dwutygodnik internetowy
6.11.2017
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Pocztówka z Lizbony. „Dobra zmiana” Salazara

Dzieje portugalskiego „Nowego Państwa”, najdłuższej dwudziestowiecznej niekomunistycznej dyktatury w Europie, powinny być dziś wielkim sygnałem ostrzegawczym dla Polaków. A zwłaszcza polskich katolików.

ilustr.: Andrzej Dębowski

ilustr.: Andrzej Dębowski

Jest piękny słoneczny poranek, sam koniec września tego roku. Idę wąską uliczką w centrum Lizbony. Mijam Kościół świętego Antoniego, postawiony w miejscu jego narodzin (tak przynajmniej utrzymuje inskrypcja w jednej z bocznych kaplic, w której po niedzielnej mszy można było adorować relikwie) i piękną, eklektyczną Katedrę Sé. Skręcam w lewo i otwieram ciężkie, przeszklone drzwi pięknej i potężnej kamienicy. To Aljube, jeszcze 43 lata temu miejsce drastycznej przemocy wobec tysięcy kobiet i mężczyzn więzionych przez reżim Antonio Salazara. To Aljube, dziś „Museu Resistencia e Liberdade”, Muzeum Oporu i Wolności, miejsce upamiętnienia ludzi, którym nie było wszystko jedno.

I. Prawdy niepodważalne

Wchodzę do środka wąskim, ciemnym korytarzem, w którym echem niesie się głos Salazara przemawiającego na wielkim wiecu z okazji dziesięciolecia wojskowego zamachu stanu. Dyktator wykrzykuje swoje „Pięć prawd niekwestionowanych”. Każda rozpoczyna się od słów „Não discutimus”, czyli w wolnym tłumaczeniu „nie kwestionujemy, nie dyskutujemy z…”. Poprzedza je krótkim, a znaczącym wstępem: „Rozdartym zwątpieniem i negatywizmem [sceptycyzmem? defetyzmem?] tego wieku chcę przynieść komfort tych wielkich prawd:

Nie kwestionujemy Boga i cnoty;

Nie kwestionujemy Ojczyzny i jej historii;

Nie kwestionujemy władzy i jej prestiżu;

Nie kwestionujemy rodziny i jej moralności;

Nie kwestionujemy pracy i obowiązku jej wykonywania” (wolne, własne tłumaczenie)

Krótko i zwięźle. Taki był program jego dyktatury, którą nazwał „Nowym Państwem” (Estado Novo), a która trwała, jak skrupulatnie wynotowali dziejopisarze, 14 449 dni, będąc najdłuższą niekomunistyczną dyktaturą europejską w XX wieku. Program swój rozwijał w różnych wypowiedziach publicznych, w tym w wywiadzie-rzece udzielonym w 1939 roku. Był on oparty przede wszystkim na tradycji, hierarchii, religii katolickiej i autorytecie. Oto kilka miarodajnych cytatów z Salazara: „Nasz ustrój jest ludowy, ale nie jest to rząd mas”. Jak podkreślają zgodnie historycy (nawet ci, którzy o dyktatorze wypowiadają się z sympatią – o czym dalej w tekście), Salazar był zadeklarowanym antydemokratą. Uważał, że rządy ludu prowadzą do degeneracji władzy i autorytetu, a „ludzie choć powinni być równi wobec prawa, nie powinni mieć takich samych uprawnień politycznych”, bowiem istnieje między nimi swego rodzaju naturalna hierarchia.

Prawicowi politolodzy (A. Wielomski, J. Bartyzel) z uporem twierdzą, że Salazar nie był faszystą. Powołują się przy tym na jego własne słowa (faktycznie, był uprzejmy stwierdzić, że „faszyzm to pogański cezaryzm. W przeciwieństwie do idei Mussoliniego, w ideologii „Nowego Państwa” na pierwsze miejsce miał się rzekomo wybijać naród jako organiczna całość, nie zaś państwo jako takie. Organizacja państwowa miała być wtórna wobec narodu. Nie jestem w stanie podważyć tego toku myślenia, gdyż nie czytam po portugalsku i nie mienię się profesjonalnym badaczem ideologii. Zwracam jednak uwagę na skrajny nacjonalizm obecny w praktyce i wypowiedziach Salazara. Był on przekonanym kolonistą-imperialistą, czcicielem wypraw kolonizatorskich z czasów Henryka Żeglarza, przekonanym o szczególnej dziejowej misji Portugalczyków. Również jego państwo, wzmocnione silną policją polityczną, zdradzało poważne podobieństwa do reżimów faszystowskich.

II. Więzienna gehenna

Głos premiera i jego „pięć prawd” puszczany jest bez przerwy i słychać go, z różnym natężeniem, na wszystkich czterech piętrach wystawy. Zaraz po wyjściu z ciemnego korytarza zapoznaje się z mechanizmem aparatu represji stworzonym przez Estado Novo w celu zmuszenia do posłuszeństwa tych, którzy mimo możliwości umoszczenia się w „komforcie wielkich prawd” dalej zadawali pytania i „dyskutowali”. Aby ich unieszkodliwić, stworzono więc policję polityczną o zmieniającej się nazwie (jak to zwykle bywa w przypadku tego typu formacji), która przez większą część trwania reżimu znana była jako PIDE (Polícia Internacional e de Defesa do Estado). Jej potęgę symbolizują eksponowane na wystawie piętrzące się od podłogi po sufit tomy akt, kartoteki i telefony na podsłuchu. Jednak oprócz artystycznej impresji w muzeum otrzymujemy również porcję solidnej wiedzy na temat sposobu funkcjonowania PIDE, rekrutacji agentów czy wyszkolenia kadr.

Większość informacji nie „rusza” zwiedzającego z Polski, jeśli wie cokolwiek o historii tajnych służb PRL. Tym jednak, co naprawdę różni te dwa państwa, jest – po pierwsze – fakt, że portugalska dyktatura prawicowa z czasem zacieśniała gorset prześladowań, w przeciwieństwie do polskiej, która najczarniejszy okres przeżyła na swoim początku. Po drugie zaś, zupełnie inny był model współpracy portugalskiej bezpieki z wymiarem sprawiedliwości. O ile w PRL ten ostatni po 1956 zachowywał formalne pozory niezależności (a zdarzały mu się okresy niezależności faktycznej, o czym autorowi tego tekstu opowiada prof. Strzembosz w opublikowanym właśnie wywiadzie-rzece), o tyle sądownictwo Portugalii Salazara było na wskroś powolne decyzjom władzy. Do samego końca dyktatury sprawami politycznymi zajmowały się specjalne Sądy Plenarne (Tribunal Plenario), nie zaś zwyczajne sądy karne. Co więcej, większość postępowania przygotowawczego prowadziła bezpośrednio bezpieka, nie zaś sąd czy prokuratura. Pierwszy kontakt z adwokatem oskarżeni otrzymywali… dopiero na rozprawie.

Zupełnie inne niż w PRL były również warunki więzienne. Aby zatrzymać podejrzanego, nie było trzeba żadnego prokuratorskiego nakazu, a odpowiedni przepis prawny pozwalał przetrzymywać go bez sądu przez trzy lata (sic!). Oznaczało to tkwienie miesiącami, a niekiedy latami w niezwykle ciasnych izolatkach (model takiej celi można zobaczyć na drugim piętrze Muzeum Aljube) oraz niekończące się przesłuchania połączone nieraz z bardzo wymyślnymi torturami (ich przejmująca „mapa” znaczona na schemacie ludzkiego ciała także znajduje się na ekspozycji). W procesach politycznych praktycznie nie zapadały wyroki uniewinniające, zaś największych „zbrodniarzy” wysyłano na wygnanie do kolonii lub wręcz do obozów koncentracyjnych i pracy (zwanych „obozami powolnej śmierci”) na atlantyckie wyspy.

Kim byli więźniowie? Dominowali socjaliści i komuniści, szczególnie znienawidzeni przez prawicowego dyktatora, ale zdarzali się również chłopi domagający się reformy rolnej, kobiety niepoddające się ogólnie panującemu patriarchatowi, mieszkańcy kolonii walczący o niepodległość swoich krajów czy nawet niepokorni księża, a więc ludzie bardzo różnego pochodzenia i światopoglądu.

„Państwo musi być silne, aby mogło nie posługiwać się gwałtem” – stwierdził Salazar w 1939 roku. Cóż, ewidentnie nie udało mu się osiągnąć tego szlachetnego celu. W samych więzieniach bezpieki po 1945 roku zginęło piętnaście osób, w obozach koncentracyjnych kilkadziesiąt, tyle samo w skrytobójczych morderstwach PIDE.

III. Triumfujący Kościół, wygnany biskup

Kiedy szuka się przyczyn nadzwyczajnej trwałości reżimu Profesora z Coimbry (tak tak, Salazar był ponoć świetnym ekonomistą), często wspomina się o jego sojuszu z ołtarzem. I rzeczywiście, sam dyktator był ascetą i celibatariuszem o skłonnościach dewocyjnych. Jego państwo prowadziło programową chrystianizację kraju, wprowadzając między innymi obowiązkową religię do szkół i promując moralność katolicką. Salazar, obok nacjonalizmu, za jeden z filarów swojej filozofii politycznej uznał nauczanie papieży Leona XIII i Piusa XI, przede wszystkim ideę „korporacjonizmu”, czyli takiej organizacji społeczeństwa, w której kluczową rolę odgrywają wspólnoty zawodowe (syndykaty, gildie, izby), które miały reprezentować swoje interesy, łagodzić konflikty wewnętrzne i „stać na straży ugody społecznej oraz pokojowej współpracy uczestników procesu wytwórczego” (cyt. za M. Bankowicz, s. 165). Idea ta miała na celu pogodzenie ognia z wodą ­– interesów kapitału i pracy – oraz zakończenie walki klas, jednocześnie nie odwołując się bezpośrednio do daleko posuniętego interwencjonizmu państwowego.

Sojusz z tronem cementował fakt, że patriarchą Lizbony był bliski przyjaciel premiera z lat studenckich Manuel Gonçalves Cerejeira, sam dyktator zaś otrzymywał od papieży bezpośrednie (jak w przypadku Piusa XII) lub pośrednie (w przypadku Pawła VI) wsparcie. Nie oznacza to, że wszyscy portugalscy chrześcijanie byli zachwyceni traktowaniem religii jako ideologicznego uzasadnienia dla ciężkiej dyktatury. Wśród rozmaitych form sprzeciwu (między innymi chrześcijańskich grup przeciwdziałania analfabetyzmowi) najbardziej spektakularną był chyba list wysłany premierowi  w 1958 roku  przez biskupa Porto Antonio Ferreirę Gomesa. Hierarcha oskarżył Salazara o tłumienie ducha wolności narodu, promowanie nacjonalizmu na skalę niemożliwą do pogodzenia z nauką Kościoła, a także… utrzymywanie niesprawiedliwego systemu podziału dóbr materialnych, brak reform społecznych (w tym reformy rolnej) oraz to, że z powodu stagnacji gospodarczej i biedy Portugalczycy są zagranicą traktowani jak „obdartusy”. W ten sposób – pisał hierarcha – Salazar nie zwalczał komunistów, ale wspierał ich program, uzasadniając potrzebę ich dalszego działania w Portugalii.

Łatwo sobie wyobrazić furię, w jaką musiał wpaść Salazar, czytając tak krytyczny list prominentnego hierarchy. Od początku swoich rządów był przyzwyczajony, że episkopat i szerzej: cały kler jest nie tylko jego najwierniejszym zwolennikiem, ale i doskonałym instrumentem wpływu na społeczeństwo. Tymczasem Gomes pisał w liście, że Kościół portugalski jest poddawany presji, aby nie krytykować rządu, przez co traci swą wewnętrzną wolność i podmiotowość. Dyktator wydał polityczny wyrok na Gomesa, stwierdzając publicznie, że „jego wybór na biskupa był czystym złem”, ale nie mógł go prawomocnie skazać, gdyż formalnie rzecz biorąc korespondencja z premierem nie była kryminalizowana. Postanowił więc nie wpuścić niepokornego biskupa do kraju, gdy ten wracał z podróży do Watykanu. Gomes na wygnaniu przeżył ponad dziesięć lat.

W latach 60. stopniowo narastała krytyka reżimu ze strony rozmaitych kół katolickich w kraju i zagranicą. Nic dziwnego, Sobór Watykański II i Jan XXIII zdecydowanie zmienili naukę społeczną Kościoła. Korporacjonizm odszedł do lamusa. Co więcej, papież Roncalli był entuzjastą rozwiązań promujących sprawiedliwość społeczną: reformy rolnej, upowszechniania dostępu do szkół i kultury. Tymczasem Portugalia pozostawała wciąż jednym z najbardziej zacofanych europejskich państw, z analfabetyzmem przekraczającym 30 procent, niskim uprzemysłowieniem i urbanizacją, autarkiczną i oligarchiczną gospodarką.

Tym większe zdziwienie budzą słowa pochwały wypowiedziane pod adresem nieżyjącego już wówczas Salazara przez kardynała Stefana Wyszyńskiego w 1981 roku. Prymas Tysiąclecia mówił o portugalskim dyktatorze: „Był polityk, który prowadził tak zwaną rewolucję pokojową. Nazywał się Salazar. Przez wiele, wiele lat kierował swoim państwem, Portugalią. Doprowadził do tego, że jego kraj, ciągle niespokojny, pełen najrozmaitszych gwałtów i przemocy, stał się krajem pokoju i dobrobytu. Dlatego nazwano jego metodę «rewolucją pokojową». Za jego rządów wszystko odmieniło się ku lepszemu. Odmienili się ludzie, ich serca i umysły”. Te słowa, wypowiedziane przez uczestnika Soboru i prymasa w kraju, w którym władza posługiwała się przemocą, również wobec Kościoła, muszą szokować do dziś.

IV. Zazdrosna polska prawica

Nie tylko kardynał Wyszyński dał się zwieść opowieści o „pokojowej rewolucji” premiera-profesora i kraju żyjącym pod jego rządami w harmonii i dobrobycie. „Nowe państwo” było i wciąż niestety jest inspiracją dla polskiej prawicy. Już Polscy endecy z lat 30. szukali w salazaryzmie wzorca dla ułożenia relacji w Polsce. Prominentny działacz Stronnictwa Narodowego Jędrzej Giertych (dziadek znanego nam bliżej Ministra Edukacji w „IV Rzeczpospolitej”) pisał z podziwem o „dumie narodu Portugalii”, który pamiętając o swojej kolonialnej i imperialnej przeszłości, nie potrafi mentalnie zredukować się do małego państwa jak Szwecja czy Dania. Dyktatura imponowała mu zaś tym, że „jest zarazem narodowa i katolicka. Profesor Salazar chce odnowić Portugalję, podnieść jej gospodarkę, podźwignąć jej kulturę, zagospodarować jej kolonje, odrodzić naród duchowo, zreorganizować jego ustrój polityczny i strukturę społeczną […]. Obok tego jednak chce przyczynić się do oparcia życia Europy na zasadach katolickich, chce uczynić swój naród pionierem odrodzenia katolicyzmu, ducha katolickiego, życia katolickiego na świecie”.

Przedwojennej narodowej prawicy imponowała skuteczność i trwałość portugalskiej dyktatury, a jednocześnie owa odrębność (przynajmniej deklarowana) od faszyzmu włoskiego i hitleryzmu, co do których wysuwała ona zarzuty, iż nie są zgodne z „cywilizacją łacińską”, „politeistyczne” czy wręcz „bałwochwalcze”. W pismach endeków widać też było podziw dla samego premiera: „Niezwykły to dyktator, nie przypomina Mussoliniego, ani Hitlera, ani Stalina. Nie jest wojskowym i nie uważa się za geniusza wojskowego z Bożej łaski. Jest człowiekiem cywilnym, nie porzucił swych dawnych zwyczajów, ani sam nie przywdział munduru, ani też nie zorganizował sobie sił zbrojnych, nie masz w Portugalii żadnych koszul. Nie przestał być pedagogiem, jest dobrym gospodarzem i wychowawcą swojego narodu”. Tak o Salazarze pisał Stanisław Kozicki. O zbrodniach policji politycznej albo nie wiedział, albo nie chciał wiedzieć.

Niektórzy badacze dopatrują się wątków podobnych salazaryzmowi w programie pierwszej „S” z 1981 roku, a potem Akcji Wyborczej Solidarność z 1997 roku. Faktycznie, odnajdziemy tam idee korporacjonistyczne, żądania reprezentacji związków zawodowych i innych korporacji na wszelkich szczeblach władzy. Jednakże trzeba pamiętać, że program „S” był na wskroś demokratyczny i dążył do ograniczenia władzy centralnej, której przerost można było zaobserwować w państwie Salazara. W dodatku kluczowe znaczenie dla delegatów zgromadzonych w Hali Olivia uchwalających program „Samorządna Rzeczpospolita” miały idee takie jak praworządność czy prawa człowieka, zupełnie obce portugalskiemu dyktatorowi.

Jeśli jednak drogi Czytelnik myśli, że idea i działania Salazara przestały zapładniać intelekt polskich prawicowych intelektualistów, jest w błędzie. Przygotowując ten tekst, szukałem polskiej literatury na temat portugalskiej dyktatury. Okazuje się, że oprócz (nielicznych zresztą) publikacji prasowych jedyną książkę, którą opublikowano na ten temat po 1989 roku wydało ultraprawicowe wydawnictwo von Borowiecki. Jest to zbiór tekstów prawicowych naukowców pod tytułem „Franco i Salazar. Europejscy dyktatorzy”. Nie przeczę, zainteresowany Czytelnik znajdzie w tych pracach wiele rzetelnych informacji. Zdumiewa jednak ton, w jakim autorki i autorzy piszą o rządach portugalskiego dyktatora, pełen skrywanego lub nieskrywanego  podziwu. Oto kilka próbek: „Zarówno Salazar, jak Franco mieli swoje metody rządzenia, które choć autorytarne w formie, w treści nie odbiegały tak bardzo od europejskich standardów, szczególnie tych z lat 50. XX”. Faktycznie, zapomniano chyba jednak do słowa „europejskich” dodać przedrostku „wschodnio-”. Autorzy wstępu twierdzą co prawda, że nie pragną „wybielać” dyktatorów i są świadomi „także” (sic!) negatywnych aspektów ich rządów, jednakże dodają, że pragną patrzeć na nich, odrzucając okulary „modnej poprawności politycznej”.

I rzeczywiście, w książce próżno szukać informacji o braku reform społecznych, dyskryminacji kobiet, gigantycznym analfabetyzmie czy oligarchicznej strukturze gospodarki. Mowa za to o „światłej dyktaturze profesorów”, pada sugestia, że „może i u nas byłaby ona jakimś wyjściem z chaosu?”. Za znacznie większych zbrodniarzy uważani są opozycyjni socjaliści i komuniści, a nie rządzący nacjonaliści, a ustrój nazywany jest… „dyktaturą bez dyktatury”. Oczywiście nie pada nazwisko biskupa Gomesa ani nazwa „Aljube”.

To pouczająca lektura. Wydaje się bowiem, że jeśli Polsce dzisiaj grozi jakiś rodzaj autorytaryzmu, to właśnie taki, jakiego Portugalczycy doświadczali przez pół wieku. Konserwatywny, ksenofobiczny, pseudoimperialny, z silnym zabarwieniem klerykalnym (bo przecież nie chrześcijańskim). Rzecz jasna, nie posądzam Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników o dążenia do zbudowania aparatu represji takiej skali, jednakże kierunek zmian w organach ścigania i sądownictwie, podobnie jak narodowocentryczna retoryka władzy, każą trzymać się na baczności. A nam, katolikom, wypada życzyć, aby jak najwięcej znalazło się wśród nas naśladowców biskupa Gomesa, a jak najmniej arcybiskupa  Cerejeiry i abyśmy nie ulegli pokusie sojuszu z władzą, która nie przestrzega praw innych obywateli, nawet ideowo nam najdalszym. Za przestrogę przed tym, co się może stać w przeciwnym razie, niech służą kraty w oknach Muzeum Aljube.

***

Korzystałem z książek: „The Portugese. A revealing portrait of an inconspicuous and fascinating country”, Barry Hattona, Lizbona 2012; „Insight on Portugal”, autorstwa korespondentów „Sunday Times”, Londyn 1975; „Szkice Portugalskie” Renaty Gorczyńskiej, Warszawa 2014 oraz pracy zbiorowej „Franco i Salazar. Europejscy dyktatorzy”, pod redakcją Macieja Słęckiego i Bohdana Szklarskiego, Warszawa 2012 (w jej ramach zwłaszcza z artykułów Marka Bankowicza, Selima Chazbijewicza, Jacka Bartyzela, Anny Łabno i Arkadiusza Mellera), Andrzeja Flisa, „Kościół i demokracja w nowożytnej Europie” oraz artykułu „Bój się cienia” Marcina Szydłowieckiego, POLITYKA, 4 listopada 2009. A także z zalinkowanego wyżej filmu na portalu youtube.com oraz własnych notatek z Muzeum Aljube.