dwutygodnik internetowy
31.03.2014
magazyn papierowy


Bp Ryś: Społeczny problem Kościoła

Dużo jest w polskim Kościele inicjatyw charytatywnych. Boję się jednak, że nie mamy odpowiedzi na wszystkie problemy społeczne, które spadły na nas po 1989 roku.

Ilustr.: Rafał Kucharczuk

Gdy przed 1989 rokiem braliśmy do ręki encykliki społeczne, czytaliśmy je do połowy. Wszystkie zagadnienia, które dotyczyły kapitalizmu i wolnego rynku odstawialiśmy na bok. Nie nasz świat, nie nasza bajka.
Z ks. Grzegorzem Rysiem, krakowskim biskupem pomocniczym i przewodniczącym Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji przy Konferencji Episkopatu Polski rozmawiają Cyryl Skibiński i Stanisław Zakroczymski.

Opublikowane niedawno sondaże pokazały, że w katolickiej Polsce tylko 39% ludzi jest przekonanych o nieśmiertelności duszy, a niespełna 50% wierzy w zmartwychwstanie ciała. Jest Ksiądz Biskup jednym z głównych propagatorów idei nowej ewangelizacji – widać, że jest ona potrzebna – ale co się za tym hasłem właściwie kryje?
Definicja jest dość prosta: to jest ta część działania Kościoła, która jest skierowana do ludzi ochrzczonych, którzy nie pamiętają, że „przydarzył” im się chrzest. Nie ma ich na liturgii, nie należą do wspólnot, nie chcą brać odpowiedzialności za Kościół. W jakiejś mierze każdy z nas jest adresatem nowej ewangelizacji. Ja też się nim czuję, w tym wymiarze, w jakim jestem grzesznikiem i niewierzącym.

W jaki sposób ewangelizować, żeby nie robić tego na siłę? Być może jestem skażony liberalnym duchem naszych czasów, ale gdy słyszę o ewangelizacji, od razu wyobrażam sobie zapaleńców, którzy prowadzą mnie do kościoła ciągnąc za rękaw.
Od dawna jest jasne, że nie może być mowy o żadnej nachalności czy prozelityzmie – ewangelizacja dokonuje się wyłącznie na drodze atrakcyjności świadectwa. Jest ono kluczowe, bo wyzwala pytania. Ktoś widzi ludzi żyjących w taki sposób, że rodzi się w nim pytanie, co się za tym kryje. Ludzie od lat zaangażowani w ewangelizację zawsze powtarzają, że nie odpowiada się na pytania, których nikt nie stawia.

Jak brzmi na nie odpowiedź?
Jezus Chrystus, który zmartwychwstał. A skoro zmartwychwstał, błogosławi Ci w odwróceniu się od grzechów. Moment, w którym odkrywasz w Nim kogoś, kto Cię zbawia, nazywamy pierwszą ewangelizacją, czy po prostu ewangelizacją. Otwierasz się na doświadczenie zbawienia, przyjmując Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. I teraz jest czas na wszystko inne, to znaczy na wejście do Kościoła, wzrost we wspólnocie, wtajemniczenie w sakramenty, przyjęcie nauczania moralnego.

Ewangelizacja jest przekazem wiary, więc tym co mnie do niej motywuje jest moja własna wiara, której nie mam siły schować w sobie. Przeżyjesz to, będziesz prowadził do tego innych. Nie przeżyjesz, nie będziesz. I basta.

Jak nowa ewangelizacja wygląda w praktyce? Polski Kościół kojarzy się raczej ze skostniałością struktur i skupieniem na sobie samym.
To nie jest pełna prawda o Kościele w Polsce, jest on Kościołem ewangelizacyjnie bardzo dynamicznym. Przy wielu parafiach działają ruchy oazowe czy neokatechumenalne. Oczywiście najwięcej wiem o tym, co dzieje się w diecezji krakowskiej. Przygotowujemy się właśnie do 45. odsłony Kursu Alfa, organizowanego w jednej z parafii. Kursy te mają nie tylko umożliwić dorosłym ludziom wzięcie udziału w katechezie, ale także pomóc im dowiedzieć się, czym naprawdę jest chrześcijaństwo, wejść w Kościół i spotkać się z działaniem Ducha Świętego. W każdym Kursie bierze udział ok. 60 osób, a animuje go 20-30 kolejnych. Wokół tej formy działania w jednej parafii skupiło się półtora tysiąca osób.

Często słyszy się opinię, że głęboka odnowa Kościoła będzie możliwa dopiero, kiedy większość ludzi się od niego odwróci, dzięki czemu przestanie być narażony na wpychające w bierność poczucie siły czy triumfalizm.
Kościół jest, jak pokazuje Pismo, „krzewem, który ma rosnąć”, „zaczynem, który ma zakwasić ciasto”, „dzieckiem”. A dziecko jest zdrowe, jeśli rośnie. Podobnie jest z Kościołem: jeśli doświadcza wzrostu, to znaczy, że jest zdrowy. Myślenie, że „nie liczy się ilość, ale jakość” jest bardzo niedobre, choć „pokuśne”.

Kompania kadrowa…
Tak, obrazek byłby taki: kilku pięknoduchów, w swoim przekonaniu nieskazitelnych, zamyka się w twierdzy i podnosi most zwodzony. Ale kto dał im prawo ustawiać progi, które ktoś ma przeskoczyć, aby móc wejść?! Zbawienie ma charakter powszechny, Chrystus umarł za każdego.

Gdy siadam w konfesjonale i ktoś przychodzi do spowiedzi, to przyjmuję tego człowieka takim, jakim jest. Nikt go przecież nie zmuszał, żeby do mnie przyszedł. Jeśli w trakcie spowiedzi okazałoby się, że ten ktoś jest do niej kompletnie nieprzygotowany, to nie wyrzucę go z konfesjonału, ale zacznę z nim rozmowę, która – daj Boże – otworzy go na rzeczywistość miłosierdzia. Jeśli znajdę w nim cokolwiek, co by dysponowało go do rozgrzeszenia, to go rozgrzeszę. Bo ja nie jestem od tego, żeby stawiać jakieś gigantyczne warunki wstępne. Chrześcijaństwo jest drogą, polega więc na tym, że dzisiaj jesteś w tym punkcie, a za rok będziesz w innym, choć po drodze może się okazać, żeś się cofnął.

Nie mam poczucia, żeby był to powszechny sposób myślenia w Kościele.
Kościół przerobił to już w połowie III wieku. Miały wtedy miejsce potworne prześladowania chrześcijan organizowane przez cesarza Decjusza. Doprowadziły do tego, że spora część pierwszych chrześcijan wyparła się wiary. A był to grzech, za który pokutowano całe życie. Wobec jego masowości pojawiło się jednak pytanie, które dotknęło istoty tego, czym jest Kościół: Czy jest on tylko dla tej grupki radykałów, którzy się nie zaparli, czy jest też dla tych, którzy nie wytrzymali prześladowań? Temat był tak ostry, że doszło przez niego do schizm w Rzymie, Kartaginie i innych wspólnotach.

Człowiekiem, który rozstrzygnął o powrocie tych ludzi do Kościoła, był św. Cyprian, autor traktatu „O upadłych”. Nie bagatelizował tego, co się stało. Adresując swój tekst do każdego, kto wyparł się wiary, napisał: „Zarżnąłeś się jak bydle, złożyłeś się na pogańskim ołtarzu”. Ale zaraz potem postawił pytanie: „Czy ten grzech wyklucza Cię z Kościoła?” i odpowiedział: „Nie, ale nie można wpuścić z powrotem kogoś, kto nie podjął leczenia, bo zaprosi się tym samym do Kościoła zarazę”. To jest jeden z pierwszych tekstów w historii Kościoła, który mówi o pokucie nie w kategoriach kary, a leczenia – pokuta jest medycyną, a Kościół dysponuje lekarstwem.

Kraków i Warszawa kłócą się, czy prawdziwy „Kościół otwarty” stanowi „Tygodnik Powszechny”, czy „Więź”, ale najważniejszą definicją otwartości Kościoła jest to, że ma zrozumienie dla grzesznika.

Czytając Evangelii gaudium, adhortację apostolską papieża Franciszka, nie da się nie zauważyć, że łączy ona sprawy ewangelizacji z całą masą postulatów pozakościelnych…
…Pełna zgoda – dwie piąte tekstu tej adhortacji dotyczy raczej świata niż Kościoła. To jest duża nowość w nauczaniu o ewangelizacji.

Natrafiamy w tej adhortacji na sporo fragmentów, które nawołują do buntu przeciw społeczno-ekonomicznemu status quo. Czy to znajdzie odbicie w nauczaniu Kościoła w Polsce?
W historii polskiego Kościoła znajdziemy głębokie pokłady, do których można sięgnąć, rozważając tę problematykę. Nigdy nie byliśmy zbyt mocni teologicznie, ale – jak to kiedyś powiedział ks. Józef Tischner – Kościół w Polsce zawsze dawał ludziom nadzieję w sytuacjach wyzwań dramatycznych. Cały dziewiętnasty wiek, większość dwudziestego nie wymagała konfrontacji z wielkimi herezjami. Nasze wyzwania były tego typu, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi, tych najciekawszych, którzy ośmielili się marzyć o niepodległości kraju, jest zsyłanych na Sybir, a na miejscu zostają ich rodziny, którym trzeba pomóc. Takie były nasze codzienne zagadnienia do roku 1989.

Dysponujemy także potężnym zapleczem, jakie stanowią świetne encykliki społeczne Jana Pawła II: Solicitudo rei socialis, z całą ideą solidarności, a wcześniej zupełnie niesamowita Laborem exercens. Jest też cała refleksja na temat filozofii pracy spisana przez ks. Tischnera.

My też bardzo cenimy te encykliki, ale mamy wrażenie, że są dziś zapomniane. Posługując się ulubionym przez papieża Franciszka motywem peryferii, można by powiedzieć, że nowa ewangelizacja jest próbą wyjścia na peryferia duchowe, jednak spore peryferia społeczno-ekonomiczne, wprost wskazane przez papieża jako problem, wciąż nie są w Polsce przedmiotem refleksji. Czy pójdziemy też w tę stronę?
Działanie w obydwu tych obszarach dość często idzie razem. Kiko Argüello rozpoczął wielkie dzieło ewangelizacyjne, jakim jest droga neokatechumenalna, idąc do najbiedniejszych dzielnic pod Madrytem. Poszedł tam nie dlatego, że miał motywację socjalną, tylko najgłębiej ewangeliczną. Podobnie Matka Teresa z Kalkuty nie była działaczką społeczną. Do slumsów nie pchał jej altruizm czy „rozeznanie kwestii społecznej”, tylko adoracja.

Czy te dwie motywacje się wykluczają?
Może nie, ale wcale nie jest dobrze, gdy człowiek je myli. Człowiek, który doświadczył w życiu miłosierdzia ze strony Boga, chce na nie odpowiedzieć także wtedy, gdy spotyka się z odrzuceniem ze strony ludzi, którym chce pomóc. Świetnym polskim przykładem odkrycia tej motywacji jest Adam Chmielowski (św. brat Albert) wyrzucony z krakowskiej ogrzewalni, gdy pierwszy raz przyszedł do niej z „jałmużną”. Kto chce zrozumieć miłosierdzie brata Alberta, musi patrzeć na „Ecce Homo”, a nie tylko czytać sprawozdania krakowskiej Rady Miasta na temat ubóstwa.

Wracając do Waszego pytania, trzeba podkreślić, że dużo jest w polskim Kościele inicjatyw charytatywnych i to działających na niebagatelną skalę. Nie znaczy to oczywiście, że mamy odpowiedzi na wszystkie problemy społeczne, które spadły na nas po 1989 roku. Boję się, że nie mamy – tematy społeczne troszkę przestały nas obchodzić, nikt też nie ma odwagi zająć się katolicką nauką społeczną, o co apelował niegdyś kard. Franciszek Macharski.

Dlaczego tak się dzieje?
Gdy przed 1989 rokiem braliśmy do ręki encykliki społeczne, to czytaliśmy je do połowy. Najpierw fragmenty zasadnicze dla przesłania całości, a potem te, które krytycznie odnosiły się do komunizmu. Wszystkie zagadnienia, które dotyczyły kapitalizmu i wolnego rynku odstawialiśmy na bok, bo po co mieliśmy to czytać? Nie nasz świat, nie nasza bajka. Jan Paweł II pisał, że obraz napięcia między kapitałem a pracą jest fałszywy, że praca przede wszystkim łączy ludzi. A nam od szkoły podstawowej wciskano do głów, że praca jest obszarem walki klas. Na to potrzebowaliśmy odtrutki. Myślę, że Kościół odrobił tę lekcję. W każdym razie w tamtym czasie, bo od 25 lat jesteśmy w zupełnie nowej sytuacji.

Trudno chyba mówić o nowej sytuacji, po 25 latach bylibyśmy już w połowie istnienia PRL-u…
Tak, ale krytyczna wobec komunizmu na gruncie społecznym refleksja Jana Pawła II czy ks. Tischnera też nie powstała od razu – to późne lata 70. i 80. Wcześniej, w latach 50. i 60. wystąpiły potężne wstrząsy społeczne. Rozpoczął się dialog z lewicą laicką, czyli próby rozmów z działaczami opozycji, wyrastającymi z nurtu socjalistycznego tej miary, jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń. Wydarzyły się wtedy w Polsce rzeczy niezwykłe.

Można na tę problematykę spojrzeć też od innej strony. Pisałem kiedyś monografię jednej z wiejskich parafii niedaleko Bielska. Mieszkało tam sporo mężczyzn, fantastycznych budowlańców, którzy, jak to często bywa, od późnej jesieni do wczesnej wiosny byli bezrobotni. Co robili proboszczowie w tej wsi? Akurat budowali kościół, a później rozmaite przykościelne budynki – pozyskiwali na ten cel środki i zatrudniali bezrobotnych z parafii. Na problem bezrobocia nie reagowali tylko przedstawieniem zasad i ubolewaniem, że rzeczywistość się ich nie trzyma. Działając w mikroskali, próbowali rozwiązywać konkretne problemy.

Patrząc z szerszej historycznej perspektywy wygląda to tak, że w Kościele najpierw pojawia się praktyczna pomoc dla osób poszkodowanych, a dopiero potem rodzi się na tej kanwie refleksja. Przez cały XIX wiek Kościół organizował pomoc dla całych grup wykluczonych przez skrajny liberalizm gospodarczy, czego zwieńczeniem była powstała pod koniec stulecia encyklika Leona XIII, Rerum novarum.

Powiedział Ksiądz Biskup o działalności charytatywnej Kościoła i pomocy w skali mikro, która niejednokrotnie jest skuteczna, ale mnie uderza w adhortacji papieża Franciszka skala makro.
Mnie też uderza, ale powiem szczerze… nie, żebym nie miał wrażliwości na te sprawy, ale czytając ją miałem poczucie, jakby papież nazwał pewne problemy i powiedział, że nie można się na nie godzić, ale na tym koniec. Nawet jeśli postrzegam rzeczywistość tak samo jak on, to co mam robić dalej? Owszem, padają cztery fantastyczne, niewątpliwie słuszne zasady, ale są one ciągle na poziomie generalnej logiki działania. Odbiła się w tej adhortacji wrażliwość socjalna papieża, która może się przełożyć na moją osobistą postawę, ale nie mogę powiedzieć, żebym w jej świetle miał pomysł, jak działać w makroskali.

Może wystarczy, że słowa papieża Franciszka wpłyną na to, że budzenie wrażliwości społecznej stanie się ważnym elementem nauczania w polskim Kościele? Gdyby udało się przekonać iluś pracodawców, żeby podchodzili do swoich pracowników w zgodzie z tym, co czytają w Laborem exercens, to byłby duży krok na przód.
Ewangelizacja pójdzie w tym kierunku wtedy, gdy biznesmenami, o których mówicie, będą ludzie, którzy przyjęli w swoim życiu Chrystusa. Tego się nie narzuci z góry, jako pomysłu na przekształcanie świata, nawet wobec ostatniego światowego kryzysu gospodarczego. Wszyscy wiedzą, że został on wygenerowany w największej mierze przez sztywne trzymanie się zasad ekonomii: podaż, popyt, zyski i żadnego miejsca na personalizm i humanizm. Definicja rozwoju, którą przyjmował zarówno Paweł VI, Benedykt XVI, jak i Franciszek, polega na tym, że rozwój jest wtedy, gdy rozwija się cały człowiek i każdy człowiek.

Ks. bp Grzegorz Ryś – od 2011 roku biskup pomocniczy krakowski. W latach 2007-2011, rektor Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, a od 2012 roku przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji przy Komisji Duszpasterstwa Episkopatu Polski. Doktor habilitowany nauk historycznych, kierownik Katedry Historii Kościoła w Średniowieczu w Instytucie Historii Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.

Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.

  • Anonim

    “Nie chcą brać odpowiedzialności za Kościół” – To typowa manipulacja. Człowiek ochrzczony, zasadniczo popierający idee chrześcijaństwa, ale nie popierający działań Kościoła instytucjonalnego, pragnący reform, NIE MOŻE wziąć za niego odpowiedzialności. Wierni nie mają mocy decyzyjnej w Kościele i wmawianie im, że są za niego odpowiedzialni, jest manipulacją. Niektórzy dają się na to nabrać, a potem się frustrują, że tak się starali, a Kościół jaki był taki jest.

    • Andrzej

      Każdy ochrzczony ma wpływ na to, co dzieje się w Kościele, jeśli Kościół pojmuje się jako Ciało Chrystusa. Z myśli Założyciela jest Kościół ma strukturę hierarchiczną. “Pokuśne” jest demokratyzować Kościół po swojemu (może widzieć w nim jakąś szczególna rolę, mieć wpływ…) i nie odkrywać charyzmatów, którymi się ma służyć

      • Anonim

        “Każdy ochrzczony ma wpływ na to, co dzieje się w Kościele”

        Wypowiada Pan teraz metafizyczne banały. Realnego wpływu na Kościół nie mają nie tylko świeccy ochrzczeni, ale także szeregowi księża, ba, nawet biskupi pomocniczy mają wpływ bardzo ograniczony. Władza w Kościele jest scentralizowana.

        “Każdy ochrzczony” może się modlić i mamić się, że to coś realnie pomoże. Może także brać udział w tym, co Kościół ma obecnie do zaoferowania, ale ryzykując, że w ten sposób legitymizuje również jego złe działania.

        Za komuny w “Polityce” na pierwszej stronie był raz taki rysunek satyryczny Szymona Kobylińskiego: Duży człowiek trzyma przed sobą małego człowieczka, trzyma jego rękę i tą jego ręką uderza w jego pierś, mówiąc: “Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. Rysunek odnosił się wtedy akurat do partii i rządu, ale jak znalazł ilustruje postawę instytucji kościelnej względem szeregowych wiernych.

  • Pingback: 144 katechetyczny przegląd internetu | NATAN - katecheza()