dwutygodnik internetowy
14.08.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Michalak: Szefowi nie zaimponujemy znajomością Dostojewskiego

Coraz trudniej jest mieć poczucie, że czytając książki, dotykamy czegoś ważnego również dla innych. Na imprezie łatwiej porozmawiamy o bieganiu lub serialu „Gra o tron” niż o książce.

ilustr.: Anna Libera

ilustr.: Anna Libera

Z Dominiką Michalak rozmawia Stanisław Krawczyk.

STANISŁAW KRAWCZYK: Jesteś jedną z osób, które w ostatnich latach zajmowały się najbardziej znanymi ogólnopolskimi badaniami czytelnictwa, zlecanymi przez Bibliotekę Narodową. Ale takie badania nie zaczęły się wczoraj.

DOMINIKA MICHALAK: To prawda, reprezentatywne ogólnopolskie sondaże czytelnictwa odbywają się od lat 70. Wcześniej prowadzono sporo mniejszych badań, mierzono poziom alfabetyzacji, istnieje też trochę długoterminowych danych na temat nakładów książek i prasy.

Ile więc wiemy o przemianach czytelnictwa w dłuższej perspektywie czasowej?

Nie aż tak znowu wiele, bo danych zbieranych różnymi metodami nie można ze sobą zestawiać wprost. Ale jeśli już opowiadać historię czytelnictwa, to najłatwiej od końca, rozpoczynając od zjawisk współczesnych i podporządkowując całą opowieść naszym dzisiejszym troskom.

W paru niedawnych raportach (z badań prowadzonych w 2012, 2014 i 2015 roku) podkreślamy na przykład, że socjalizacja do czytania przebiega dziś przede wszystkim w sferze prywatnej: w domu rodzinnym i wśród przyjaciół. Ze statystycznego punktu widzenia szkoła, agora lub rynek pracy tylko w sporadycznych wypadkach czynią ludzi czytelnikami na całe życie. O tym, czy nasi respondenci czytają, przesądzają z jednej strony dawne starania wychowawcze ich rodziców, a z drugiej – fakt, że obecnie czyta się w ich rodzinie lub gronie znajomych. W uproszczeniu: czytanie najczęściej deklarują te osoby, które miały i wciąż mają wokół siebie innych czytelników.

Tymczasem w przeszłości – zarówno w okresie międzywojennym, jak i powojennym – zapał do czytania częściej udzielał się ludziom ponad granicami wyznaczanymi przez środowisko rodzinne czy przyjacielskie. Książki były atrakcyjne również dla dzieci osób niepiśmiennych i nieczytających. Kto chce się przekonać, z jaką dumą pisali o swoich czytelniczych doświadczeniach przedwojenni mieszkańcy wsi, może zajrzeć choćby do „Młodego pokolenia chłopów” Józefa Chałasińskiego. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to bardzo ciekawa praca, bo nie tylko z badanych pamiętników, ale również z komentarzy autora bije przekonanie o samodzielnej wartości literatury i jej życiowej przydatności.

A zatem wcześniej nowe grupy czytelników mogły wyodrębnić się ze środowisk, w których dostęp do książki był utrudniony, a dziś jest to mało prawdopodobne. Czy w takim razie można mówić o zamykaniu się środowisk czytelniczych?

W pewnym sensie tak. Statystyczny młody chłopak (lub dziewczyna), którego (której) rodzice i przyjaciele raczej nie czytają ani nie cenią książek, prawdopodobnie się nimi nie zainteresuje – a przecież ich dostępność dla młodych ludzi jest znacznie większa niż przed wojną lub tuż po niej.

Warto więc zastanowić się nad tym, na czym właściwie polega zamykanie się kultury książki. Barierą nie jest dzisiaj ani brak książek, ani niepiśmienność. Chodzi raczej o to, że czytanie książek przestało być zajęciem postrzeganym powszechnie jako doniosłe, twórcze, ciekawe, przynoszące korzyści lub w jakiś inny sposób atrakcyjne. Czytanie nadal się ceni, ale nie ponad podziałami. Bez wątpienia stanowi ważną wartość dla pewnych lepiej lub gorzej zintegrowanych środowisk: warstw, w których książka była obecna od pokoleń, fanów jakiegoś popularnego gatunku literackiego, ludzi z racji profesji silnie związanych z książkami. Są też rzesze czytelników okazjonalnych, sięgających po książkę raz, dwa razy w roku.

Badania Biblioteki Narodowej wskazują, że mamy dziś do czynienia ze spadkiem poziomu czytelnictwa. Bardzo chętnie podchwytują to media. Jak te wskaźniki zmieniały się wcześniej?

Nie ma niestety porównywalnych danych statystycznych, które pozwoliłyby nam odtworzyć poziom czytelnictwa książek w ciągu, powiedzmy, ostatnich stu lat. Ze spisów powszechnych wiemy jednak, że krótko po pierwszej wojnie światowej mniej więcej jedna trzecia populacji powyżej dziesiątego roku życia była niepiśmienna; w latach 30. odsetek ten był nieco niższy, nieznacznie przekraczał jedną piątą. Wiemy też, że w tym okresie istniały znaczne różnice między poszczególnymi regionami, mniejszościami kulturowymi, a także między wsią a miastem. Tych kilka prostych informacji możemy zestawić z wielkim sondażem czytelnictwa przeprowadzonym w 1972 roku, z którego wynika, że co najmniej jedną książkę w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przeczytało ponad 60 procent Polaków powyżej piętnastego roku życia, w tym prawie wszyscy uczniowie i studenci (tymi badaniami zajmowali się Elżbieta Wnuk-Lipińska i Edmund Wnuk-Lipiński).

Mamy tu dwa całkiem odmienne społeczeństwa, rozdzielone tragedią wojny i społecznymi kataklizmami okresu stalinowskiego. Społeczne hierarchie ustalały się w nich na innych zasadach – kulturowemu zróżnicowaniu pierwszego społeczeństwa możemy przeciwstawić bardziej jednorodny i wrogi różnicom charakter drugiego. Myśląc o czytelnictwie, nie możemy tu więc niczego porównywać wprost. Warto natomiast zastanowić się nad tym, czy przejście od społeczeństwa, w którym nadal problemem jest analfabetyzm, do takiego, w którym czytanie książek staje się rozrywką większości, nie stanowi jednego z wymiarów błyskawicznej powojennej modernizacji, której traumatyczne źródła opisał Andrzej Leder w „Prześnionej rewolucji”.

W każdym razie dla badacza czytelnictwa powinno być jasne, że przemiany struktury społecznej i form uczestnictwa w kulturze są z sobą ściśle powiązane. Kiedy zmieniały się zasady, na jakich ludzie przyznawali sobie dobra i zaszczyty, zmieniał się również zasięg oddziaływania literatury i chyba także sama literatura.

Czy spadek czytelnictwa, który nastąpił w Trzeciej Rzeczypospolitej po okresie transformacji, można tłumaczyć w ten sam sposób?

Sądzę, że tak. Oczywiście ważny jest również rozwój technologii informacyjnych, w wyniku którego na przykład papierowy kodeks nie stanowi już głównego źródła wiedzy. Jednak fakt, że transmisja kultury książki odbywa się dziś głównie w sferze prywatnej (rodzinnej i towarzyskiej), wiązałabym przede wszystkim z przemianami społecznymi i kulturowymi ostatniego ćwierćwiecza, ze wzrostem znaczenia rynku w każdej chyba sferze życia.

Nie mam tutaj na myśli tego, że po transformacji znaleźliśmy się w kulturowym supermarkecie, ani tego, że – jak narzekają niektórzy – nawet inteligencja wolała zarabiać pieniądze niż zajmować się kulturą czy polityką. Sedno zmiany leży raczej w tym, że rynek daje nam poczucie (mniej lub bardziej prawdziwe), że nasze życie jest w naszych rękach. To, co było normą lub przedmiotem powszechnego uznania, staje się teraz kwestią indywidualnego wyboru. Jeżeli w takich warunkach mamy nadal czytać książki, musimy w nowy sposób wytłumaczyć sobie wartość lektury, ponieważ dotychczasowe kulturowe uzasadnienia przestały do nas przemawiać.

Moim zdaniem spadek czytelnictwa wynika w pierwszej kolejności stąd, że tylko niektóre grupy przetrwały ten proces prywatyzacji. Jedynie część środowisk potrafiła przyznać, że czytanie książek to dzisiaj sprawa indywidualna, a zarazem skutecznie przekonywać siebie i innych, że wciąż czytać warto.

Innymi słowy, poziom czytelnictwa zmalał, ponieważ wielu ludzi nie ma przeświadczenia, że lektura książek jako sprawa prywatna również jest czymś wartościowym. A sprawą publiczną być przestała.

Jednym z aspektów prywatyzacji czytelnictwa było to, że książka w znacznej mierze straciła publiczny autorytet. Podupadł prestiż publicznych przedstawicieli świata książkowej wiedzy, na przykład nauczycieli. W sondażach zaobserwowaliśmy również, że ludzie zaczęli stanowczo odcinać się od kultury książki; coraz więcej osób deklaruje, że nigdy nie czytały. Mniej się o książkach dyskutuje, przez co społeczny żywot książkowych treści jest krótki i mało spektakularny. Zamiast tego publicznym zmartwieniem stało się to, czy ludzie w ogóle jakieś książki czytają.

Ale przecież w dominującym dyskursie cały czas przedstawiamy czytanie książek jako zjawisko pozytywne?

Ale też coraz częściej mówimy o książkach jak ludzie prywatni, którym łatwiej jest rozmawiać o lekturze w kategoriach osobistych doświadczeń czy osiągnięć niż publicznego znaczenia tej praktyki. W debacie nad tym, dlaczego warto czytać książki, rangę ważnego argumentu zyskuje dobroczynność czytania dla zdrowia, rozwoju umysłowego czy kariery. Autorzy blogów książkowych rozpisują się o zapachu książki i o tym, jak miło jest coś poczytać jesiennym popołudniem. W mediach społecznościowych organizuje się treningi czytelnicze pod hasłem „w tym roku przeczytam straszną liczbę książek”.

Również dość protekcjonalny często ton komentarzy do wyników badań czytelnictwa jest, jak sądzę, przejawem prywatyzacji. Pomstowanie na intelektualną zapaść społeczeństwa wydaje mi się przede wszystkim wyrazem bezsilności ludzi, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że ich ukochana sfera kultury nie cieszy się powszechnym uznaniem.

Jeżeli natomiast przyjrzymy się starszym badaniom, zobaczymy, że w przeszłości zdecydowanie częściej traktowano książkę jako źródło wiedzy o potencjalnie powszechnym znaczeniu. Bez względu na to, czy byłaby to fikcja literacka, czy praca naukowa, respekt dla książki jako tekstu – poczucie, że warto ją poznać lub z nią dyskutować – był o wiele silniejszy niż dzisiaj. Człowiek, który rozprawiał o głośnych książkach, nie musiał się zastanawiać nad tym, czy ten temat kogokolwiek w ogóle obchodzi. A dziś nie ma już tego komfortu.

Maleje też znaczenie krytyki literackiej. W pierwszym rozdziale raportu „Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu” Grzegorz Jankowicz pokazuje, że na przykład „Gazeta Wyborcza” po 2000 roku coraz mniej miejsca poświęcała na literaturę.

Z powodu tych wszystkich zmian coraz trudniej jest mieć poczucie, że czytając książki, dotykamy czegoś ważnego również dla innych. Nie chodzi mi o to, że dawniej ludzie byli wyrachowani i zajmowali się literaturą, żeby zdobyć uznanie, ale raczej o to, że gdy książki miały autorytet lub aurę autentyczności, ludzie chcieli być blisko nich. Zwykle pragniemy pozostawać blisko spraw ważnych lub prawdziwych, spraw, które wydają nam się autentyczne, gdyż rezonują jeszcze gdzieś poza naszą głową. Literatura traci ten rodzaj autentyczności i to jest duża zmiana.

Również dlatego ludzie, którzy próbują dziś podjąć stary problem sensu literatury, często są w jakimś sensie bezradni. Widzą na przykład, że literatura piękna nie ma siły politycznej, ale wolą sądzić, że wynika to z niewielkiej w istocie wartości tekstów niż politycznej słabości środowiska literackiego.

Naturalnie nadal zdarzają się książki ważne i głośne. O wiele mniej jest jednak tego, co Grażyna Strauss nazywała powszechnikami lekturowymi, to znaczy takich pozycji, które tworzyły wspólny język: znała je duża część społeczeństwa, można było się do nich odwołać zarówno wśród znajomych, jak i w debacie publicznej. Obecnie tę funkcję pełnią filmy, seriale, nawet filmiki na YouTubie. Na imprezie łatwiej porozmawiamy o bieganiu lub serialu „Gra o tron” niż o książce. Szefowi w korporacyjnym światku też chyba zaimponujemy raczej sportową sylwetką niż znajomością Dostojewskiego.

Czyli jest też tak, że z czytania po prostu mniej mamy.

I jest to nie mniej ważny wymiar prywatyzacji czytania. W ostatnim raporcie Biblioteki Narodowej Jarosław Kopeć pokazuje, że czytanie książek nie koreluje z sukcesem zawodowym. Dane te odnoszą się jednak tylko do teraźniejszości: to, że książek nie czyta człowiek znajdujący się już na rynku pracy, nie ma znaczenia dla jego zawodowego powodzenia.

Również z sondaży BN oraz wyników badania PISA wynika, że czytanie książek jest ważne, dopóki trwa edukacja. Przekłada się na lepsze wyniki w szkole, a w rezultacie przeważnie na lepsze wykształcenie. Dopiero potem przestaje mieć istotne znaczenie.

Nie można więc powiedzieć, że z czytania nie mamy nic. Trudno nam jednak dostrzec wymierne zyski płynące z tej praktyki. Ponieważ stereotypowy człowiek sukcesu to dziś raczej wysportowany, obeznany z nowymi technologiami amator dalekich podróży niż Kulturmensch, trudniej nam zauważyć, jaką rolę w jego karierze odegrał kontakt z literaturą.

A zatem warto czytać w okresie dorastania, w imię przyszłych sukcesów? Potem to już nieważne?

Długoterminowe badania uczą nas jednego: ostrożnie z przewidywaniami. Nie możemy formułować porad dla współczesnych nastolatków lub ich rodziców, opierając się na modelu kariery dzisiejszych czterdziestolatków. Nawet potoczna wiedza o tym, jak błyskawicznie zdewaluowała się wartość wykształcenia na rynku pracy od początku lat 90., każe zachować ostrożność w składaniu wielkich obietnic. Czytanie książek na pewno jednak nikomu nie zaszkodzi i dopóki nasze społeczeństwo będzie w jakikolwiek sposób ceniło wiedzę książkową, dopóty warto będzie mieć jej przynajmniej trochę.

Nie wiem jednak, czy rozsądnie jest dziś oczekiwać dużych zwrotów z inwestycji w edukację – w tym książkowe samokształcenie. Wydaje mi się, że długofalowe przemiany społeczne zmierzają raczej do dalszej destabilizacji rynku pracy ludzi z wysokimi kompetencjami kulturowymi (zwłaszcza w dziedzinach humanistycznych). Już w tej chwili pracodawcy mogą sobie pozwolić na to, by opłacać ich marnie lub zatrudniać na zasadzie wieloletniego „wolontariatu”.

Tak czy inaczej, na obecne przemiany warto patrzeć z dłuższej perspektywy.

Czy w latach 90. popyt na ludzi wykształconych na rynku pracy nie był jednak nagłą zmianą? Czymś zrozumiałym właśnie w krótkiej perspektywie?

Odniosę się tu do projektu badawczego Zbigniewa Kwiecińskiego, Ryszarda Borowicza i Krystyny Szafraniec opisanego w książce „Nieuniknione? Funkcje alfabetyzacji w dorosłości”, a dotyczącego odległych skutków alfabetyzacji. Projekt rozpoczął się w latach 70., kiedy naukowcy przeprowadzili test kompetencji językowych w grupie uczniów, których losy śledzili następnie prawie do 2000 roku. I okazało się, że ludzie, którzy mieli lepsze wyniki z testu w latach 70., lepiej radzili sobie w życiu zawodowym w latach 80., a następnie lepiej wyszli na transformacji. (Oczywiście ich powodzenie nie wynikało jedynie z rozwiniętej piśmienności, ale również z tego, że często dziedziczyli nieco więcej, a także z tego, że na ich wiedzę w pewnym momencie popyt był szczególnie duży).

Projekt zespołu Kwiecińskiego to jedno z badań, które dobitnie pokazują, że rok 1989 nie był zupełnie nowym rozdaniem – niektóre osie zróżnicowania społeczeństwa III RP ukształtowały się jeszcze w PRL.

Wychodząc od problematyki czytelnictwa, można więc dotrzeć do czegoś szerszego. Można zobaczyć, jak okres potransformacyjny był zakorzeniony w przedtransformacyjnym.

I można się przy tym odnieść nie do struktur władzy politycznej (tego rodzaju opracowań mamy sporo), ale do struktury społecznej. Takie spojrzenie pozwala nam też prześledzić równoległość przemian społecznych i kulturowych. Widać na przykład, że od książki w sposób najbardziej wyraźny odwróciły się warstwy, które również najgwałtowniej zmieniały się pod wpływem procesów rynkowych: robotnicy (nazwijmy tak pracowników fizycznych poza rolnictwem) i inteligencja pracująca (nazwijmy tak po staroświecku pracowników umysłowych z wyższym wykształceniem i wolne zawody).

Dlaczego tak się stało?

Pewnie dlatego, że zaczęły się rozpadać jako warstwy, których członkowie mieli wspólną kondycję ekonomiczną i jakieś zręby tożsamości. Rynek rzucił część ich przedstawicieli na nowe tereny działalności prywatnej, później prekarnego zatrudnienia w supermarketach i telemarketingu, korporacyjnych wyścigów, życia na łańcuchu śmieciówek, okresowych migracji i tak dalej. Tam nie było wyrazistych tożsamości kulturowych, które określiłyby jednolity styl życia – na przykład to, co i jak czytać, i czy w ogóle czytać. Tę lukę stopniowo zaczął więc wypełniać rynek, przynosząc całe mnóstwo atrakcji (mówię to bez przekąsu), które śmiało mogą konkurować z popołudniem spędzonym nad książką.

Te warstwy najwcześniej skonfrontowały się z tymi rodzajami osamotnienia, które w naszej rozmowie starałam się opisać pod hasłem prywatyzacji. I myślę, że również dlatego zróżnicowały się kulturowo. Nie mają dziś wspólnego wyrazistego etosu czy tożsamości, łatwiej opisywać je w kategoriach preferencji, przyzwyczajeń, habitusów.

Czy temu, co mówisz o prywatyzacji, nie przeczą fani fantastyki zbierający się na konwentach? To imprezy, na których można na przykład spotkać się z ulubioną pisarką albo wziąć udział w prelekcji lub rozmowie o jej powieściach. W ten sposób powstaje poczucie wspólnoty – nie tylko serialowej czy filmowej, ale właśnie literackiej.

Poczucie wspólnoty to coś innego niż wspólnota. Wydaje mi się, że ludzie często poszukują dziś tego pierwszego, bo to drugie byłoby zbyt krępujące. Stąd też ważną rolę odgrywają w kulturze animatorzy: ludzie, którzy sprawiają, że jesteśmy razem. Jeśli dziś chcemy, aby coś zaistniało w kulturze (słowa, muzyka, obraz), to musimy dla tego powołać publiczność. Musimy zintegrować ludzi i sprawić, żeby się czegoś razem uczyli, o czymś ze sobą rozmawiali, patrzyli na coś w podobny sposób, wspólnie się czymś przejęli.

Myślę, że budowanie publiczności – a zwłaszcza publiczności poza już zintegrowanymi środowiskami – to jedna z  najbardziej potrzebnych prac w kulturze, która ma wyraźną tendencję do wypychania nas w prywatność.

To ciekawy zbieg okoliczności, że ruch konwentowy w Polsce rozwinął się mniej więcej równolegle z postępującą prywatyzacją czytania (pierwsze takie imprezy organizowano właśnie w drugiej połowie lat 70.).

Pewnie nie bez znaczenia jest to, że fantastyka nie cieszyła się dawniej szczególnym uznaniem. Musiała sobie radzić jako prywatna pasja garstki fanów, zanim jeszcze można było mówić o generalnej prywatyzacji praktyk czytelniczych. W pewnym sensie była więc w awangardzie: zaczynała jako twórczość wstydliwa, trochę garażowa, a w tej chwili trzyma się świetnie, bo umie właśnie wytwarzać sobie publiczność.

A jaka jest dzisiaj rola Internetu? W latach 90. dostęp do niego był bardzo ograniczony, ale po roku 2000? Czy sieć może być konkurencją dla książek?

W naszych badaniach bardzo wyraźnie widać spadek liczby czytelników deklarujących lekturę słowników i encyklopedii (jeszcze w latach 90. była to znacząca część respondentów). Wraz z pojawieniem się nowych mediów zmieniły się bowiem główne siedliska wiedzy i formy jej przekazywania. Wiele zasobów encyklopedycznych, słownikowych, instrukcji, przewodników i podręczników przenosi się właśnie do sieci. Nie mają one już formy kodeksu, ale na przykład prezentacji, filmiku, bazy danych. Podobnie z atlasami i mapami – można mieć ich piękne wydania w domu, ale w podróży lepiej sprawdza się GPS. Oprócz sposobów rozpowszechniania wiedzy zmianie ulegają też style uczenia się oraz kompetencje, które rozwijamy, aby się uczyć.

Pewnie jednak jest to temat na inny wywiad.

Jeszcze jedna wątpliwość: niektóre z badań sugerują, że spadek czytelnictwa jest nieznaczny albo wręcz wcale nie występuje. Skąd może się brać różnica między danymi przedstawianymi przez was – zespół Biblioteki Narodowej – a wynikami innych sondaży?

W badaniach ankietowych nie zbieramy danych tak, jak można zbierać kamienie na pustyni. Zamiast tego sprawiamy, że ludzie nam coś mówią (lub nie mówią). Jakoś ich sobie dobieramy, jakoś też układamy pytania ankietowe, i nie zawsze robimy to w ten sam sposób.

Badania odbywające się w Polsce w ciągu ostatnich – powiedzmy – dziesięciu lat różnią się pod względem metodologicznym. Są to zarówno badania internetowe, jak i sondaże przeprowadzane metodą bardzo podobną do naszej, podczas wywiadu ankietowego twarzą w twarz, ale na innego rodzaju próbach. W badaniach reprezentatywnych respondenci są dobierani albo przez losowanie numerów PESEL, albo – jak u nas – na zasadzie random route. Co więcej, w rozmaitych badaniach pytania o czytelnictwo są nie tylko różnie formułowane, lecz także zadawane w różnych miejscach ankiety.

Dlaczego ta ostatnia kwestia ma znaczenie?

Dlatego, że czytanie nadal jest silnie waloryzowane – i to nie zawsze pozytywnie. W naszych badaniach obserwujemy obecność respondentów, którzy najprawdopodobniej jednak coś w życiu przeczytali, ale stwierdzają, że nigdy nie czytali żadnych książek. Ten odsetek wyraźnie wzrósł w ostatnich latach i nie da się tego wytłumaczyć inaczej niż tym, że część ankietowanych pragnęła wyraźniej zaznaczyć swoją odrębność wobec kultury książki (staraliśmy się to opisać zwłaszcza w raporcie z badań z 2015 roku). Widziałabym w tym przejaw niechęci do czytania. Czasem też podejrzewamy, że respondent nie czyta książek wbrew swym deklaracjom – chociażby wtedy, gdy jedyna lektura z ostatniego roku w przypadku badanego, który już dawno nie jest uczniem, to „Odprawa posłów greckich” lub kilkustronicowa książeczka dla dzieci. Takich przypadków odnotowujemy jednak coraz mniej.

Fakt, że czytanie książek jest wyraźnie wartościowane, wpływa na całą sytuację badawczą. Respondenci czasem wybierają odpowiedź, która oddaje ich emocje lub oczekiwania względem samych siebie, a niekoniecznie ich praktyki (choć pytamy o te ostatnie).

Na wyniki badań zapewne wpływa również metoda doboru próby. Być może to z odmienności w tej dziedzinie wynikają różnice na przykład pomiędzy wynikami badań Biblioteki Narodowej i badań CBOS. Te ostatnie nie potwierdzają głównej tendencji odnotowanej w badaniach BN, a mianowicie spadku czytelnictwa. Kto więc ma rację? Ważnym źródłem pomocniczym w interpretacji sondaży są dane kontekstowe, dotyczące kondycji czasopism, księgarni czy wydawnictw. Jeżeli weźmiemy ten kontekst pod uwagę, to spadek czytelnictwa książek wydaje się dosyć prawdopodobny.

Przyjmijmy, że ten spadek rzeczywiście zachodzi. W takim razie to zastanawiające, że czytanie książek jest wciąż pozytywnie wartościowane w debacie publicznej. Można to odczytać jako pozostałość, skamielinę – coś, co zmieniło się wolniej niż reszta świata. Ale można też uznać, że przychylne postrzeganie czytelnictwa pełni jakieś istotne funkcje społeczne tu i teraz.

Według mnie istnieje warstwa społeczna, której członkowie są silnie związani z książkami ze względu na to, że postrzegają siebie jako kustoszy określonych tradycji intelektualnych – i tak również bywają traktowani przez innych. Najchętniej nazwałabym tę warstwę inteligencją. Dla niej książki są ważne, bo przede wszystkim w nich wyraża się jej tożsamość. Inteligencja potrzebuje literatury, bo to jej – między innymi – zawdzięcza swoją obecność w sferze publicznej. A pozostałe warstwy cenią książki po części z tego powodu, że trochę im jednak zależy na istnieniu inteligentów: pisarzy, publicystów, profesorów. To, że książki ceni się powszechniej, niż się je czyta, to kredyt zaufania (dziś pewnie mniejszy niż dawniej) dla tych osobliwych zawodów.

Społeczna funkcja pozytywnego obrazu czytania książek wydaje mi się ściśle związana z rolą inteligentów. Pośród nich toczy się na przykład debata o tym, co właściwie warto czytać, z czym dyskutować, co zapamiętywać, a co odrzucić. To właśnie inteligencji zawdzięczamy nasze tradycje intelektualne – dzięki niej mamy spisaną debatę nad starymi i nowymi tekstami w kontekście bieżących problemów. Być może tak naprawdę nikt nie traktuje poważnie inteligentów i ich tradycji, ale społeczeństwa zwykle chcą mieć przynajmniej garstkę ludzi, którzy z zapałem debatują nad ich historią i tożsamością, a w ten sposób pracują nad ich portretem. Dobrze jest, gdy ktoś nas widzi i przejmuje się naszym istnieniem. Dopóki będziemy tego chcieli, dopóty – jak sądzę – do czytania książek będziemy mieli jakiś publiczny szacunek. Bez względu na to, czy sami będziemy czytać.

***

Dominika Michalak jest socjolożką, od czterech lat pracuje w Instytucie Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej.

Reakcje medialne na tegoroczne wyniki badań Biblioteki Narodowej komentował u nas Stanisław Krawczyk w tekście Jeremiady nad czytelnictwem.