspiera naukowców, którzy odchodzą od tych metod, upubliczniając ich wspomnienia, moralne dylematy oraz niemożność zapomnienia o przeżyciach, których byli świadkami. Dla Geilkego badania, w których cierpią zwierzęta, nie mogą być traktowane jak nauka.

W tym samym szeregu nieuprawnionych i nieetycznych procederów stawia również poprawianie natury poprzez ingerencję w wygląd zewnętrzny zwierząt. Geilke omawia i krytykuje to dziwaczne novum, przyglądając się hodowlom koni oraz psów. Potępia rozmnażanie ich podyktowane chęcią uwypuklenia określonych cech fizycznych. Udowadnia, że wysmuklanie sylwetki koni powoduje rozwijanie przez nie nadmiernych prędkości i może prowadzić do poważnych urazów, a nawet śmierci. Nie wie jeszcze, jak zgubna będzie dla psów ingerencja w anatomię pyska czy tułowia lub genetyczne promowanie określonego umaszczenia, które dzisiaj są przyczyną ślepoty, bezdechu, dysplazji, alergii czy ograniczonej odporności wielu ras. Geilke wówczas może jedynie protestować przeciw przycinaniu psich ogonów i uszu, co zresztą robi. Zastanawia się również, dlaczego nie skupia się większej uwagi na cechach charakteru pupili.

Aktywista zauważa również okrucieństwo mody pozbawiającej zwierzęta futer, skóry i piór. Według Geilkego nie dodaje ona nikomu splendoru – wymienia w swoich tekstach znane już wówczas osobistości, które potrafią obejść się bez zwierzęcych dodatków lub wybierają ich sztuczne zamienniki, nic na tym nie tracąc. Geilke nie może również pojąć umiłowania dla sportów, w których dla zabawy giną ptaki czy byki. Dołącza tym samy do pierwszych przeciwników korridy.

Jak na skromnego pracownika biurowego z bezwzględnie rozwijającego się miasta, zaskakuje swoją wyobraźnią i szeroką perspektywą. Poza przytoczonymi refleksjami, które publikuje na łamach „Świata Zwierzęcego” zastanawia się także, co zrobiliby z ludźmi Marsjanie lub dręczone zwierzęta, gdyby to one były naszymi „panami”. Nieświadomie stawia tym samym pytania, na które dziesiątki lat później będzie próbowała odpowiadać głównie sztuka.

Świat marzeń i odważnych działań, do którego przynależy Aleksander Geilke, kończy się szybko, nie zdążywszy osiągnąć swoich celów. Wraz z nim następuje też koniec świata wielu zwierząt domowych i służbowych, które czeka śmierć w czeluściach ludzkiej historii. Dla nas te wszystkie światy: przeszłości i nieludzkich istot często bywają odległe, a nawet niezauważalne, ale jeśli zmieni się perspektywę, widać, że mogą być nam bliskie. A wyprawa do nich może się okazać niepokojąco ciekawa dla naszych wyobrażeń.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×