fbpx Wesprzyj nas!

magazyn lewicy katolickiej

Błogosławić, a nie przeklinać. Kogo interesuje „Fiduccia suplicans”?

Nie brakuje rodziców i dziadków błogosławiących dzieci i wnuki w związkach jednopłciowych. Nie brakuje księży i zakonnic, którzy błogosławią pary jednopłciowe. Tego Kościoła błogosławiącego bramy piekielne nie przemogą także wtedy, gdy biskupie pałace będą tylko ruinami.
Błogosławić, a nie przeklinać. Kogo interesuje „Fiduccia suplicans”?
ilustr.: Ada Jarzębowska

Deklaracja „Fiduccia suplicans” z dnia 18 grudnia 2023 roku narobiła sporo szumu w polskich mediach. Przyczyną zainteresowania dziennikarzy stała się rzekoma zmiana doktryny Kościoła rzymskiego i domniemane bardziej pozytywne niż dotychczas spojrzenie na związki jednopłciowe. Zmiana nauczania miałaby dotyczyć – dosłowne i w przenośni – „pobłogosławienia” takich związków. Gdy jednak wczytać się tekst dokumentu, tak jak to zrobił na przykład Piotr Popiołek, przeprowadzając analizę na łamach Kontaktu („Błogosławienie par jednopłciowych? Nieporadny szpagat zamiast rewolucji”), szybko można stwierdzić, że z żadną zmianą nauczania Kościoła nie mamy do czynienia. Zupełnie dosłownie much ado about nothing. Skąd jednak ten hałas, takie zamieszanie? Choć o samym dokumencie trudno coś odkrywczego napisać, bo i sam nie jest odkrywczy ani nowatorski, można spróbować nakreślić kilka słów na marginesie zamieszania wywołanego w Polsce jego publikacją.

Skąd to zamieszanie?

Zamieszanie to zdaje się wynikać z dwóch przyczyn. Po pierwsze, stosunek Kościoła w Polsce do związków jednopłciowych (często zupełnie mylnie nazywanych homoseksualnymi) jest odmienny od stosunku większości Polek i Polaków – i różnica ta tylko się pogłębia. Związki jednopłciowe, a także ich formalizowanie, stają się powoli czymś, czemu się ani nie dziwimy, ani nie sprzeciwiamy. Kościół oczywiście w swym nauczaniu nie kieruje się opinią publiczną, a z niezmienności – lub rzekomej niezmienności – swego nauczania jest dumny. W momencie jednak, gdy znaczna część Polek i Polaków zna jakąś lesbijkę, geja, osobę biseksualną, transpłciową, niebinarną lub inną osobę nieheteronormatywną, straszenie nimi jako „ideologią” lub „zarazą” przestaje być skuteczne i robi się coraz bardziej żenujące lub w najlepszym razie śmieszne. Poczucie śmieszności, które budzą w wiernych wypowiedzi polskich hierarchów, jest jednak podszyte grozą. Gdy „zaraza”, jaką mają być w ich opinii osoby LGBT+, jest większym zagrożeniem społecznym niż systemowe ukrywanie pedofili czy bliskie związki ołtarza z tronem, to pojawia się problem, który nie może być uznany za śmieszny, bo jest tragiczny. Nie wolno trywializować okrutnych i nieewangelicznych wypowiedzi biskupów czy, częstszych i łatwiej docierających do lokalnych wspólnot, słów lokalnych proboszczów. Słowa nie tylko ranią, ale i doprowadzają do tragedii. Nikt, kto zajmował się szukaniem pomocy dla niepełnoletniej osoby wyrzuconej za radą proboszcza z domu rodzinnego, nie może banalizować mocy słów wypowiadanych publicznie, z mocą autorytetu i rzekomo zgodnie z wolą Bożą.

Po drugie, wydaje mi się, że zainteresowanie wzbudzone watykańskim dokumentem wynikało z faktu, że nie dotyczył on trudnych zagadnień ortodoksji i doktryny, lecz raczej tego obszaru ortopraksji, który jest znany z życia codziennego: błogosławieństw. Błogosławieństwa mniej lub bardziej uroczyste – na koniec niedzielnej mszy czy błogosławieństwo, jakiego udzielają na przykład rodzice dzieciom – jest czymś znanym, swojskim, rozumianym intuicyjnie, choć może nie do końca precyzyjnie z punktu widzenia teologii. Błogosławieństwo jest zatem wyrażeniem życzliwości, ale z przywołaniem tego, co jest najlepszym gwarantem powodzenia: łaski Bożej. Dla osoby wierzącej w błogosławieństwie nie chodzi więc o proste „wszystkiego najlepszego”, „powodzenia”, czy „bezpiecznej podróży”, ale o przekonanie, że Opatrzność sprzyja ludziom w ich codziennych wysiłkach i zmaganiach.

Moja lankijska przyjaciółka swoje maile do mnie kończy zazwyczaj „Triple Gem bless your life!” lub „may mighty Triple Gem bless u always!”. Nie podzielam przekonań religijnych mojej buddyjskiej przyjaciółki, ale przyjmuję jej błogosławieństwo z radością i wdzięcznością, ciesząc się z tego, że jest mi życzliwa i wyraża to w sposób właściwy dla jej religii i kultury. Tak właśnie często jest pojmowane błogosławieństwo: jako znak życzliwości wyrażanej z odwołaniem się do tego wymiaru istnienia, który jest dla osoby wierzącej najważniejszy.

W mojej opinii właśnie to połączenie niezgody na sposób traktowania osób nieheteronormatywnych przez Kościół ze znajomością z codziennego życia materii, jaką są błogosławieństwa, sprawiło, że dokument z grudnia 2023 roku wzbudził takie zainteresowanie.

Rzecznik polskiego Episkopatu już w trzy dni po publikacji deklaracji pośpieszył z zapewnieniem, że Kościół w Polsce, jak i Kościół rzymski w ogólności, nie błogosławił i nie będzie błogosławił związków innych niż małżeńskie. Skutkowało to przypomnieniem w mediach społecznościowych memów z błogosławieniem traktorów, broni, dróg czy oczyszczalni ścieków – słowem: wszystkiego, co Kościół w Polsce błogosławi, odmawiając jednocześnie błogosławieństwa niektórym własnym wiernym. Do tego doszły jeszcze rozważania o dopuszczalnej długości – 5, 10 a może 15 sekund? – „ludowych”, nieliturgicznych błogosławieństw, które mogą spływać tylko na „odrębne” osoby, a nie na ich związki. Zestawienie uroczystego błogosławieństwa oczyszczalni ścieków dokonywanego przez księdza w odprasowanej komży i w nowej stule z odliczaniem sekund na błogosławieństwo „osób, a nie związku”, dokonywanego „w przelocie” obrazuje mentalność polskich hierarchów.

Wzruszenie ramion

„Fiduccia suplicans” spotkała się z ponadprzeciętną uwagą, wzmocnioną przez przekaz medialny, generalnie jednak zainteresowanie sprawami Kościoła, w tym jego nauczaniem, spada. Wyniki ostatniego spisu powszechnego, spadek liczebności uczniów uczęszczających na katechezę, pustoszejące seminaria i klasztory ilościowo obrazują zmianę głębszą, zmianę o charakterze jakościowym. Moje pokolenie interesowało się nauczaniem Kościoła, nawet jeśli kolejne dokumenty watykańskie czy polskiego episkopatu przyjmowało krytycznie lub czasami z niedowierzaniem. Tak było na przykład dziesięć lat temu, gdy papież Benedykt XVI w Orędziu na Światowy Dzień Pokoju z 1 stycznia 2013 roku, notabene również poświęconym w pewien sposób błogosławieństwom, uznał związki jednopłciowe właśnie za niebezpieczne dla światowego pokoju. Kto nie pamięta, może sięgnąć do gazet z roku 2012, by łatwo stwierdzić, że to raczej nie geje i lesbijki byli w tym czasie (i każdym innym zresztą) zagrożeniem dla pokoju.

Pokolenia, które przejmowały się jednak dokumentami papieskimi i wypowiedziami hierarchów, dyskutowały z nimi, próbowały coś w Kościele zmienić, odchodzą. Na ich miejsce przychodzą nowe, takie, które nie rozumieją, dlaczego czymś, co jest najwyżej materiałem na memy, można się tak przejmować. Walczący z różnymi „ideologiami” Kościół hierarchiczny już niedługo zatęskni za tymi, których uznawał za swoich „wrogów”. W nowych pokoleniach ich już nie znajdzie, bo mianowany „wrogiem Kościoła” może być tylko ktoś, kto choć w najmniejszym stopniu się nim interesuje. Najmłodsi co najwyżej wzruszają ramionami.

Gdy znajomy ksiądz niedawno opowiadał mi z przejęciem o „wrogich” Kościołowi publikacjach w mediach społecznościowych pisarza Jacka Dehnela, na koniec dodał, że właściwe to woli czytać napisane piękną polszczyzną filipiki Dehnela, gdyż jest on erudytą, wypowiadającym się ze znajomością tematu i last but not least jeszcze się Kościołem interesuje. Tymczasem młodsze pokolenia coraz częściej Kościół znają tylko powierzchownie i nie budzi on w nich specjalnych emocji – ani pozytywnych, ani negatywnych. Jacek Dehnel, podobnie jak ja rocznik 1980, choć jest osobą niewierzącą i z Kościołem niezwiązaną, wie o nim jednak dużo więcej niż młodzież młodsza od niego o pokolenie i formalnie do Kościoła należąca, która jednak gromadnie wypisuje się z lekcji religii, żeby czas przeznaczyć na sprawy według nich ważniejsze, na przykład maturę.

Do takiej sytuacji w znacznej części doprowadzili sami ludzie Kościoła. „Kiedy słucham niektórych kazań, czytam niektóre listy pasterskie i teksty religijne, przychodzi mi do głowy, że powinniśmy badać nie tylko przyczyny odchodzenia z Kościoła, ale i to, skąd czerpią siłę i cierpliwość wszyscy, którzy jeszcze zostają” – pisał Tomáš Halík („Popołudnie chrześcijaństwa”, 2022, strona 155). Młodzi głosują nogami i zamiast się im dziwić, coraz częściej dziwmy się tym, którzy mają „siłę i cierpliwość”, by zostać.

W czasie zimowej sesji egzaminacyjnej spotkałem w uczelnianym barku studentów i studentki – zjedliśmy razem zupę. Pytałem ich, jak idą zaliczenia i egzaminy, a oni mnie pytali, czym się zajmuję po zakończonym pierwszym semestrze. Znamy się już kilka lat – kończą powoli swoją akademicka przygodę i jakoś szczęśliwie chcą ze mną rozmawiać także poza zajęciami. Zaznaczyć przy tym trzeba, że pracuję w Rzeszowie, a większość moich studentów pochodzi z małych miejscowości diecezji przemyskiej, rzeszowskiej i tarnowskiej, które mają największe wskaźniki dominicantes (a więc chodzących w niedzielę do kościoła) w Polsce. Gdy opowiadałem im krótko o „Fiduccia suplicans” i tekście, który czytelnik ma właśnie przed oczami, tylko jedna osoba z nich watykański dokument kojarzyła, choć wszyscy słyszeli o błogosławieniu traktorów. „Co z tego, że księża komuś nie błogosławią? Ja dobrze życzę wszystkim” – powiedziała zupełnie serio jedna ze studentek, gdy już kończyliśmy posiłek.

Kościół błogosławiący

Zmarła kilka lat temu, bardzo ważna dla mnie, choć spotkałem ją osobiście tylko raz, klaryska Maria Anuncjata od Najświętszego Serca Pana Jezusa (Helena Procajło, 1937-2019), mawiała, odwołując się do Listu do Rzymian (12, 14), że powołaniem ludzi Kościoła jest błogosławić, a nie przeklinać. Nie wiem, czy wiąże się to ze środowiskiem, w jakim wyrosłem, czy może jest to czymś powszechnym w polskim Kościele, ale jestem przyzwyczajony do obecności błogosławieństw w życiu codziennym. W świecie, jaki znam, rodzice błogosławią dzieciom, babcie i dziadkowie wnukom, starsze rodzeństwo młodszemu, rodzice chrzestni dzieciom chrzestnym, przyjaciele i przyjaciółki sobie wzajemnie. Błogosławieństwo jest wciąż elementem codziennym i nie zliczę, ile razy w życiu mi – i nam – błogosławiono. Wiem, że nie o takim błogosławieństwie wypowiadał się rzecznik Episkopatu, ale to błogosławieństwo okazuje się ostatecznie ważniejsze, bo dokonuje się nie w Kościele instytucjonalnym, który boi się swoich własnych wiernych, ale w Kościele – wspólnocie, który stanowią rodziny, w tym rodziny z wyboru, przyjaciele, bliscy. To jest Kościół, który błogosławi bez wahania i bez sprawdzania płci w metryce urodzenia ani bez okazywania aktu ślubu. Kościół, który błogosławi, a nie przeklina.

Ten Kościół jest bardziej zainteresowany ludźmi niż teologicznymi niuansami, a dzięki temu często bardziej wierny przesłaniu Ewangelii, bo w pierwszym odruchu życzliwy bliźnim, a nie wobec nich nieufny. Jest to często Kościół, którego drzwi są szerzej otwarte niż wrota niejednej polskiej katedry, nieczujący obowiązku wszystko komentować i osądzać. Ludzie tego wspólnotowego Kościoła może nie znają treści różnych deklaracji i adhortacji, ale za to coraz częściej – także w Jaśle, Dynowie i Lubaczowie – wiedzą, że ludzi po pierwsze trzeba słuchać, a nie pouczać, misgenderingu trzeba koniecznie unikać, tożsamość jest czymś bardziej skomplikowanym, niż by to wynikało z dowodu osobistego, a syn czy brat nie jest „zarazą”, tylko człowiekiem. Wiedzą też, że powołaniem chrześcijan jest błogosławić, a nie przeklinać. Niby są to drobne sprawy, ale wielu dobrze wykształconych i wyposażonych w doktoraty rzymskich uniwersytetów polskich biskupów jeszcze tego nie wie.

Ten bliski mi Kościół, coraz pewnie liczebnie mniejszy, będzie Kościołem błogosławiącym bez oglądania się na przyzwolenie hierarchów. Przecież nie brakuje ojców i matek, dziadków i babć błogosławiących swoje dzieci i wnuki przyjeżdzające na święta czy ferie razem ze swoimi partnerami, mężami i żonami, bez względu na ich płeć. Nie brakuje też osób konsekrowanych, nie tylko księży, ale także na przykład zakonnic, które błogosławią pary jednopłciowe, błogosławiąc nie tylko osoby, ale i związki, wcale przy tym nie odliczając do piętnastu sekund. Ten Kościół błogosławiący przetrwa, jestem o tym głęboko przekonany, a bramy piekielne go nie przemogą, także wtedy, gdy biskupie pałace dawno będą tylko ruinami.

Potrzebujemy Twojego wsparcia
Od ponad 15 lat tworzymy jedyny w Polsce magazyn lewicy katolickiej i budujemy środowisko zaangażowane w walkę z podziałami religijnymi, politycznymi i ideologicznymi. Robimy to tylko dzięki Waszemu wsparciu!
Kościół i lewica się wykluczają?
Nie – w Kontakcie łączymy lewicową wrażliwość z katolicką nauką społeczną.

I używamy plików cookies. Dowiedz się więcej: Polityka prywatności. zamknij ×