dwutygodnik internetowy
22.02.2016
magazyn papierowy


W imię Boga i ludu

To krótka opowieść o księżach odważnych i upartych, realizujących swoje kapłańskie powołanie i łączących je z lewicowym zaangażowaniem. To także opowieść o tym, jak ich drogi są pamiętane. I o tych dróg kresie: na ołtarzach albo z ekskomuniką.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Tekst pochodzi z 29. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Niebezpieczne Związki”.

***

Męczennik sprawy ludowej

Chudy, blady, bez cery, w zasmarowanej, brudnej sutannie, nie umyty, nie uczesany, o spojrzeniu stępionym, podstępnym, pełen fałszu i obłudy. Wyglądał tak, jakby ciągle walał się po szynkach i domach publicznych, a dla odpoczynku przychodził od czasu do czasu do parlamentu. Usta jego zapełnione były śliną ropuchy, która truje, gdy padnie na inne żywe stworzenie…

Kazimierz Chłędowski

Na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie na jednym z nagrobków można znaleźć napis: „Ks. Stanisław Stojałowski, obrońca ludu polskiego, ur. 15 maja 1845, zm. 23 października 1911. Wiecznie wdzięczny lud polski”. Pogrzeb „ojca ruchu ludowego”, jak zwykło się go nazywać, zgromadził tłumy ludzi.

Ale nie obyło się bez kontrowersji. Kapłan, działacz, polityk, społecznik – trudno orzec, które określenie najlepiej pasuje do postaci księdza Stojałowskiego – miał wielu wrogów, a swoim uporem, bezkompromisowością, nieujarzmionym temperamentem oraz ciągłym zmienianiem politycznych sojuszy (na ogół pragmatycznie zawiązywanych) nieustająco robił sobie kolejnych. I nastręczał sobie kłopotów: od wielokrotnych aresztowań, przez bezpardonową walkę polityczną i publicystyczną, aż po imienną ekskomunikę nałożoną przez samego papieża.

Czym sobie ksiądz Stojałowski na to wszystko zasłużył? Jedni powiedzą: nadmiernym zaangażowaniem politycznym (był przewodniczącym partii i posłem – ale przecież w czasach, gdy nie było to aż tak wyjątkowe), inni odrzekną: zaangażowaniem, które było nie po myśli konserwatystom galicyjskim i władzom kościelnym (włącznie z papieżem Leonem XIII, wielokrotnie nawołującym Polaków do posłuszeństwa wobec zaborców). Jedni, jak namiestnik Galicji, hrabia Kazimierz Badeni, nazywali go „łotrem, bandytą i zbirem”, zarzucając mu wywrotowość i komunizm. Inni, przeciwnie: patriotą, wielkim społecznikiem i męczennikiem sprawy ludowej.

Zawieśmy na moment oceny i uporządkujmy fakty. Urodzony pod Lwowem w rodzinie ubogiej szlachty, Stojałowski wstąpił najpierw do jezuitów, by – po pobycie na zachodzie Europy – opuścić zakon i zasilić szeregi kleru diecezjalnego. Głównym celem jego działalności było uświadomienie narodowe chłopów: chodził więc od wsi do wsi, organizował wiece, przejął wreszcie – z pomocą finansową lwowskiego arcybiskupa, Franciszka Wierzchleyskiego – dwa pisma: „Wieniec” i „Pszczółka”, z których uczynił periodyki bardzo znaczące dla chłopstwa.

Zakładał kółka rolnicze, szkoły ludowe, związki zawodowe, chłopskie komitety wyborcze. Rozwijał systemy ubezpieczeń, kredytów i wsparcia dla chłopów. Stworzył też pierwszą partię chłopską, wprowadził do parlamentu pięciu posłów, a sam w 1898 roku został posłem do Rady Państwa w Wiedniu. Organizował instytucje oświatowe, spółki, kasy, domy ludowe.

Konflikt z władzami publicznymi i kościelnymi, który już w 1888 roku zaowocował odebraniem mu parafii oraz kilkuletnim zakazem działalności religijnej i wydawniczej, zaostrzał się nieustannie. W jego rozwiązaniu nie pomagał porywczy charakter księdza Stojałowskiego. Nie pomagały też hasła, które głosił. Niektóre z nich, jak domaganie się bezpłatnego szkolnictwa, są dziś mało kontrowersyjne. Inne, jak postulat oddzielenia Kościoła od państwa, wciąż podlegają interpretacji. Jeszcze inne, jak pomysł wybierania hierarchów kościelnych w demokratycznych wyborach, nawet współcześnie wydają się bardzo odważne. Nie pomagały wreszcie metody, które stosował: ot, choćby publikowanie gazetek z wymyślonymi pod tezę fragmentami Pisma Świętego.

Trzech biskupów wprowadziło wydawane przez niego pisma na indeks, sam Stojałowski został następnie suspendowany, a ostatecznie obłożony imienną ekskomuniką. Wincenty Witos wspominał, że klątwa „zrobiła w powiecie niesłychane wrażenie. Podczas odczytywania jej w kościołach rozlegały się głośne płacze i przytłumione szlochania. Tak klątwa, jak i ceremoniał zastosowany przy odczytywaniu robiły prawdziwą grozę i przestrach, ale równocześnie wzbudzały też nie tylko zaciekawienie, ale cichy, zacięty bunt, żal do władzy i sympatię dla wyklinanego”. Stojałowski, który początkowo przyjął klątwę z typową dla siebie nonszalancją, ostatecznie napisał do papieża długi list, w którym wyjaśnił swoje działania i poglądy. W efekcie Watykan ekskomunikę cofnął. Po tej historii niepokorny ksiądz nieco bardziej uważał już na słowa.

Choć zajmował się głównie problemami wsi, nie zapominał także o robotnikach, dla których domagał się prawa do pracy, godnej zapłaty i niedzielnego odpoczynku. Sam odpoczywał niewiele. Rozliczne konflikty odbiły się na jego zdrowiu. Klęska w wyborach – gdy przeciwko sobie miał zarówno konserwatystów, jak i socjalistów – ponoć zupełnie go załamała. Jak zaś pisał Ignacy Daszyński, „błaznowanie w sejmie i parlamencie odebrało mu powagę”. Umarł w nędzy kilka miesięcy później.

Chłop z wami!

Dziwkarz.

Józef Piłsudski

Na grobie księdza Eugeniusza Okonia w Radomyślu widnieje inskrypcja: „Ksiądz Eugeniusz Okoń, trybun ludowy, poseł na Sejm”. Kondukt pogrzebowy był ponoć długi na sześć kilometrów.

Księdza Okoniauwielbiało wielu ludzi i wielu nienawidziło. Ciążyły na nim zarzuty łapówkarstwa (został pięciokrotnie uniewinniony), a w niektórych biografiach można natrafić na aluzje, że „o córki jak mógł, tak dbał”. Co do tego, jak dokładnie było – historycy nie są zgodni.

Krótko po święceniach kapłańskich wdał się w pierwsze konflikty z kurią. Ze względu na swoje zbyt radykalne wystąpienia był ośmiokrotnie przenoszony z parafii na parafię. Ilekroć kandydował do parlamentu, trafiał do aresztu, by wyjść z niego dopiero po otrzymaniu mandatu posła.

Przez kilka lat przebywał w Wiedniu, w 1917 roku wrócił jednak do Galicji i zaangażował się w działalność agitacyjną przeciwko monarchii austro-węgierskiej. Jego żywiołem były wiece. Kościelnym przełożonym nie podobało się, że organizował je także w niedziele. Namawiał do zmian w liturgii i zamiast „Pan z wami” mawiał „Chłop z wami”.

Jego wielkim dniem okazał się 6 listopada 1918 roku, kiedy to przewodził wiecowi w Tarnobrzegu, w którym uczestniczyło trzydzieści tysięcy osób. Przekonując, że „Bóg jest po stronie krzywdzonych i wyzyskiwanych”, nawoływał do przejęcia władzy. Grzmiał: „Żołnierze, robotnicy i ty, biedoto wiejska! Zaświtał wreszcie dla was dzień wyzwolenia. Ty, chłopie, ty, robotniku, odetchnij dziś całą piersią, bo odtąd tobie kłaniać się będzie twój ciemiężca, odtąd on drżeć będzie przed tobą. Właśnie dzwonią, ale już nie na Anioł Pański, ale na twój Anioł Chłopski!” Tak powstała Republika Tarnobrzeska, w której władzę mieli sprawować chłopi. Rabowano dwory, sklepy i na nowo dzielono ziemię.

Trwało to kilka miesięcy. Republikę Tarnobrzeską brutalnie rozbito przy pomocy pięciu kompanii wojska, które strzelało, aresztowało i przede wszystkim biło.

Nie jest jednak prawdą, jakoby ksiądz Okoń działał niezależnie od wszelkich władz. Nie uznając Polskiej Komisji Likwidacyjnej, utrzymywał jednak łączność z rządem Ignacego Daszyńskiego w Lublinie. Okoń nie był bowiem komunistą, ale radykałem chłopskim oraz – jednocześnie – patriotą i niepodległościowcem. Z pewnością był też demagogiem, ale na pewno nie bolszewikiem.

To właśnie wtedy został ukarany kościelną suspensą, a po krwawym stłumieniu rządów Republiki Tarnobrzeskiej, również aresztowany. Na wolność wyszedł, jak zwykle, po uzyskaniu mandatu posła, tym razem do Sejmu Ustawodawczego. Jako jedyny spośród wielu wybranych do parlamentu księży siedział po lewej stronie sali. Gdy Witos przegrał głosowanie na marszałka, Okoń krzyczał: „A my przecież chcemy chłopa na marszałka i od tego nie odstąpimy! Jeżeli dawniej mógł nim być szlachcic, niech teraz będzie chłop!” Swoim kolegom księżom zarzucał chodzenie na pasku arystokracji. Chciał, aby reforma rolna objęła majątki kościelne. Domagał się wpływu wiernych na wybór proboszcza.

Miał zresztą pomysły na reformy wielu sfer życia. Żądał walki z analfabetyzmem, bezpłatnej edukacji i zniesienia kary śmierci. Chciał wspierać przemysł, rolników i samorządność.

Gdy zbliżały się kolejne wybory, a księdzu Okoniowi grożono nowymi procesami, zrezygnował z kandydowania i po ośmioletniej walce z kurią, pogodził się z Kościołem katolickim. Pisał: „Niniejszym oświadczam, że w miłości Pana Boga oraz przywiązaniu, wierności, posłuszeństwie dla świętego katolickiego Kościoła, potępiam wszystkie moje czyny, którymi przez cały szereg lat dawałem zgorszenie”. Po odbyciu pokuty w klasztorze bernardynów, został wikarym w Radomyślu.

Nie przestał jednak dokonywać radykalnych wyborów. Podczas II wojny światowej był kapelanem oddziałów Armii Krajowej. Ratował Żydów, wystawiając im fałszywe metryki chrztu i szukając im kryjówek. Ponoć chociaż szmalcownicy wiedzieli o jego działalności, nikt nie odważył się na niego donieść. Cieszył się zbyt wielkim autorytetem.

W związku ze swoją działalnością w AK był po wojnie nękany przez Urząd Bezpieczeństwa. Ostatecznie jednak, po interwencji samego Bieruta, dano mu spokój. Jakże to bowiem można nękać twórcę Republiki Tarnobrzeskiej? Zmarł w 1949 roku. Dziś mało kto o nim pamięta – zarówno na lewicy, jak i w Kościele.

ilustr.: Stanisław Gajewski

ilustr.: Stanisław Gajewski

Chrystus był Polakiem

Ksiądz Huszno, jakkolwiek nic nie uczynił, idzie do kryminału. A gdy wyszedł z kryminału, to mu prokurator oświadczył, proszę to zapamiętać, że jeśli ksiądz znowu będzie zajmował się sprawami religijnemi, to znowu do kryminału powędruje. […] Akt oskarżenia powiada, że pod wpływem księdza Huszny miejscowi chłopi poszli na lewo i zepsuł się stosunek do dworu.

Kazimierz Czapiński

Na pogrzeb księdza Huszny przybyło ponoć około dziesięciu tysięcy ludzi. Nie był jednak chowany jako kapłan, ale jako świecki. Jego nawrócenie, na krótko przed śmiercią, zostało przez jednych przyjęte z wielką radością, przez innych – z lekkim przynajmniej rozczarowaniem.

Huszno był przypadkiem granicznym. Nie tylko rozwijał działalność społeczną i oświatową, nie tylko głosił poglądy socjalistyczne, nie tylko wspierał robotników w ich walce o lepsze jutro, lecz także kilkukrotnie zmieniał przynależność konfesyjną, by wreszcie samemu stanąć na czele wspólnoty, w której ogłosił, że Chrystus był Polakiem. W ten sposób – łącząc wątki chrześcijańskie z panslawizmem i neopoganizmem – stał się postacią w zasadzie osobną i bezprecedensową. Ale z pewnością ideowo zaangażowaną.

Już w czasie I wojny światowej sympatyzował z Polską Partią Socjalistyczną i dużo pisał, co nieszczególnie podobało się kościelnym przełożonym. Jego pierwsza broszura, zatytułowana „Syn Człowieczy”, zawierała wątki rozwinięte w toku późniejszej działalności. Nie była ona jednak tak głośna jak druga – „Kościół demokratyczny”. Huszno domagał się w niej wpływu wiernych zarówno na obsadę stanowisk kościelnych, jak i na treść nauczania. Spotkała go za to nie tylko kara suspensy (a później ekskomuniki), lecz także więzienia, bowiem biskup Łosiński nie poprzestał na potępieniu postulatów księdza Huszny, ale złożył także zawiadomienie do prokuratury.

W nazwach wszystkich Kościołów, których był członkiem i kapłanem, łatwo się pogubić. Po krótkim czasie pojednania z Kościołem katolickim, wdał się w kolejny spór z kurią. W 1922 roku trzasnął drzwiami i przeszedł do Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego. Ze względu na swoje socjalistyczne poglądy zyskał szybko duże grono zwolenników wśród robotników w Dąbrowie Górniczej. Jednak i z tą wspólnotą szybko popadł w konflikt. Założył więc własną – Polski Katolicki Kościół Narodowy. Po kilkumiesięcznych staraniach udało się dojść do porozumienia z Cerkwią prawosławną w sprawie unii kościelnej. Przeszedł więc na prawosławie, zakładając Polski Narodowy Kościół Prawosławny. Ale i to nie trwało długo, bo spór z władzami Cerkwi od początku wisiał w powietrzu. Przez większą część swojej działalności msze odprawiał w szopie znajdującej się w kolonii „Dziewiąty” w Dąbrowie Górniczej. Na mszach pojawiały się setki, niekiedy tysiące uczestników.

Przez wiele lat chorował na raka. Gdy jego stan się pogorszył, 24 maja 1939 roku poprosił o przybycie katolickiego kapłana – księdza Stefana Niedźwiedzkiego, w obecności którego pogodził się z Kościołem katolickim, odbył spowiedź z całego życia i spisał akt żalu.

Dziś pisze się o nim różnie. W pismach katolickich, jeśli wspomina się jego postać, to raczej przez wzgląd na spektakularne nawrócenie niż na działalność społeczną. Jeśli zwraca się uwagę na tę ostatnią, to zazwyczaj w bardzo negatywnym kontekście. W miesięczniku „Cuda i Łaski Boże” znaleźć można taki opis: „Siał wielki zamęt w głowach mieszkańców Dąbrowy Górniczej i całego Zagłębia. Przystojny mężczyzna oraz charyzmatyczny i elokwentny mówca cieszył się wielkim poważaniem wśród robotników i robotnic, stając się w pewnym sensie ich «ludowym trybunem». Przyciągał ich do siebie nie tyle swoimi wywrotowymi po względem teologicznym kazaniami, co otwartym przyklaskiwaniem szerzącym się w tym robotniczym regionie ideom socjalistycznym i komunistycznym, wrogim w stosunku do chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego”.

Nie jest to jednak ocena całkiem sprawiedliwa.

Wicher w sutannie

Ksiądz Henryk Hlebowicz był szczególnym zjawiskiem, niezmiernie dynamicznym na tragicznym tle Wilna pod okupacją. Kapłan żarliwy, kaznodzieja znakomity, skupił dokoła siebie ludzi różnych obozów. Mówiono o nim, że nawracał nawet grając w brydża. Do otoczenia jego należeli wybitni działacze PPS z byłym posłem doktorem Dobrzańskim na czele; z lewicy sanacyjnej: profesorowie Hiller i Mozałowski. Liczni katolicy.

Stanisław Stomma

Pogrzebu księdza Henryka Hlebowicza nie było. Nie wiadomo też, gdzie znajduje się jego grób. Ten symboliczny jest w Laskach pod Warszawą, gdzie bywał gościem zaprzyjaźnionego z nim Władysława Korniłowicza. W Borysowie pod Mińskiem stoi zaś krzyż upamiętniający jego męczeńską śmierć.

Urodził się w Grodnie, ale gdy miał osiem lat, jego ojciec został zesłany do Orenburgu nad Uralem. Tam też Hlebowicz pobierał nauki. Księdzem został mając dwadzieścia trzy lata, gdy studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. To tam poznał Władysława Korniłowicza.

Ale nie z działalności akademickiej, mimo doktoratów z filozofii i z teologii, był znany. Przede wszystkim dał się poznać jako duszpasterz młodzieży. Był moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademiczek, a także współtwórcą lewicującego Porozumienia Akademickich Katolickich Stowarzyszeń, które pozostawało pod silnym wpływem personalizmu Maritaina. To tam ksiądz Hlebowicz wpływał na takie postaci jak Antoni Gołubiew czy Stanisław Stomma.

Również jemu nie bywało łatwo z kurią. Wielokrotnie był do niej wzywany ze względu na ciągnące się za nim pomówienia. Nie wszystkim w smak były jego lewicowe poglądy i bezkompromisowa wrażliwość na biedę. Bronisław Krzyżanowski pisał o nim: „Był jednym z tych kontrowersyjnych księży, przyczyniających wiele kłopotów hierarchii, ale w ostatecznym rachunku przynoszących tyle dobra Kościołowi. Dał się poznać ze swej samodzielności myślenia i odwagi postępowania”.

Nic się nie zmieniło, gdy po 17 września 1939 roku Wilno znalazło się pod okupacją sowiecką. Ksiądz Hlebowicz był ideowym przywódcą konspiracyjnej organizacji Akcja Ludowa, mającej narodowo-lewicowy program. Zwany przez swego spowiednika „płomiennym sercem”, a przez innych „wichrem w sutannie”, pośród wielkiego milczenia, które opanowało Wilno, wypowiadał się twardo i jednoznacznie. Podczas wieczerzy wigilijnej 1939 roku wygłosił przemówienie, w którym stwierdził: „Trzymam w ręku opłatek, ale wolałbym trzymać karabin”. Po czym dodał: „Gdy jednak zwyciężymy, niech rękę karzącą powstrzyma ręka miłości”.

22 września 1941 roku wyjechał na dzisiejszą Białoruś, na północ od Mińska. Nie był w stanie sprostać wszystkim potrzebom duszpasterskim i materialnym ludności, ale robił, co mógł. Jego duszpasterzowanie w języku polskim nie było jednak wszystkim w smak. Aresztowany przez białoruską milicję, został przekazany niemieckim żandarmom i 9 listopada rozstrzelany.

Jako męczennik miał krótszą drogę na ołtarze niż inni lewicujący księża-społecznicy. Został beatyfikowany w gronie męczenników II wojny światowej przez Jana Pawła II. Pytanie o to, czy jego wcześniejsza praca wśród młodzieży i inteligencji wciąż jest pamiętana, pozostaje otwarte.

***

Ta opowieść nie ma puenty. Tę każdy musi dopisać sam. Bo, wbrew pozorom, jest to opowieść nie tylko o księżach działających w odległym „kiedyś”. To również historia o zupełnie bliskim „dziś”. O naszej pamięci, o kościelnej i narodowej tożsamości. I o tym, że historia polskiego Kościoła i polskiego katolicyzmu nie jest tak prosta, jak się niektórym może wydawać. Być może także o tym, że ostatecznie odnaleźć się w niej mogą osoby o najróżniejszych poglądach. Że troska o robotników, chłopów, lewicowe spojrzenie na rzeczywistość, także dziedzictwo Polskiej Partii Socjalistycznej i ruchu ludowego – że to wszystko jest częścią dziedzictwa polskiego Kościoła. Nie wszyscy chcą to przyznać i o tym pamiętać, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.