dwutygodnik internetowy
21.05.2018
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Wyobraźnia zagrożona

Polsce potrzeba nowej wyobraźni politycznej, a ministerialne dotacje dla czasopism mogłyby sprzyjać jej kształtowaniu. Musiałyby jednak wyglądać zgoła inaczej niż w ostatnich latach.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Rafał Matyja w wydanym niedawno przez Karakter „Wyjściu awaryjnym” stawia bolesną diagnozę polskiej polityki. Najważniejszym problemem tej ostatniej – powiada – jest anachroniczna wyobraźnia, która nie pozwala naszemu państwu odpowiadać na nowe wyzwania. Oprócz Ośrodka Studiów Wschodnich nie doczekaliśmy się w wolnej Polsce żadnej poważnej i trwałej instytucji rozpoznającej sytuację międzynarodową w sposób niezależny od doraźnych gier personalnych i partyjnych. Nie potrafiliśmy dogłębnie diagnozować problemów kraju i na chłodno oceniać kluczowych reform. Nie wymyśliliśmy mechanizmów obsadzania istotnych stanowisk ludźmi raczej kompetentnymi niż personalnie związanymi z władzą. Nie odnowiliśmy wyobraźni historycznej, w ramach której „kilkuosobowa konspiracja bardziej przykuwa uwagę niż pojawienie się oświetlenia w miastach czy asfaltowych dróg”. We wszystkich tych wymiarach rządy Prawa i Sprawiedliwości nie są zerwaniem z dotychczasową polityką III RP, lecz jej pogłębieniem.

Matyja pokazuje, że przyczyną tych zaniedbań nie były indywidualne cechy polityków, ale splot czynników strukturalnych, takich jak trwałość układów klientelistycznych od czasów PRL albo niechęć społeczeństwa do kolejnych gwałtownych zmian po trudnym okresie transformacji. Od 2005 roku opanowanie życia publicznego przez rywalizację PO–PiS coraz bardziej sprowadza dyskusje polityczne do poziomu konfliktów personalnych, wzmacnia polaryzację tożsamościową w społeczeństwie i w rosnącym stopniu utrudnia rzetelną, twórczą refleksję nad stanem państwa. Z tego powodu niewielkie jest prawdopodobieństwo, że impuls do zmiany popłynie ze świata parlamentarnej polityki.

Diagnoza ta nie jest jednak beznadziejna. Szansę na rozpoczęcie przemian wyobraźni upatruje autor w osobach, które w wymiarze pokoleniowym, towarzyskim oraz intelektualnym nie są uwikłane w dominujący dotąd w Polsce układ relacji społecznych. Chodzi o „setki […] ludzi pracujących na co dzień nad «ogarnianiem» złożoności świata”, których umiejętności w tej chwili „utopione są w intelektualnym kisielu słabych instytucji i mediów”. Rafał Matyja proponuje wsparcie przez państwo różnych form komunikacji i współpracy między tymi osobami, aby dzięki ich wysiłkowi mógł powstać nowy język, wspomagający polityków w tworzeniu nieoczywistych wizji przyszłości Polski.

Sądzę, że taką rolę odgrywają między innymi czasopisma ideowe i związane z nimi środowiska – te, które są oddalone od głównych ośrodków partyjnego sporu, przez co łatwiej przychodzi im myślenie poza przeważającymi w nim schematami. Periodyki mogłyby jednak spełniać to zadanie lepiej, gdyby zajmowały pozycję, która pozwoliłaby im na stabilne funkcjonowanie, a równocześnie nie usunęła dystansu między nimi a władzą.

I tak dochodzimy do rządowego konkursu na dotacje dla czasopism.

Pieniądze dla swoich

Kolejne edycje programu „Czasopisma” ogłaszane są co roku przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Podobnie jak w minionych latach, tak i teraz wyniki konkursu wzbudziły żywe zainteresowanie – między innymi dlatego, że pod kreską znalazła się grupa znanych pism, które w 2015 roku uzyskały trzyletnią dotację i dopiero teraz stanęły w szranki pod rządami Zjednoczonej Prawicy. „Więź”, „Znak”, „Kultura Liberalna”, „Res Publica Nowa”, „Zeszyty Literackie”, „Czas Kultury” i „Ha!art” mogą jeszcze liczyć na zmianę rozstrzygnięcia w procedurze odwoławczej, tutaj jednak wszystko zależy od osobistej decyzji ministra Piotra Glińskiego. Losy „Przeglądu Politycznego”, „Liberté”, „Krytyki Politycznej”, którym od 2016 lub 2017 roku konsekwentnie odmawia się funduszy, zapewne nie napawają tamtych redakcji optymizmem. A środków nie otrzymały i takie periodyki jak „Midrasz”, „Mały Format”, „Zagłada Żydów” czy „Non/fiction – Nieregularnik Reporterski”.

Jak ma się to do książki Matyi? Otóż odcinając od pieniędzy periodyki nieprzychylne władzy lub po prostu związane z odmienną opcją ideową, rządzący na dwa sposoby zmniejszają szansę odnalezienia wyjścia awaryjnego. Po pierwsze, utrudniają funkcjonowanie środowiskom o innej perspektywie, a przez to zawężają obszar refleksji; po drugie, sygnalizują przyjaznym redakcjom, że zbytnia niezależność może skutkować wycofaniem dotacji (i to już za rok). Nie sprzyja to ograniczaniu obszaru stosunków klientelistycznych.

Owszem, środki uzyskało też parę tytułów, które dość często są otwarcie krytyczne wobec Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi o „Nową Konfederację”, „Nowego Obywatela” i „Kontakt”, umieszczone – odpowiednio – na 48, 53 i 84 pozycji ministerialnej listy. Nie są to miejsca eksponowane, nie jest to wiele pism, a i kwoty trudno uznać za bardzo wysokie: wsparcie dla „Nowej Konfederacji” pokryje około 18 procent jej wydatków, „Kontakt” otrzyma połowę środków, o które wnioskował (za to na trzy lata z góry), a „Nowy Obywatel” – niecałe 60 procent. Nadal jednak rzecz zasługuje na odnotowanie.

Z drugiej strony – czy to jakiś postęp? Aby móc odpowiedzieć na to pytanie, przygotowałem wykaz dotacji dla wybranych czasopism społecznych i politycznych w latach 2012–2018, czyli od pierwszego konkursu drugiej kadencji PO i PSL do chwili obecnej. Oto, co zaobserwowałem:

1. Kilka pism prawicowych bądź konserwatywnych („Arcana”, „Teologia Polityczna”, „Pressje”, „Christianitas”, „Fronda”) regularnie otrzymywało dofinansowanie zarówno w poprzedniej, jak i w obecnej kadencji parlamentarnej.

2. Z kolei część istotnych periodyków centrowych, liberalnych bądź lewicowych po 2015 roku nie mogła już liczyć na pieniądze. Dotychczas dotyczyło to „Liberté”, „Przeglądu Politycznego” czy „Krytyki Politycznej”, które ubiegały się o wsparcie w trybie rocznym; teraz do tego grona mogą dołączyć pisma kończące właśnie cykl trzyletni (część periodyków może jednak jeszcze zdobyć środki w odwołaniach).

3. Równocześnie w poprzedniej kadencji „Res Publica Nowa”, „Więź”, „Znak”, „Kultura Liberalna” oraz „Krytyka Polityczna” otrzymywały znacznie wyższe dotacje niż cała reszta czasopism społeczno-politycznych (z wyjątkiem „Frondy”, której z tych czy innych powodów przyznawano niemal 100 tysięcy złotych rocznie). Dopiero w ostatnim czasie do wieloletnich sum przekazywanych takim redakcjom zbliżyły się łączne fundusze pozyskane przez „Pressje” czy „Christianitas”.

Czy zatem w kadencji PO i PSL było lepiej niż teraz? Nie jestem pewien. Nie sądzę jednak, aby było gorzej.

Tak czy inaczej, w obecnej sytuacji ważna jest solidarność czasopism i warto odnotować niedawny list otwarty, pod którym podpisały się osoby związane z rozmaitymi środowiskami. Zresztą jeszcze w 2014 roku, kiedy „Kontakt” nie zdobył dofinansowania (potem udało się to zmienić w odwołaniu), nasz magazyn wraz z wieloma innymi podpisał apel do ministra kultury, aby zwrócić uwagę na nieprzejrzystość procedur konkursowych oraz ich uzależnienie od ideowego profilu czasopism. Zmiany w tej dziedzinie nadal są niezbędne.

Lub czasopisma

Położenie pism, które nie otrzymują dofinansowania, jest szczególnie trudne, jednak całe środowisko musi się mierzyć z wieloma problemami. Redaktorzy i redaktorki tak czy inaczej pracują zwykle bez wynagrodzeń, w różnych proporcjach motywowani etosem, sposobnością do zabierania głosu w istotnych sprawach czy też więziami towarzyskimi. Ograniczona jest też możliwość płacenia za teksty. Jedno i drugie wyklucza tych, którym typ pracy zawodowej w połączeniu z innymi obowiązkami uniemożliwia hobbistyczne zaangażowanie. Ponadto roczny cykl dotacji utrudnia planowanie działalności pisma w skali większej niż parę numerów.

W tych warunkach różne redakcje coraz częściej apelują o wsparcie do czytelniczek i czytelników. „Bez Ciebie portal i pismo znikną”, „Dalsze wydawanie magazynu zależy jedynie od Państwa zaangażowania”, „Nie mogąc liczyć na kieszeń publiczną, musimy się pokłonić kieszeniom prywatnym”, „To darowizny od obywateli dobrej woli najbardziej przyczyniają się do realizacji […] [naszej] misji”, „Pozwólcie przetrwać i rozwijać się jednemu z […] magazynów o tematyce społeczno-politycznej”… Takie rozproszone finansowanie ma swoje zalety, ale ma też jedną podstawową wadę: jest zbyt niskie. Nawet „Więź”, której miesięczne wpływy w serwisie Patronite osiągnęły niedostępny dla innych pism poziom 4 tysięcy złotych, przy otrzymywaniu tej kwoty przez cały rok uzyskałaby – po uwzględnieniu prowizji – około 45 tysięcy. To wciąż znacznie mniej, niż wynosiła ostatnia dotacja rządowa dla kwartalnika (choć należałoby jeszcze doliczyć nieokreśloną sumę darowizn przesyłanych innymi drogami).

Mogą się zdarzać i takie periodyki, którym darczyńcy przekazują większe kwoty – w przypadku „Nowej Konfederacji” w ostatnim miesiącu były to 22 tysiące złotych (zupełnie bez złośliwości gratuluję!). Nie zmienia to jednak ogólnych cech publiczności czasopism, o jakich mowa. W istotnym stopniu tworzą ją osoby, które włożyły – lub wkładają – wiele trudu w pogłębianie tradycyjnych kompetencji humanistycznych, a te w wyniku przemian cywilizacyjnych coraz trudniej przełożyć na pieniądze (maleje również kulturowe znaczenie takich umiejętności). O ile więc pomoc wiernych czytelników i czytelniczek jest istotna, o tyle nie rozwiąże ona strukturalnego problemu z finansowaniem działalności czasopism. Ponadto ryzykowna wydaje się sytuacja, w której część wsparcia dla użytecznych publicznie inicjatyw zależy od prywatnej infrastruktury – jeśli dany portal crowdfundingowy z jakiegoś powodu zakończy działalność, współpracujące z nim periodyki mogą mieć trudności z ponownym dotarciem do wspierających i odtworzeniem źródeł finansowania.

Bez środków państwowych czasopisma nie będą mogły pełnić swojej funkcji, którą jest wzmacnianie ideowej różnorodności w sferze publicznej i kształtowanie nowych sposobów myślenia o polskich sprawach. Takie cele zasługują chyba na bardziej klarowny i niezależny od bieżącej polityki system wsparcia, a być może również na nieco wyższy budżet. W tym roku na program „Czasopisma” przeznaczono ponad 5 milionów złotych, co wydaje się znaczącą kwotą, ale nie wystarcza do spełniania powyższych zadań. Trzeba również pamiętać, że niewielkie periodyki funkcjonujące poza prostymi sporami tożsamościowymi mogą łatwiej oprzeć się pokusom i presjom całego sektora medialnego (na przykład zaostrzaniu i upraszczaniu przekazu w pogoni za kliknięciami). Zapewnienie im tej możliwości wymaga nader skromnych środków w porównaniu z tymi, którymi operują duże dzienniki, tygodniki czy telewizje.

Oprócz kwestii budżetowych warto zadbać o sprawne i wczesne rozpatrywanie wniosków. Zgodnie z ministerialnymi wytycznymi i regulaminem konkursu wyniki miały pojawić się na stronie ministerstwa do końca marca (co samo w sobie byłoby późnym terminem), a tymczasem zostały ogłoszone dopiero 11 maja. Na rozpatrzenie odwołań minister ma czas przynajmniej do 11 czerwca, a „w uzasadnionych przypadkach” wytyczne dopuszczają decyzję w terminie nieokreślonym. Transfer środków to być może następne parę miesięcy. Jeżeli więc „Nowy Obywatel”, który od razu otrzymał pozytywną decyzję, szykuje się na przelew w październiku, to ewentualny sukces w fazie odwoławczej może oznaczać, że pieniądze na działalność w 2018 roku dotrą do części odbiorców w listopadzie.

Jako redaktor „Kontaktu” występuję tu również we własnej sprawie (choć nam akurat przyznano pewne środki). Nie chcę jednak sugerować, że czasopisma ideowe są lekarstwem na wszystkie bolączki polskiego życia publicznego. Stanowią przestrzeń, w której mogą rozwijać się zalążki nowej wyobraźni politycznej, ale w dobrze działającym państwie tego rodzaju instytucji – nie tylko periodyków – byłoby znacznie, znacznie więcej. Cały system takiej pracy nad myśleniem i językiem powinien opierać się na porządnym finansowaniu publicznym, a nie na czasie wolnym grupek zapaleńców.

Stabilność i niezależność czasopism jest ważna, ale nie ma co się łudzić, że wystarczy do spełnienia zadań wskazywanych przez Rafała Matyję. To tylko wierzchołek góry lodowej.

***

PS. Kilka dni po opublikowaniu tekstu postanowiłem uwzględnić nieco dodatkowych danych. Do tabeli z wykazem dofinansowań dołączyłem informacje za 2011 rok, sprawdziłem też, które dotacje przyznano w pierwszym rozdaniu, a które po odwołaniach. Wyniki opisałem tutaj.

W największym skrócie – lata 2011 i 2015 były lustrzanym odbiciem roku 2018: na początku żadne lub prawie żadne konserwatywne pismo społeczno-polityczne nie otrzymało pieniędzy, zmieniło się to dopiero pod wpływem odwołań. Obecnie więc jestem skłonny oceniać politykę PO i PSL w tej dziedzinie tak samo źle, jak politykę PiS (chyba że nawet w odwołaniach żadne z nieprawicowych pism nie uzyska dotacji).

A przy okazji chciałbym odnotować i pochwalić kolejny list otwarty, pod którym znalazły się podpisy szeregu prawicowych publicystów. To ważny gest solidarności ponad podziałami.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.

Polecamy także:

Dziurawą łyżką z pustego w próżne

Bodnar: System istnieje tylko teoretycznie

Jankowski: Specjalizacja – emigracja