dwutygodnik internetowy
wydanie wyborcze 19.10.2015
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Razem przeciw realnemu liberalizmowi

Wybory prezydenckie i parlamentarne to jedna z najbardziej interesujących okazji, by przyjrzeć się przemianom polskiej realności i społecznego imaginarium. To proces, który w swojej podstawowej warstwie dotyczy wyboru ściśle określonego kandydata/ugrupowania/opcji politycznej. Proste stwierdzenia: „głosuję na PiS”, „głosuję na Platformę”, „oddam głos na Razem”, „nie chodzę na wybory” są deklaracją światopoglądową sięgającą biografii politycznej każdego z wyborców.

 

ilustr.: Materiały prasowe Sejmu RP

ilustr.: Materiały prasowe Sejmu RP

Poza tym te deklaracje zawierają potężny ładunek treści należących do depozytu prywatnych i społecznych wyobrażeń, które służą zarówno legitymizacji, jak i kontestacji zastanej rzeczywistości, a niekiedy w sposób nieświadomy jednemu i drugiemu równocześnie. W czasach, gdy do dobrego tonu należą opowieści o post-polityczności, wybór partii wciąż jest formą deklaracji ideowej, a bywa też próbą uzgodnienia własnych, realnie rozpoznanych interesów z przekazem partyjnym.

Patrząc jeszcze szerzej, historia wyborów w III Rzeczpospolitej to ważny element opisowy naszej transformacji. Dla jednych to chwalebna, dla innych – całkiem znośna, dla jeszcze innych – bardzo gorzka historia. Losy partii oraz ich elektoratów odzwierciedlają procesy zachodzące w ciągu dekad przemian państwa, społeczeństwa, gospodarki, edukacji, kultury, religijności, świeckości. W tym kontekście interesujące jest nie tylko to, na kogo wyborca odda głos przy urnie, ale i to, jak wyglądała jego wcześniejsza biografia wyborcza albo w duchu jakich przekonań kształtował się wybór, którego dokonał lub właśnie dokona po raz pierwszy.

Niedawne wybory prezydenckie ujawniły kryzys systemu władzy budowanego przez osiem lat przez Platformę Obywatelską i sprzyjające jej ośrodki medialne i biznesowe. Sukces Andrzeja Dudy, jeszcze dobrych kilka miesięcy temu słabo rozpoznawanego nawet w środowiskach sympatyzujących z Prawem i Sprawiedliwością, zakwestionował dominującą narrację. Wedle tej opowieści rządy Platformy Obywatelskiej stanowiły swoistą „konieczność cywilizacyjną”, nieledwie normatywną filozofię i praktykę władzy – potrzebną do stabilnego funkcjonowania „naszej młodej demokracji”. Ale opowieść głównego nurtu stawała się coraz mniej satysfakcjonująca dla rosnącego grona odbiorców. Podobno to młodzi gniewni wyborcy Pawła Kukiza przesądzili o sprawie. Nie mniej istotne jednak było poparcie ludzi, którym Andrzej Duda obiecał ustawę przywracającą poprzedni wiek emerytalny albo których zapewnił o konieczności państwowego wsparcia dla górnictwa. Również „Solidarność” stała się gwarantem sukcesu obecnego prezydenta.

Pobożni socjaliści

Wspominam o tym, ponieważ w Polsce istnieje specyficzny rodzaj elektoratu, który mocno na wyrost, ale w sposób dość czytelny w odbiorze określa się mianem „pobożnych socjalistów”. Są to na ogół ludzie, którzy z bardzo różnych przyczyn nie ufają hasłom wolnorynkowym – przynajmniej jeśli ich konsekwencje stosują się do nich – ani oficjalnemu optymizmowi modernizacji po polsku, a w sferze publicznej chcą zachować wzorce kulturowe i religijne w ich „konserwatywnym sensie” (który coraz rzadziej ma jednorodny charakter).

Jeszcze jedna ważna rzecz. Platformie Obywatelskiej udała się sztuka dotąd w historii III Rzeczpospolitej niespotykana. Osiem lat ciągłego sprawowania władzy to ogromny sukces tej formacji. Bronisław Komorowski został prezydentem już po tragedii smoleńskiej, co – w sytuacji gwałtownie narastającego antagonizmu między Polakami – stanowiło wotum zaufania dla jego formacji politycznej/ideologicznej. Legitymizacja władzy PO przez znaczącą część aktywnych wyborczo obywateli sugerowała wyraźnie potrzebę ciągłości władzy i jej stabilizacji. Oligarchia miała swój interes w tym, by „porządek panował w Warszawie”. Szybko okazało się, że taka sytuacja oznacza praktyczny brak kontroli społecznej/medialnej wobec rządzących. W rezultacie w ciągu nieledwie dekady okrzepł realny liberalizm, w znacznej mierze finansowany ze środków unijnych, którego istotnymi cechami są fasadowa modernizacja, atrofia praw pracowniczych, demontaż systemu zabezpieczeń i infrastruktury społecznej, niski udział płac w PKB, ogromne wpływy i bezkarność wobec fiskusa transnarodowego kapitału, rozproszona rodzima drobna przedsiębiorczość (na gruncie której wyzysk pracownika nie jest niczym niezwykłym).

Wreszcie pojawiła się frustracja wywołana słabym państwem oraz egzystencjalną i umysłową bezradnością Polaków wobec systemu społeczno-gospodarczego, w którym żyją. Ale naiwnością byłoby sądzić, że osłabienie pozycji politycznej Platformy będzie końcem realnego liberalizmu. Może on w przyszłości w większym stopniu bazować na popularnych ostatnio wśród części prawicy hasłach patriotyzmu gospodarczego (słusznych samych w sobie). Ale to hasło, dowartościowujące polskich przedsiębiorców i prawo-liberalny elektorat, wcale nie musi oznaczać poprawy sytuacji rzesz pracowników, o których „gospodarczy patrioci” z reguły milczą. Przepraszam, mają im najczęściej do powiedzenia tyle: „ZUS nas wszystkich okrada”.

Prawicowe opium

Zdarzyły się w ostatnim czasie dwie rzeczy, które zmuszają do refleksji nad kształtem rodzimej polityczności (węziej: sceny politycznej) nawet nie po najbliższych wyborach, ale w dłuższej perspektywie czasowej. Pierwsza to antyuchodźcza reakcja. Z całą świadomością używam słowa reakcja, zarówno w pejoratywnym, jak i opisowym sensie. Okazuje się, że mamy dziś do czynienia na (centro)prawicy ze wzrostem postaw ksenofobicznych i lękowych, które są formą wygodnego odreagowania wielu frustracji społecznych bez narażania się na konsekwencje konfrontacji z realnymi przeciwnikami.

Marsze i ruchawki „przeciw islamizacji”, często z udziałem prawicowo-wolnorynkowych liderów politycznych, przyciągają przede wszystkim młodsze pokolenie Polaków. Ale do myślenia daje cicha lub wprost wyrażana aprobata wcale licznego grona osób ze starszych pokoleń prawicowców względem „szowinizacji” patriotyzmu. Dodajmy do tego typowy u nas brak na ogół jakiejkolwiek refleksji nad krzywdą społeczną w III RP (chyba że da się o nią wprost oskarżyć rządy Platformy). Organizm społeczny, zainfekowany dogmatami i praktyką darwinizmu ekonomicznego, jako strategię obronną przyjął nienawiść wobec obcych, których wina wobec Polaków jest żadna, także względem krzywd, jakie wyrządziliśmy sobie sami tylko w ostatnich dekadach.

Na marginesie: gdy rok temu spędzałem czas w swoich rodzinnych stronach, zauważyłem, że po-PGR-owskie wsie, które wspólnie wykończyli postkomuniści, AW„S” i cała czereda bogoojczyźnianych liberałów, oblepione są nacjonalistycznymi wlepkami typu „precz z komuną”, „narodowa Wielkopolska” i tym podobne. Nacjonalizm jest dziś opium ludu. A zmiksowany z lumpenliberalizmem stanowi hybrydę wiele mówiącą o cenie, jaką płacimy za wyrządzoną nam terapię szokową i jej rozłożone w czasie konsekwencje.

Bankowy herold i socjalni technokraci

Gdyby jeszcze rok temu ktoś prognozował, że na lewicy pojawi się wkrótce nowa formacja polityczna, która zupełnie od podstaw zbuduje swoją markę i struktury oraz bez potężnego medialnego wsparcia zarejestruje listy wyborcze w całej Polsce, uznano by go przynajmniej za ekscentryka. A przecież stało się to na naszych oczach. W czasach tak mało korzystnych dla lewicy udało się Razem przekonać do siebie i do zaangażowania w działalność polityczną niewielką, ale samoświadomą grupę ludzi i wyborców. Oddolny charakter działań „kompetentnych idealistów” (tak pozwolę ich sobie określić), skupionych wokół haseł społeczno-gospodarczych z dużym prawdopodobieństwem przyczynił się do tego, że Sojusz Lewicy Demokratycznej musiał – przynajmniej w sposób czysto strategiczny i marketingowy – poświęcić przynajmniej część swoich pozycji na rzecz Zielonych. Postkomuniści zmuszeni zostali także do rezygnacji ze swojej często niemal całkowicie współgrającej z realnym liberalizmem narracji na rzecz prosocjalności haseł.

Niezależnie od przedwyborczego sporu dwóch największych partii, który dla wielu wyborców jest konfliktem mocno tożsamościowym, odwołującym się wręcz do „metafizyki narodowej”, mamy do czynienia z interesującym i dalekosiężnym w skutkach konfliktem modernizacyjnym i społeczno-gospodarczym. Jego aktorami są przede wszystkim: po lewej stronie partia Razem, po drugiej – KORWIN i po części Kukiz’15 oraz pozostające do nich w relacji satelitów różne narodowo-liberalne środowiska. Dodajmy do tego formację .Nowoczesna, stworzoną przez herolda wielkiego bankowego kapitału, czyli Ryszarda Petru. O ile KORWIN-owcy czy ludzie formacji Kukiz’15 to przynajmniej w części jeszcze politycznie nieopierzeni umysłowi zakładnicy neoliberalnych dogmatów (co kompletnie niweluje bajdurzenie o ich antysystemowości, ale nie czyni ich mniej groźnymi), o tyle formacja Petru – hojnie dotowana przez kontrolowane przez Platformę instytucje państwowe i z całą premedytacją wspierana czasem antenowym przez wielkie media elektroniczne – to zawczasu przygotowany zderzak systemu. Jeśli część liberalnego, proplatformerskiego elektoratu odpłynie do tej formacji w poszukiwaniu „nowej jakości”, w zupełności spełni ona swoje zadanie.

Po lewej, razemowskiej stronie mamy postulaty kreujące wizję państwa dobrobytu/bezpieczeństwa socjalnego w nowoczesny, nieledwie techniczny sposób, kompletnie już niezwiązany z PRL-owskimi sentymentami. To nowa jakość także dlatego, że uświadamia przynajmniej części wyborców, do których partia dotarła ze swoim przekazem, że polska rzeczywistość to nie tylko zamożni przedsiębiorcy, realna lub wyobrażona klasa średnia czy pilnujący interesów bogatych i najbogatszych media i politycy. Razem pokazuje tę Polskę, o której albo mówiło się wśród pobożnych i bezbożnych liberałów szyderczo, albo protekcjonalnie, albo jak o „zbędnych ludziach”. To wcale nie gwarantuje sukcesu, ale przynajmniej trzy procent w wyborach parlamentarnych dałoby Razem możliwość zbudowania „głęboko wysuniętego przyczółka”, w bardzo nieprzyjaznym otoczeniu. Myślę nie tylko o otoczeniu politycznym, ale – niestety – również o atmosferze społecznej, która powoduje, że ofiary realnego liberalizmu cierpią na syndrom sztokholmski.

Niezależnie od swego technokratycznego sposobu argumentowania Razem nie zapomina o sprawie, która na politycznej lewicy zbyt długo leżała odłogiem – o często wykpiwanym etosie polityki. Dobrze to pokazuje poniższy cytat z wypowiedzi jednego z ludzi ze starszych pokoleń, zaangażowanego w działanie tej formacji: „W przeciwieństwie do wielu moich dawnych kolegów, stale obecnych na pierwszych stronach gazet i telewizyjnych ekranach, nie mam zamiaru wstawiać tu kombatanckich przechwałek o naszych osiągnięciach. Chcę powiedzieć jasno i wyraźnie: walka, jaką wtedy prowadziliśmy, pod jednym względem zakończyła się całkowitą, kompromitującą klęską. Mam na myśli demokrację ekonomiczną, a zwłaszcza prawa pracownicze. Już w początkach transformacji widziałem ludzi, którzy wcześniej potrafili przezwyciężyć strach przed czołgami, a później tylko rozglądali się bezradnie, kiedy prywatyzowano ich zakłady, gdy zwalniano ich kolegów i koleżanki. Bo bali się, że sami zostaną bez środków do życia. Upłynęło wiele lat i teraz, rozmawiając z ludźmi na ulicach, widzę często podobną, a nawet jeszcze większą niepewność, rozczarowanie, lęk o przyszłość. Czy to nie jest upokarzający rodzaj zniewolenia?” (Stefan J. Adamski, „Krótki tekst o niedokończonej historii…”).

Obyczajowy problem

Szkopuł w tym, że Razem ma jednak ograniczone pole manewru. Samoograniczenie tej formacji wynika z faktu, że choć bardzo mocno podkreśla kwestie społeczno-gospodarcze, ma mniejsze szanse, by przekonać do siebie dość szeroką grupę, którą wyżej określiłem mianem „pobożnych socjalistów” – są to wciąż dość konserwatywni wyborcy, którym lewica nie kojarzy się z niczym poza Millerem i Palikotem i którzy alergicznie albo przynajmniej odmownie reagują na hasła politycznej emancypacji obyczajowej. Nie wiem, co ma im do powiedzenia Razem. Chyba tylko tyle: „Przymknijcie oko na to, że opublikowaliśmy Kartę praw LGBT”. Zapewne część wyborców będzie skłonnych tak zrobić, ale w skali społecznej opór może być duży – i raczej się nasili, niż osłabnie w najbliższych latach, także ze względu na potwierdzane przez badania „przesuwanie na prawo” społecznego imaginarium. Jest to zagadnienie, z którym Razem będzie musiało się zmierzyć, podobnie jak z pytaniem o charakter własnej polityki historycznej, alternatywnej względem narracji prawicowej i postkomunistycznej.

Sojusz Lewicy Demokratycznej radził sobie z tematyką emancypacyjną, obyczajową, okołokościelną, pokazując publice raz klęczącego w kościelnej ławce Józefa Oleksego, raz Joannę Senyszyn wymachującą pejczem na Paradzie Równości. Jak poradzi sobie z tym Razem, jeśli przetrwa choćby dekadę – nie wiem. Niemniej jednak polska obyczajowość stoi w opozycji do paradygmatów współczesnej lewicy, dziedziczki 1968 roku, nawet jeśli jest to dziś w Polsce lewica odzyskująca swoją socjalną tożsamość.

Oczywiście z punktu widzenia znacznej części wyborców wciąż najistotniejszy jest spór Platformy Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością. Ale mniejsze formacje, z zasady bardziej radykalne w swoim przekazie, mogą współdecydować o tym, ku jakim hasłom i rozwiązaniom będą skłonne przychylać się dwa największe ugrupowania. Ani dla lewicy, ani dla Polski nie jest to dobra wiadomość, ponieważ niemal wszystko wskazuje na to, że neoliberalny radykalizm i chorobliwy antyetatyzm oraz afirmacja oligarchicznego porządku rzeczy stanowią cechy charakterystyczne mniejszych ugrupowań, które wejdą po tych wyborach do Sejmu. Dlatego, jak sądzę, najważniejszym zadaniem lewicy w najbliższych latach będzie konsekwentne i stanowcze negowanie porządku realnego liberalizmu i jego dominacji w świecie społecznych wyobrażeń.