dwutygodnik internetowy
20.04.2015
magazyn papierowy


W obronie betonu. Fenomen schodków nad Wisłą

Króluje tu beton i nic nie jest w ludzkiej skali. To miejsce to tak jakby zaprzeczenie snów o „mieście dla ludzi”. A mimo to ludzie wybrali i udomowili betonowe schodki nad Wisłą. I znów w nadchodzącym sezonie będą na nich przesiadywać tłumy.

Rozpoczynamy nowy cykl felietonów pt. „Plan Miasta” Jana Mencwela, redaktora kwartalnika „Kontakt”, pracownika Pracowni Innowacji Społecznych „STOCZNIA”, twórcy i uczestnika wielu społecznych akcji w Warszawie. W swoich krótkich tekstach będzie poruszał tematy związane z codziennym życiem stolicy, jej architekturą, kulturą, akcjami społecznymi i innymi miejskimi problemami. Zapraszamy do lektury co miesiąc!

 

schodki1@

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

 

Pamiętam, jak jeszcze niedawno na okrągło mówiło się, że „Warszawa jest odwrócona plecami do Wisły”. Nie wiem kiedy i jak to się stało, ale dzisiaj trudno o myśl, która byłaby bardziej nieaktualna. Warszawa w ciągu ostatnich kilku lat masowo wyległa nad rzekę. Przekonamy się o tym po raz kolejny już za chwilę, kiedy w ciepłe dni na nabrzeżach po obu stronach Wisły nie sposób będzie wetknąć szpilki.

Co ciekawe trudno wskazać jedną przyczynę tej głębokiej i dość nagłej zmiany. Rzeka od miasta nadal oddzielona jest dwiema arteriami komunikacyjnymi i prędko się to nie zmieni. Na pewno swoje zrobiły wieloletnie działania organizacji, które ściągały warszawiaków nad rzekę i promowały ją jako element historii i stylu życia miasta. Nie bez znaczenia są inwestycje, które za tym poszły – uporządkowanie plaż i ścieżek po prawej stronie rzeki oraz nowe miejsca, często budowane trochę na pokaz, takie jak pawilon kawiarni „Plażowa”. Na otwarcie ciągle czekają bulwary wiślane, opóźnione już kolejny sezon. Ale czy warszawiacy na pewno tak bardzo ich potrzebują? Wystarczy spojrzeć w miejsce, gdzie kończy się płot zamykający tą nową „sztandarową” inwestycję, by przekonać się, że do szczęścia w mieście niewiele potrzeba. W ciepłe dni na lewym brzegu Wisły zobaczymy tłumy przesiadujące na ogromnych, betonowych schodach.

Wydaje się czymś niesamowitym i niedzisiejszym, że choć w pobliżu rzeki tryskają multimedialne fontanny, lśni w słońcu pawilon z modrzewia syberyjskiego i miga stadion narodowy, to ciągle i niezmiennie największy tłok panuje w miejscu, które wydaje się synonimem nieprzyjazności i wygląda trochę jak pozostałość po jakiejś poprzedniej, słusznie wymarłej cywilizacji. Ale to nie przypadek i nie „z braku lepszej przestrzeni” gromadzą się tam tłumy. Wystarczy poczytać profil „Schodki nad Wisłą”, by zrozumieć, że 23 tysiące fanów schodków nie mogą się mylić.

Dlaczego Warszawiacy kochają schodki? Może dlatego, że były tu od zawsze? A może wszyscy czują, że prawdopodobnie są one skazane na zagładę. Tak kompletnie niereprezentacyjna , nie-zaprojektowana przestrzeń stanie się prędzej czy później czyjąś solą w oku. Ale czy właśnie to „niezaprojektowanie”, ta nieludzka skala i ten zimny beton nie stanowi o uroku schodków? Może to zimno i ten chaos, potrzeba dostosowania nieprzyjaznej przestrzeni do swoich potrzeb jest czymś co leży już w naturze warszawiaków, przyzwyczajonych do niedoskonałości miasta i do tego, że trzeba je ciągle i mozolnie przerabiać chałupniczymi metodami i dostosowywać do własnych potrzeb?

schodki2@

ilustr. Kuba Mazurkiewicz

 

W głośnej ostatnio książce znany grafik Marcin Wicha opisuje, jak przestał kochać design. Jak pisze, w Polsce design stał się synonimem drogich zbytków, a nie przystępnej, dobrze zaprojektowanej i funkcjonalnej codzienności. Recenzję z tej książki Dorota Jarecka skwitowała zdaniem, które pomaga zrozumieć fenomen schodków. Pisze: „Brońmy miejsc chaotycznych i zaniedbanych, ponieważ różnią się one jeszcze od makiet, które proponują nam urzędnicy”.

Trochę to może niesprawiedliwe, bo w Warszawie wciąż potrzebujemy dobrze zaplanowanej, przemyślanej od strony urbanistycznej przestrzeni publicznej. Grunt, żeby w tej pogoni za „dobrze zaplanowanym” miastem, którym Warszawa jeszcze długo nie będzie, zostało jeszcze miejsce na oddech i na zdrowy margines swojskiego, warszawskiego chaosu. Myślę, że ten chaos gdzieniegdzie obroni się sam, a dużą szansę na precedens mają właśnie schodki nad Wisłą. Pierwsza bitwa „w obronie chaosu” już niedługo – przekonamy się, czy super-drogie i super-reprezentacyjne bulwary wiślane wygrają ze starymi dobrymi betonowymi schodkami. A może będą żyć w doskonałej symbiozie? Z każdym kolejnym letnim sezonem drżę, że wreszcie powstanie wielki projekt, który obróci schodki nad Wisłą w gruzowisko, a na ich miejsce powstanie jakaś kolejna „reprezentacyjna” przestrzeń. A może do tego czasu władze miasta dorosną i odkryją, że nie ma się czego wstydzić i że czasem najlepiej zainwestować w… niezmienianie niczego.