dwutygodnik internetowy
9.10.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Święty gniew

By poruszyć sumienia, potrzeba ognia. Ogień, który mógłby konkurować ze strachem, może przynieść święty gniew. Kościół mógłby być w tej zmianie przewodnikiem. Póki co jednak sam za bardzo się boi.

ilustr.: Sonia Jaszczyńska

ilustr.: Sonia Jaszczyńska

Tekst pochodzi z 34. numeru papierowego Magazynu „Kontakt” pod tytułem „Święty gniew”.

„Na dnie w Paryżu i w Londynie” to książka, która nie jest w Polsce szczególnie znana. Więcej – w porównaniu z „Folwarkiem Zwierzęcym” i „Rokiem 1984” debiutancką pozycję w dorobku George’a Orwella można uznać za wręcz zapomnianą.

To syntetyczny ale bardzo wnikliwy zapis doświadczeń samego autora. Tytułowe „dno” nie jest tu żadną metaforą. Eric Blair – który później przyjął literacki pseudonim, pod którym dziś go wszyscy znamy – na początku lat 30. spędził bowiem kilkanaście miesięcy w paryskiej dzielnicy biedy oraz londyńskich przytułkach. Opisuje ten czas do bólu realistycznie. Nie ogranicza się jednak do relacjonowania swoich doświadczeń. Wyprowadza z nich również wnioski o charakterze ogólnym – dotyczące stosunków władzy, posiadania czy produkcji, działalności charytatywnej, kulturowego miejsca osób wykluczonych i ubogich czy relacji społecznych. Podczas lektury uderza, jak wiele z nich jest wciąż aktualnych (a może wręcz ponadczasowych). Ale odłóżmy na bok historiozoficzne rozważania.

Blair próbował przetrwać – był plongeurem (rodzaj restauracyjnego pomywacza), zastawiał swój skromny majątek, pisywał felietony, pożyczał pieniądze od znajomych, oszczędzał, na czym się dało. Wreszcie – korzystał z dzieł dobroczynnych. Również tych realizowanych przez wspólnoty chrześcijańskie.

Jego opowieść o tym, jak udał się do jadłodajni prowadzonej przez któryś z Kościołów chrześcijańskich (nie precyzuje, który), jest nie mniej wstrząsająca od opisu realiów panujących w zapluskwionych mieszkaniach czy doświadczenia kilkudniowego niejedzenia. „Dama w błękitnej, jedwabnej sukni, nosząca okulary w złotej oprawce, a na szyi krzyż, zaprosiła nas do środka” – pisze. „Gdy jedliśmy i popijaliśmy, przechadzała się po sali, zwracając się do nas dobrotliwym tonem. Mówiła o sprawach religijnych – o tym, jak to Jezus Chrystus zawsze okazuje serce takim prostym biedakom jak my; o tym, jak szybko mija czas w kościele oraz jak włóczęgę może wielce podnieść na duchu regularna modlitwa. Rzygać nam się chciało”. Trudno się dziwić reakcji Orwella, gdy okazuje się, że w rzeczonej jadłodajni możliwość zjedzenia posiłku oraz wypicia herbaty była połączona z przymusem modlitwy. Gdy on i jego towarzysze chcieli wyjść po jedzeniu, usłyszeli: „Chyba jeszcze nie powinniście wychodzić. (… ) Mamy czas, żeby uklęknąć i powiedzieć kilka słów naszemu Panu. Myślę, że wszystkim wam będzie potem lżej na duszy, prawda?”. Wspomina: „zaczęliśmy mamrotać, iż nie uczyniliśmy tego, co powinniśmy byli uczynić, ale uczyniliśmy to, czego nie powinniśmy byli czynić, i że jesteśmy przepełnieni zepsuciem”.

„Nie ulegało wątpliwości, iż kierują nią dobre intencje” – konstatuje Orwell. Ale nie ulega też wątpliwości, że sam uważa, że to nie wystarczy. Tak realizowana pomoc – motywowana w pierwszej kolejności współczuciem, z którego nie wynika nic więcej, oraz paternalizmem – nie budzi wdzięczności pisarza i innych nędzarzy. Budzi ich gniew.

Może działo się tak – i wciąż się dzieje, choćby w Polsce – właśnie dlatego, że gniewu związanego z sytuacją swoich braci i sióstr nie czuli wspomniani chrześcijanie? Że sprzeciw wobec niesprawiedliwości, którą widzieli, zagłuszyli dobrotliwym uśmiechem i ckliwą opowiastką o sile modlitwy?

Kościół bez pytań i bez odpowiedzi

Oczywiście, dziś już mało kto warunkuje udzielenie komuś pomocy koniecznością odmówienia przez niego pacierza (choć – warto dodać na boku – postulat, by do Europy przyjmować wyłącznie chrześcijańskich uchodźców, ma w sobie elementy takiego myślenia). Gdy jednak przyjrzymy się działalności społecznej polskiego Kościoła, dostrzeżemy pewne niepokojące podobieństwa do obrazu przedstawionego przez Orwella.

Nikt nie ma chyba wątpliwości co do skali pomocy charytatywnej, którą niesie w Polsce Kościół katolicki i jego członkowie. Tysiące ważnych i potrzebnych inicjatyw sprawiają, że pomoc dociera do milionów ludzi. Trzeba to docenić. Potencjał jednak jest tak duży, że nie można nie zadawać pytań o jego wykorzystanie. Wśród polskich hierarchów – będących reprezentantami wspólnoty – brakuje bowiem refleksji nad tym, co prowadzi do sytuacji, w której dzieła miłosierdzia są niezbędne. Namysłu nad przyczynami zjawisk, na które odpowiada działalność charytatywna.

Krótko po lekturze „Na dnie w Paryżu i Londynie” usłyszałem w kościele list pasterski polskiego episkopatu na tegoroczną Niedzielę Miłosierdzia. To idealny przykład tego zjawiska. Jego zdecydowaną większość wypełnia bowiem chwalenie się liczbą dzieł i akcji, które podejmuje Kościół w Polsce. Bez namysłu nad strukturalnymi aspektami sprawy. Bez apelu o zrobienie kolejnego kroku ponad zaangażowanie się w zbiórkę pieniędzy czy nawet wolontariat. Bez czegokolwiek, co mogłoby obudzić sumienia wiernych. Bez próby odpowiedzi na kluczowe pytania dzisiejszego świata – o migrację, rosnące nierówności, zmiany klimatyczne. A Kościół tkwiący w samozadowoleniu ocierającym się o gigantomanię nie stawi czoła temu, co przynoszą nasze czasy.

Jasne, nie sposób wszystkiego zmieścić w jednym, krótkim w sumie liście. Ale, po pierwsze, rozłożenie akcentów i wybór tematyki podejmowanej w danym momencie ma znaczenie. Po drugie, już wiele lat czekamy na dobry list pasterski polskiego episkopatu na tematy społeczne. Zamiast tego słyszymy głuchą ciszę lub zbiory zręcznie zlepionych cytatów z encyklik i papieży. Ten list razi tak bardzo, bo świat płonie coraz intensywniej, a polscy hierarchowie wciąż nie przesuwają akcentów w swoim nauczaniu.

Oraz dlatego, że dobrych wzorów do naśladowania nie brakuje. Być może właśnie w Polsce, w której jeszcze niedawno słychać było słowa i apele kardynała Wyszyńskiego, księdza Ziei, księdza Popiełuszki czy biskupa Chrapka, brak mocnego głosu Kościoła w najważniejszych sprawach jest tak dojmujący.

Między pomocą a zbawieniem

Wybór tematów poruszanych przez hierarchów nie jest jednak jedynym problemem. Ze wspomnianego listu można wysnuć wniosek, że biskupi rzeczywiście uważają, że pomoc charytatywna jest odpowiedzią nie tylko niezbędną (w czym mają rację), ale również wystarczającą (w czym zdecydowanie się mylą) na problemy współczesnego świata. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to kłopot jest znacznie poważniejszy. Potrzeba wtedy nie tylko namówienia episkopatu do zabrania głosu w danych sprawach, do przełamania ciszy, ale również do zmiany myślenia.

W liście piszą: „W dzisiejszym pierwszym czytaniu słyszymy: »uczniowie trwali w nauce apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach, a dobra materialne rozdzielali każdemu według potrzeby«. Tak realizowana pomoc charytatywna »każdemu według potrzeby« przyczynia się do budowania sprawiedliwości społecznej”. To dziwaczna interpretacja. Wygląda na to, że biskupi zapomnieli, co znaleźć można przed fragmentem, który sami cytują. A czytamy w nim przecież, że uczniowie „wszystko mieli wspólne”. Trudno zrozumieć, jak po tego typu sformułowaniu można uznać rozdzielanie (a nie rozdawanie!) dóbr „każdemu według potrzeby” za pomoc charytatywną. Z Dziejów Apostolskich wyłania się nie opis pierwszych dzieł miłosierdzia, ale całościowego sposobu funkcjonowania wspólnoty. I – co ważne – jest to wizja bliższa socjalizmowi niż konserwatywnej utopii, w której bogaci dzielą się z biednymi z dobroci serca. Hierarchowie zdają się nie zauważać, że właśnie tego nam potrzeba – przeobrażenia systemu, przemiany świata, w którym masy ludzi są traktowane jak zbędne odpady, zmuszane do migracji, uważane za zagrożenie. Akcje charytatywne, choć ważne, nie wystarczą, by na to odpowiedzieć.

To niestety nie koniec. W kolejnym fragmencie czytamy: „Chrześcijanie od początku mają świadomość, że działalność charytatywna nie jest celem samym w sobie, ale że ma się ona przyczyniać do realizacji najważniejszego celu, którym jest zbawienie wszystkich ludzi”. Owszem, zbawienie jest najważniejszym celem dla chrześcijanina. Ale w wizji biskupów uderzający jest brak przynajmniej jednej perspektywy. W napisanym przez nich liście nie ma nic pomiędzy pomocą tu i teraz a zbawieniem w świecie przyszłym. Z jednej strony mamy więc do czynienia z łagodzeniem objawów choroby (społeczeństwa, nie poszczególnego człowieka), z drugiej – z jej ostatecznym końcem w Niebie. O możliwościach jej leczenia jeszcze tu, na ziemi, nie ma w liście ani słowa. Między działalnością charytatywną a dbałością o wieczne życie dla duszy ludzkiej rozciąga się przecież cała płaszczyzna działań, których celem jest trwała poprawa jakości życia osób wykluczonych. Upomnienie się o ich prawa. Przeobrażenie stosunków społecznych. Walka z nierównościami. Ze zmianami klimatycznymi, których skutki zawsze najmocniej odczuwają najbiedniejsi. I tak dalej.

ilustr.: Sonia Jaszczyńska

ilustr.: Sonia Jaszczyńska

Cztery kroki miłosierdzia

By jednak tę perspektywę uwzględnić, trzeba byłoby zastąpić współczucie gniewem, a litość – oburzeniem. A przynajmniej zacząć umiejętnie łączyć jedno z drugim. Tak jak robi to papież Franciszek, którego widzimy płaczącego nad ludzkim cierpieniem i błagającego Boga o łaskę łez. Widzimy go również grzmiącego o niesprawiedliwości oraz pałającego gniewem wobec świata (i Kościoła!), który na nią pozwala. Apelującego z mocą o reformę rynków finansowych, przeobrażenie stosunków własności, ekologię integralną – uwzględniającą potrzeby i przyrody, i człowieka, widząc, że tworzymy nierozerwalną całość.

W tym czasie polscy biskupi (przynajmniej w olbrzymiej większości) ani nie płaczą, ani nie grzmią. Milczą lub – jak we wspomnianym liście – obrastają w piórka samozadowolenia, które udzielić się może także wiernym, utwierdzonym w przekonaniu, że jako społeczeństwo i wspólnota jesteśmy w porządku, skoro tak wiele dzieł charytatywnych funkcjonuje przy Kościele.

A przecież nie wolno uspokajać sumień, gdy tak wiele naszych braci i sióstr – pod wszelkimi szerokościami geograficznymi – cierpi. Z powodu wojen, dyktatur, zmian klimatycznych, susz, powodzi, katastrof naturalnych, głodu, niesprawiedliwych stosunków własności, wyzysku, niewolnictwa czy przestępstw. Nie można zasypiać spokojnie, słysząc ich płacz i krzyk. W „wyobraźni miłosierdzia”, o której tak często mówią ostatni papieże, nie chodzi przecież o wskazanie tych, którzy cierpią – to zaledwie krok pierwszy. Do tego nie potrzeba żadnej wyobraźni, wystarczy nieodwracanie wzroku. Coraz mniej wyobraźni potrzeba również, by uczynić krok drugi, czyli dostrzec przyczyny ludzkiego bólu i męki – rozumiemy je coraz lepiej. „Wyobraźnia miłosierdzia” jest nam dziś potrzebna przede wszystkim do zrobienia kroku trzeciego: poszukiwania rozwiązań, które mogą być wymagające dla nas wszystkich – jak w przypadku sposobów na prawdziwe rozwiązanie, a nie tylko częściowe złagodzenie skutków kryzysu migracyjnego. I czwartego – a więc budowania społecznej zgody na podjęcie owych działań.

Jeśli zatrzymamy się – jak polscy biskupi – na kroku pierwszym, nigdy nie dotrzemy do kroku czwartego. A to jego potrzeba dziś najbardziej. Nawet jeśli zrobienie go jest niezwykle trudne.

Kapitulacja wobec siewców strachu

Czy rezygnacja z potrzebnego do wykonania tego kroku „świętego oburzenia” – które potrafi być przecież twórcze – to wyraz kalkulacji, strachu czy po prostu innych poglądów biskupów? Trudno orzec. Wyraźnie widać, że polski Kościół, nawet gdy dostrzega niesprawiedliwość, nie chce lub nie potrafi w odpowiednim momencie nazwać jej przyczyn, zaproponować odważnych rozwiązań i naprawdę wyraziście zaangażować się w namawianie do ich wdrożenia. To, czy tego nie chce, nie potrafi, czy też po prostu popełnia taktyczne błędy, nie jest jednak bez znaczenia – jest wręcz kluczowe. Nawet jeśli trudno postawić w tej sprawie jednoznaczną tezę.

Bardzo wyraźnie widać to na przykładzie kryzysu migracyjnego. Na samym początku debaty z nim związanej niektórzy polscy biskupi, w tym ci najbardziej znaczący, przez krótki czas proponowali śmiałe rozwiązania idące w sukurs pomysłom papieża (takie jak przyjęcie jednej rodziny uchodźców przez każdą parafię w kraju). Niestety, niedługo potem zdecydowanie spuścili z tonu. Co prawda było słychać wypowiedzi poszczególnych hierarchów (takich jak biskup Zadarko czy kardynał Nycz), ale wciąż nie doczekaliśmy się w tej sprawie głosu całego episkopatu. Co prawda jednoznacznie poparł on ideę otworzenia korytarzy humanitarnych przynajmniej dla uchodźców znajdujących się w najtrudniejszym położeniu, jednak nie potrafił (lub nie zaangażował w tej sprawie wystarczających środków) wywrzeć skutecznej presji na rządzących, by uczynili przynajmniej to. Co prawda hierarchowie interweniowali pozakulisowo w sprawie sytuacji uchodźców z Czeczeni na dworcu w Brześciu i łamanego tam przez straż graniczną prawa, ale również w tym wypadku okazali się bezsilni.

Oczywiście, dwa ostatnie przykłady nie obciążają samego tylko episkopatu, ale w pierwszej kolejności rząd, który traktuje Kościół czysto instrumentalnie – wtedy, gdy jest mu z nim po drodze, korzysta ze wsparcia, gdy jest inaczej, nie waha się ignorować głosu biskupów. Dyskusja o przecenianiu siły polskiego Kościoła w życiu publicznym to jednak wątek poboczny. Kościół wciąż nie wykorzystał wszystkich swoich możliwości, by wpłynąć na władzę i dotrzeć do wiernych. Może się zresztą okazać, że jest już na to niestety za późno.

Najlepszym tego przykładem jest właśnie polityka epistolarna biskupów. I znów – co prawda Caritas Polska rozwinęła do sporych rozmiarów program „Rodzina Rodzinie”, wspierający rodziny uchodźców na Bliskim Wschodzie, jednak hierarchowie nie odważyli się na oficjalny i całościowy apel do wiernych i władz o przyjęcie do Polski ofiar wojen, zmian klimatycznych i autorytarnych reżimów. Tylko pojedynczy biskupi (jak kardynał Nycz) zdecydowali się to zrobić w sprawie korytarzy humanitarnych w swoich listach, które mają jednak  zasięg jedynie diecezjalny. W tym samym czasie słychać było idące w drugą stronę głosy biskupów Libery czy Jędraszewskiego.

A społeczne emocje buzują. Polityka zarządzania strachem, którą prowadzi prawica (w tym również władza), okazała się skuteczna, o czym szerzej pisze Paweł Cywiński w tym numerze „Kontaktu”. Brak mocnego i wspólnego głosu polskiego Kościoła (zwłaszcza hierarchicznego) w kluczowym momencie – który jest już dawno za nami –  należy uznać za kapitulację wobec siewców strachu, których, oczywiście, nie brakowało również wśród księży. Może się to okazać kapitulacja niezwykle brzemienna w skutki, bo wspomniane trendy będzie niezwykle trudno odwrócić.

Ogień świętego gniewu

Na pewno nie uda się to bez sformułowania przekazu o mocnej treści emocjonalnej. Racjonalne argumenty są, oczywiście, ważne i nie należy z nich rezygnować przy próbie odpowiadania na ludzkie obawy. Ale wiedza nie wystarczy. By poruszyć sumienia, potrzeba ognia. Ten ogień, który mógłby konkurować ze strachem, może przynieść właśnie święty gniew.

Zaangażowanie na rzecz ubogich, wykluczonych i cierpiących musi mieć bowiem zarówno komponent indywidualny, jak i strukturalny. W teorii i praktyce polskiego Kościoła – co ważne, nie tylko hierarchicznego – za mało jest tego ostatniego. Współczucie wygrało z oburzeniem. Potrafimy się litować, nie potrafimy grzmieć w obronie sprawiedliwości społecznej. Potrafimy podejść z empatią do czyjejś sytuacji, nie umiemy jednak wściec się na to, jaka ona jest. A przecież jedno może i powinno prowadzić do drugiego.

To właśnie gniew, a nie współczucie, może przełożyć się na zmianę systemową i na prawdziwą zmianę myślenia w całych społeczeństwach. Te dwie zmiany idą zresztą ze sobą w parze – zmiana świadomości może się przełożyć na przemiany struktur, które się zazwyczaj politycznie wymusza. A to takich zmian najbardziej potrzebują wszelcy wykluczeni dzisiejszego świata.

Kościół mógłby być w tej zmianie jednym z przewodników. Taką rolę stara się pełnić papież Franciszek – nie bojąc się oskarżeń o „lewactwo” czy komunizm. Wie, że inaczej się nie da, że grzmienie o strukturalnych problemach zawsze skończy się tak, jak w przypadku biskupa Heldera Camary, który mówił: „Kiedy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym. Kiedy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, nazywają mnie komunistą”. By jednak biskupi wykorzystali tę szansę, muszą zmienić akcenty. Przestać „pochylać się z troską” nad ubogimi. Przestać wierzyć, że pomoc charytatywna wystarczy. Przestać widzieć perspektywę, do której dążymy, jedynie w Królestwie Niebieskim. Dostrzec ją w Syrii, Sudanie, Erytrei, na Ukrainie, w Boliwii, w Kambodży, w Polsce. W uchodźcach, bezdomnych, głodnych, nagich, sierotach, okaleczonych, samotnych. Dziś i tutaj. W sytuacji cierpiących i w świadomości tych, których cierpienie omija. W przemianie i jednej, i drugiej.

***

Swoją opowieść o spotkaniu z damą z krzyżem na szyi Orwell kończy słowami: „jestem pewien, że podano nam herbatę, kierując się życzliwością, bez zamiaru upokorzenia kogokolwiek; uczciwie mówiąc, powinniśmy zatem odczuwać wdzięczność – a jednak jej nie odczuwaliśmy”.

Lekcja, którą pisarz wyniósł z angielskiego przytułku w latach 30., jest aktualna także dzisiaj. Także dla chrześcijan, także dla nas, także dla Kościoła w Polsce. Życzliwość jest potrzebna, ale nie możemy się do niej ograniczać. Potrzebujemy gniewu. Niezgody na otaczającą nas rzeczywistość i na stan, w jakim żyją miliony naszych sióstr i braci – tych blisko nas, w Polsce, tych, którzy do Polski pukają, i tych, którzy choć są daleko – również powinni być nam bliscy. Jeśli nie obudzimy w sobie oburzenia, nie spotkamy się z wdzięcznością.

A gdy już rozpali się w nas gniew, który zastąpi współczucie i „dobre intencje”, nie będziemy jej wcale oczekiwać.

***

Pozostałe teksty z bieżącego numeru dwutygodnika „Kontakt” można znaleźć tutaj.