dwutygodnik internetowy
03.06.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wystawa w autobusie, czyli krótka historia muzeobusów

Skupiamy się na tym, co dzieje się w muzeum, podczas gdy równie istotne jest to, na ile muzeum potrafi opuścić swój budynek tylnymi drzwiami. Co gdyby wynieść eksponaty, zostawić gmaszysko i wyruszyć z nimi w trasę?

Tekst pochodzi z numeru „Polska na eksport” („Kontakt” 17/2011).

 

Budujemy w Warszawie kolejne muzea, inwestujemy w ekscentryczną architekturę, która sama w sobie może być dla zwiedzającego atrakcyjnym kąskiem, chętnie też dyskutujemy o teoretycznych założeniach wystaw i kuratorskich zabiegach. Skupiamy się na tym, co dzieje się w muzeum, podczas gdy równie istotne jest to, na ile muzeum potrafi opuścić swój budynek tylnymi drzwiami. Co gdyby wynieść eksponaty (lub chociaż znaczenia, które zawierają), zostawić gmaszysko i wyruszyć z nimi w trasę?

Ilustracje: Olga Micińska

 

Muzeobus to pojazd, coś pomiędzy ciężarówką a autobusem z obwoźną wystawą w przyczepie. Służy transportowaniu zbiorów muzeum do mieszkańców mniejszych miejscowości. Z zewnątrz wygląda jak zwykła ciężarówka, ale w swoim wnętrzu kryje muzealną salę, w której rozwieszono płótna na podmalowanych ścianach, mniejsze przedmioty zabezpieczono w gablotach, a rzeźby mocno przytwierdzono do postumentów. Ekspozycje ogląda się wchodząc do środka i towarzyszy jej zwykle edukacyjne nagranie. Muzeobus przejeżdża przez kolejne miejscowości i prezentuje swoje zbiory na rynkach, placach lub szkolnych boiskach.

Współcześnie na polskie drogi muzeobusy wysyła Muzeum Lotnictwa w Krakowie i Centrum Nauki Kopernik z Warszawy. Nikt nie jest już na tyle szalony, żeby tak jak kiedyś, pakować do ciężarówki gwasze czy płótna zagrożone każdym skokiem wilgotności lub ubezpieczone na ciężkie pieniądze obrazy o „narodowej” wartości. W autobusach jeżdżą więc laboratoria edukacyjne – w przypadku Centrum Nauki Kopernik maszyny czy programy do przeprowadzania doświadczeń fizycznych. Docierają do szkół w całej Polsce, których uczniowie nie mogliby przyjechać do najnowocześniejszego centrum nauki w Polsce. Z kolei Muzeum Archeologiczne w Elblągu wysyła do szkół specjalne skrzynie z kopiami eksponatów i scenariuszami zajęć szkolnych. Warszawska Zachęta nie wysyła autobusu z dziełami, ani kopii prac, podróżuje jednak do mniejszych miejscowości z warsztatami dla nauczycieli, ucząc o tym, jak mówić o sztuce.

 

Wbrew pozorom muzeobus nie jest kulturalną nowinką. W 1953 UNESCO zaleciło wszystkim krajom członkowskim zaopatrzenie się z muzeobusy. Kusiło je wizją demokratyzacji kultury, która będzie mogła docierać do najbiedniejszych regionów o surowym klimacie i niskiej stopie życiowej. Źródłem tej kulturalnej akcji humanitarnej jest wszakże przekonanie o odpowiedzialności „centrum” za cały region. Muzea, do tej pory przepastne magazyny składujące i otaczające opieką zabytki, zamieniają się w wielkie dystrybutornie – eksponatów i wiedzy.

Viriginia Artmobile – najsłynniejszy z muzeobusów, to dziecko amerykańskiej reformy nauczania przeprowadzonej pod koniec lat pięćdziesiątych. Przeznaczono wtedy duże subwencje na różne formy edukacji pozaszkolnej, na czym bardzo skorzystały właśnie muzea.

 

Muzeum Sztuk Pięknych w Richmond w stanie Virginia od lat pięćdziesiątych doczekało się aż czterech takich muzueobusów. Każdy woził inną wystawę malarstwa, zmienianą co pół roku lub w przypadku dłuższych tras o gęstszych przystankach, co dwa lata, już po wykonaniu całego tournée. Muzealna flotylla była wyposażona w klimatyzację, instalację przeciwpożarową, specjalny system antywłamaniowy i niewielką markizę wspartą na aluminiowych rurkach, którą rozwijano nad wejściem. Nieco kempingowy wygląd dopełniały rozkładany stolik z wydawnictwami i okienko z kontuarem, z którego udzielano zwiedzającym informacji, sprzedawano pamiątki lub napoje.

Za całe przedsięwzięcie odpowiedzialny był tak zwany driver-curator, który oprócz prowadzenia pojazdu czuwał, by widzowie dobrze czuli się na wystawie, i upewniał się, że dostarczane różnymi kanałami informacje są zrozumiałe. Wystawy konstruowano na bazie zbiorów muzeum w Richmond. Mieszkańców stanu zapoznawano więc ze sztuką flamandzką XVI wieku, sztuką chińską i egipską. Treść nagrań, filmów i plansz konsultowano ze stanowymi centrami edukacji pozaszkolnej. Wycieczkom przygotowywano specjalne pakiety zagadnień i dalszych zadań do wykonania na lekcjach. Ta różnorodność stosowanych środków edukacyjnych przy jednoczesnym wykorzystaniu tego, co nowoczesne, jest z perspektywy czasu imponująca.

 

W Polsce tradycja objazdowych wystaw rozpoczęła się zaraz po wojnie. Po kraju krążyły wystawy malarstwa, literatury, fotografii i sztuki ludowej. Każdorazowo montowano je w lokalnych ośrodkach kultury lub szkołach. Autobus, do którego wchodzi się obejrzeć wystawę, a nie tylko środek transportu dzieł sztuki, był niestety tylko jeden i dojeżdżał do wsi, gdzie naprawdę nie było już możliwości bezpiecznego powieszenia wystawy. „Trybuna Wolności” podaje co bardziej interesujące parametry muzeobusu: długość przyczepy – trzynaście metrów, szerokość – dwa i pół, wyposażona w wentylację, oświetlenie – elektryczne, zasilane z agregatora. Inne gazety notują entuzjastycznie, że „Muzeum Narodowe samo jedzie do widza”, „Sztuka dotrze do wszystkich zakątków kraju”, relacjonują trasę przejazdu muzeobusu: „Wystawa w autobusie, ale nie… w PKS objedzie 22 miejscowości Polski”.

Wystawy objazdowe jako inicjatywa państwowa były obciążone misją propagowania nowej socjalistycznej polityki kulturalnej. Przygotowując grunt pod doktrynę socrealizmu, pokazywano „wielki realizm” – dziewiętnastowieczne malarstwo historyczne. I tak Grottger, Matejko i Siemiradzki trafili pod polskie strzechy. Kursy wystaw były przewidziane przede wszystkim na tereny ziem odzyskanych, Śląsk, Pomorze, Mazury, Białostocczyznę i okolice Lublina. Nowa akcja muzealnicza w Polsce była więc nie tyle projektem upowszechniania sztuki, ale inicjatywą stricte polityczną, mającą na celu polonizację przyłączonych terenów. Dlatego też oprócz wielkich malarzy muzeobusami podróżowali Kopernik, Kościuszko, Mickiewicz i Norwid.

 

Z właściwym dla tego czasu stylu podsumował to pewien działacz partyjny z Elbląga: Wystawa przypomina wielką rolę, jaką pełnił Kopernik, bojownik i pionier postępu i myśli wolnej nieskrępowanej przesądami średniowiecza i religii katolickiej. Z kolei w księdze pamiątkowej wystawy „Mickiewicz – Puszkin” zanotowano: [muzeobus] jest bardzo mądrym pomysłem, gdyż udostępnia szerokim masom społeczeństwa zapoznanie się z geniuszami, którzy prowadzili i prowadzą ludzkość do lepszego jutra.

 

***

Muzeobus to metafora postawy, jaką przyjmuje muzeum wobec rzeczywistości. Wprawdzie motywacje i cele mogą być różne, wspólna jednak pozostaje idea dzielenia się wiedzą. W Stanach Zjednoczonych grupę, do której chciano dotrzeć, stanowili wszyscy mieszkańcy stanu Virginia, w Polsce lat powojennych byli to chłopi i robotnicy. Pytanie, do kogo miałyby się udać teraz polskie muzeobusy?

Katarzyna Rokosz, dyrektorka działu edukacyjnego Muzeum Narodowego w Warszawie, autorka projektu „Muzeum na wynos”, pokazuje długą listę. Znajdują się na niej grupy młodzieży i dzieci wykluczonych z życia społecznego z powodu choroby, niepełnosprawności, niskiej stopy życiowej. Muzeum jeździ więc do szkół specjalnych, ośrodków opieki, hospicjów, szpitali dziecięcych. Edukatorki prowadzące warsztaty podróżują z muzeum zapakowanym w walizkę, tubę lub teczkę, zestawem, który można wygodnie przewieźć publicznymi środkami transportu. Cały zestaw został zaprojektowany i wykonany przez Rygalik Studio. Zadbano o wysoki poziom estetyczny przedmiotów, uznając, że jednym z zadań muzeum jest także promowanie dobrego wzornictwa. Walizki i tuby zawierają przedmioty potrzebne do przeprowadzenia interaktywnych warsztatów: miniatury eksponatów, z których uczestnicy komponują własne sale muzealne, robią do nich podpisy i oprowadzają się nawzajem; zestaw przedmiotów z pracowni malarza (pędzle, jajka, olej i pigmenty do zrobienia farb); reprodukcję obrazu i rekwizyty z obrazu, które pozwalają dzieciom rozwikłać zagadkę ukrytą w obrazie. „Muzeum na wynos” właśnie rozpoczęło drugi sezon zajęć. Są one bezpłatne i cieszą się wzięciem wśród dziecięcych ośrodków specjalnych.

 

Być może Piotr Piotrowski, były dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, zarzuciłby temu otwarciu populizm. Autor koncepcji muzeum krytycznego postuluje powołanie muzeum jako instytucji zaangażowanej w aktualne problemy społeczne, będącej agorą ścierających się poglądów i postaw. Wydawałoby się, że dla osiągnięcia tych celów właściwym projektem jest „Muzeum na wynos”. Przekracza bowiem utarte schematy działania instytucji i dociera do grup społecznych wykluczonych z życia kultury. Tymczasem o „Muzeum na wynos” nie słyszeliśmy prawie wcale. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcono w tym samym czasie wystawie „Ars Homo Erotica”.

Głośno nie było ani o projekcie „Zachęt na kółkach”, ani o podróżujących lekcjach fizyki. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn jedna z ważniejszych funkcji muzeum – upowszechnianie, wciąż zajmuje drugorzędne miejsce. O edukacji w muzeum mówi się tyle, że jest ważna, ale już nie przeznacza się na nią dodatkowych środków. Za niewielkie pieniądze można przeprowadzić tylko wykładowe lekcje muzealne, które większość z nas niechętnie wspomina. Marzyłoby się, żeby projekty takie jak „Muzuem na wynos” czy „Zachęta na kółkach” były flagowymi projektami tych instytucji, a dziedziniec w Alejach Jerozolimskich mógł zamienić się w zajezdnie nowoczesnych artmobili.

 

Dziękuję Katarzynie Rokosz (Muzeum Narodowe w Warszawie) i Annie Straszewskiej (Instytut Sztuki PAN) za rozmowy i udostępnione mi materiały.

Tekst pisany w pierwszej połowie 2011 roku.

 

Przeczytaj inne teksty Autorki.