dwutygodnik internetowy
30.04.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Smakołyk

Wnętrze cukierni „Smakołyk” na rogu Hożej i pl. Trzech Krzyży nie wyróżnia się niczym specjalnym. Do Bliklego jest jej równie daleko, co do pączkarni w przejściu podziemnym. Gdyby nie stolik i dwa krzesła, spokojnie można by ją nazwać sklepem ze słodkościami. A tak, nie dość, że klienci mogą konsumować wuzetki na siedząco, to jeszcze „Smakołyk” teoretycznie […]

Wnętrze cukierni „Smakołyk” na rogu Hożej i pl. Trzech Krzyży nie wyróżnia się niczym specjalnym. Do Bliklego jest jej równie daleko, co do pączkarni w przejściu podziemnym. Gdyby nie stolik i dwa krzesła, spokojnie można by ją nazwać sklepem ze słodkościami. A tak, nie dość, że klienci mogą konsumować wuzetki na siedząco, to jeszcze „Smakołyk” teoretycznie posiada ten sam status, co wspomniany już kultowy lokal na Nowym Świecie. Z cukierniczą pierwszą ligą łączy go także tradycja, liczona wprawdzie nie w setkach, ale w i tak nobilitujących, jak na trudną warszawską historię, dziesięcioleciach. „Smakołyk” założony został w 1947 roku jako Pracowania Cukiernicza Kazimierza Zawiślaka i przez cały okres PRL-u funkcjonował jako firma rodzinna, obronną ręką wychodząc ze wszystkich partyjnych zamachów na prywatną inicjatywę. Lokal przetrwał także transformację ustrojową i nawet pojawienie się na wolnym rynku Dunkin Donuts oraz zmiana właściciela (pod koniec pierwszej dekady syn założycieli sprzedał cukiernie mokotowskiej firmie cukierniczej, która przechrzciła zakład na „Smakołyka”) nie spowodowała odpływu klienteli. Na Hożą 3, tak jak przez ostatnich kilka dziesięcioleci, nadal przybywają klienci (niekiedy nawet z innych dzielnic), by spróbować “tortów oraz najlepszych wyrobów cukierniczych w wielu smakach i rodzajach”.

I na tym można by zakończyć sentymentalną opowieść o bujnej i chwalebnej tradycji warszawskiej cukierni, gdyby nie tajemnicza zmiana, z którą klienci „Smakołyka” spotkali się kilka miesięcy temu. Lokal z witryny przedwojennej kamienicy przy Hożej 3 przeniósł się o kilkanaście metrów w stronę placu Trzech Krzyży. Na pustym placyku między kamienicami o numerach 1 i 3, obok straganowego warzywniaka wyrósł obiekt, którzy lojalni klienci mogą nazywać „pawilonem”, a złośliwcy „budką”. W blaszanym sześcianie, będącym kwintesencją prowizoryczności (jest ona skonstruowana tak, by w każdej chwili można było załadować ją na lawetę i przewieźć w inne miejsce – stąd zazwyczaj posługują się nimi budowlańcy), zaaranżowane zostało wnętrze, co do którego można dyskutować, czy jest ładne, ale z całą pewnością nie kojarzy się z tymczasowością. Panuje estetyka tradycyjno – nowoczesna, z elementami drewniano – metalowymi, wszystko utrzymane w duchu prowincjonalnej wielkomiejskości. Ściany wyłożono tapetą, mającą kojarzyć się z intymną przestrzenią drobnomieszczańskiego mieszkania, co stanowi idealne tło dla niby drewnianego baru, gdzie zaopatrzyć się można w napoje zimne i gorące, a nawet coś mocniejszego. Obok szynkwasu, w przeszklonych lodówkach eksponowane są torty i ciasta, między którymi poupychano napoleonki, bajaderki, wuzetki i pączki. Będąc w środku, można zapomnieć, że „Smakołyk” po ponad 50 latach przemieścił się na wschód. Może się wydawać, że ktoś w dawnym wnętrzu postanowił zrobić remont, zaopatrując się w dziale „meble luxusowe” w tanim sklepie meblowym. Tylko jakby nieco sprężynująca podłoga przypomina, że pod wyglądająca niezwykle porządnie klepką nie ma piwnic i fundamentów, tylko chodnikowe płyty.

Powodem przeprowadzki były oczywiście pieniądze. Właściciel doszedł wniosku, że nie stać go na płacenie wielkiego czynszu, zwłaszcza że praktycznie nie zmieniając adresu, może płacić niższy.

Już raz w Warszawie mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której lokale cieszące się długą tradycją były skazane na zmianę lokalizacji z „kamienicznej” na „prowizoryczną”, a swoim wnętrzem za wszelką cenę próbowały dowieść, że „nic się nie stało”. Gdy na wiosnę ’45 roku do wyludnionej Warszawy zaczęli powracać deportowani po powstaniu mieszkańcy, pośród gruzów błyskawicznie zakwitł spontaniczny kapitalizm. Warszawscy przedsiębiorcy na własną rękę rozpoczęli odbudowę przedwojennego świata, nie zdając sobie sprawy, że dochodzący właśnie do władzy komuniści mają zupełnie inny pomysł na organizację porządków w Polsce. Nim jednak władza scementowała się na tyle, by móc wypowiedzieć prywaciarzom „bitwę o handel”, na kilka lat pojawiła się w systemie luka, którą, jak pod dyktando liberalnych teorii o innowacyjnych jednostkach dążących do maksymalizacji zysków, wykorzystali obrotni warszawiacy. Pod nosem zajętych eliminowaniem politycznych rywali komunistów odradzały się przedwojenne firmy, reaktywowano kawiarnie i sklepy. Ruch na rynku był tak duży, że szybko zaczęło dla powstających przedsiębiorstw brakować miejsca w nielicznych ocalałych budynkach. Jednak chęć zysku, połączona z pragnieniem normalnego funkcjonowania po sześcioletniej okupacji, szybko znalazła rozwiązanie problemu lokalowego – przy Marszałkowskiej, ulicy-symbolu przedwojennego blichtru, przedsiębiorcy wraz z rozumującymi analogicznie kamienicznikami błyskawicznie zaczęli organizować prowizoryczne sklepy w suterenach i wypalonych parterach kamienic, jedynych pozostałościach po eleganckich wielopiętrowych gmachach. Handlowano towarami codziennego użytku, ale także, co uderza w licznych wspomnieniach z tamtego okresu, pojawiały się olbrzymie ilości dóbr luksusowych. Z nieznanych źródeł płynęły do stolicy towary, które warszawiakom nieodłącznie kojarzyły się z przedwojenną wizją dobrobytu. Olbrzymią wagę przykładano do witryn, które zdaniem komentatorów przepychem, różnorodnością i bogactwem przewyższały nawet czasami standardy sanacyjne. Szybko cała ulica na odcinku od Świętokrzyskiej do placu Zbawiciela zagęściła się od niewielkich pawilonów, poprzetykanych kupami gruzu i ostańcami kamienic, a ewenement ten zaczęto nazywać „parterową Marszałkowską”.

Gdy na szczytach władzy monopol komunistów stał się bezdyskusyjnym faktem, świeżo powstała PZPR mogła zająć się eksportowaniem swoich pomysłów do szerszych mas społeczeństwa. Kapitaliści i drobni przedsiębiorcy błyskawicznie uznani zostali za wrogów publicznych, a ich wyeliminowanie stało się kwestią racji stanu. Ostateczna zagłada prowizorycznej zabudowy dokonała się, gdy przygotowując miejsce pod MDM, poszerzano Marszałkowską.

O tym ważnym epizodzie w historii warszawskiego kapitalizmu można pomyśleć, przeżuwając w „Smakołyku” kremówkę. Można też pójść w swoich rozważaniach dalej i dostrzec symptomy zupełnie innej bitwy o handel w słowach burmistrza Śródmieścia Wojciecha Bartelskiego, twierdzącego że centrum miasta nie może być „tanie i przaśne”, więc w lokalach miejskich powinno się lokować prestiżowe instytucje (jak np. banki), mimo że nie przydają się one w żaden sposób mieszkańcom. I w tym kontekście tradycyjno – pionierska myśl „Smakołyka” staje się szczególnie wyraźna. Nie zapominajmy przecież, że w Śródmieściu zostało nam jeszcze do wynajęcia wiele placyków czekających na „plombę”, a pawilony może nie grzeszą urodą, ale za to można je ustawiać jeden na drugim.

 

PS Warto dodać, że opuszczony lokal po „Smakołyku” zajęła inna cukiernia. By ustrzec stałych klientów przed pomyłką, na drzwiach budki przyczepiono kartkę z napisem „Tutaj jest cukiernia z Hożej 3”.

 

  • Elmquist32

    Nie wiedziałem, że w taki sposób jak to jest tutaj przedstawione można tak prostą rzecz opisać. Wielkie brawa dla autora tego wpisu! ;)