dwutygodnik internetowy
02.06.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Placyk Defilad

Na projekt „Plac Defilad” można patrzeć jak na budujący przykład współpracy władzy i miejskich aktywistów, można jak na nieuczciwą sztuczkę PR-ową, dzięki której giną porażki myśli urbanistycznej i zarządzania miastem.

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Na projekt „Plac Defilad” można patrzeć jak na budujący przykład współpracy władzy i miejskich aktywistów, można jak na nieuczciwą sztuczkę PR-ową, dzięki której za zasłoną dymną energii społecznej giną porażki myśli urbanistycznej i zarządzania miastem w wykonaniu obecnej ekipy rządzącej Warszawą.

 

Jeśli szukać wyrazistego symbolu trudnych losów Warszawy po wojnie, nie trzeba specjalnie zapuszczać się w miasto. Wystarczy stanąć w samym jego środku i rozejrzeć się dookoła. Oto jest. Podobno to „największy plac w Europie”, ale na jego potrzeby przydałoby się wymyślić nowy termin, bo w klasycznej definicji „placu” ta wyrwa w przestrzeni raczej się nie mieści.

 

Placem Defilad komunistyczne władze Warszawy próbowały zatrzeć pamięć o burżuazyjnym dziedzictwie miasta, wymazując z mapy jego najwspanialsze ulice i zastępując je przestrzenią stworzoną do wieców u stóp „daru Stalina”. Po upadku komunizmu, a właściwie w trakcie jego powolnego konania, zagnieździł się tu bazar będący symbolem „dzikiego kapitalizmu” lat 90 (dziś chciałoby się dodać – nie tak znowu dzikiego w porównaniu z dzisiejszą dziką reprywatyzacją). Potem był etap Kupieckich Domów Towarowych. A przede wszystkim ich widowiskowa likwidacja, bo kupcy nie pasowali do tego „reprezentacyjnego” miejsca. Wciąż idziemy z duchem czasów, prawda? Dalej jest jeszcze lepiej, bo podczas „skoku cywilizacyjnego”, jaki wykonaliśmy przy okazji organizacji Euro 2012, była tu przecież Strefa Kibica. Wtedy też – ale to właściwie się nie zmienia –  był tu punkt widokowy na  największą w kraju liczbę wielkopowierzchniowych reklam, a to także jest od wielu lat bolesna prawda czasu.

 

Równie wymowne jak wszystkie te wydarzenia jest także to, co miało tu być, ale nigdy nie doszło do skutku. Otóż nie powstał nigdy sensowny, spójny i zatwierdzony do realizacji projekt tego, co miałoby tu się znajdować na stałe. Kolejne plany i konkursy pojawiały się i upadały, a za najbardziej spektakularną klapę należy uznać fiasko wieloletnich rokowań w sprawie wybudowania tu siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Ten dojmujący brak planu i wizji, a także nieudolność w realizacji choćby jej szczątków, również przypomina o tym, co dziś stanowi o trudnych losach Warszawy – miasta w połowie nie zagospodarowanego, w którym tak wiele można jeszcze zaplanować i tak niewiele się udaje.

 

Po tych wszystkich latach, kiedy wyrwa w przestrzeni Warszawy uświadamiała mi boleśnie, jak bardzo ciągle musimy „nadganiać” i jak bardzo czasem gonimy po omacku, niedawno wreszcie i bez ironii mogłem powiedzieć: idzie ku lepszemu. Za plac Defilad wzięła się grupa aktywistów prowadzących lokale w Pałacu Kultury – barStudio i Cafe Kulturalna. Ogłosili, że skoro część placu przed ich klubami nie jest używana, to chcą zacząć w tym miejscu działać. Tak po prostu, bez wielkiego planu, ożywić tą przestrzeń – robić plenerowe koncerty, sprawić, by było to miejsce, do którego chce się przyjść i w którym chce się zostać.

 

Czasami wydaje mi się, że najlepsze, co wydarzyło się w Warszawie przez ostatnie kilka lat, wzięło się właśnie z takiej oddolnej, społecznej energii. Ludzie wsiedli na rowery, mimo że ciągle nie ma tu porządnych ścieżek, bo od lat aktywiści rowerowi zachęcali ich do tego i wymuszali zmiany na władzach. Przemek Pasek i jego fundacja JaWisła przetarła szlaki do masowego dzisiaj powrotu nad rzekę, klubokawiarnie na dobre odmieniły Plac Zbawiciela i inne centralne rejony miasta, w których coś takiego jak „nocne życie” nie występowało, a ostatnio najlepszy dotychczas pomysł na zmiany na Pradze wyszedł spod ręki zespołu społeczników skupionych wokół projektu Targowa Dla Ludzi. Warszawa staje się właśnie miastem tworzonym przez mieszkańców i to, co dzieje się na Placu Defilad, mogłoby znowu stać się wymownym symbolem czasów.

 

ilustr.: Kuba Mazurkiewicz

Byłoby jednak za pięknie, a Plac Defilad nie byłby sobą, gdyby nie zafundował nam idealnego, symbolicznego dopełnienia. Otóż pod koniec maja społeczny projekt zagospodarowania tzw. płyty głównej Placu Defilad zainaugurowała huczną konferencją prasową… prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Nie, nie mylicie się – ta sama, której właśnie stukają dwie kadencje, a której ekipa przy ultra-korzystnych warunkach (większość w Radzie Warszawy, rządy swojej partii na poziomie ogólnopolskim, strumień dotacji z UE) nie potrafiła poradzić sobie z trwałym zagospodarowaniem ścisłego centrum stolicy kraju. Dziś ci sami ludzie próbują wmówić nam, że „Plac Defilad” to ten kawałek placu między dwoma klubami, który chcieli zagospodarować działający tam aktywiści kulturalni. I że to zasługa władz, że coś się zaczęło tam dziać.

 

Ktoś mógłby powiedzieć: co jest złego w tym, że władza chwali się współpracą ze społecznikami? Że pokazuje, że jak się chce, to można ich przekonać do swoich pomysłów? Otóż nie ma w tym nic złego – ale pod warunkiem, że nie próbuje się nas przy tej okazji okłamać i zamącić rzeczywistość. Zadaniem społeczników, z którego wywiązują się ostatnio doskonale, jest dbać o swoje otoczenie, tworzyć punktowe zmiany, wpadać na pomysły, na które nikt wcześniej nie wpadł. Zadaniem władz miasta jest myśleć w kategoriach systemowych. A myślenie w kategoriach systemowych o Placu Defilad poniosło w rękach obecnej ekipy porażkę totalną. Otwieranie tego projektu przez Prezydent miasta, nadawanie mu nazwy „Plac Defilad” (podczas gdy chodzi jedynie o mały wycinek tego wciąż rażąco pustego placu!) i zabieranie splendoru należnego aktywistom, którzy się za ten kawałek miasta wzięli, jest po prostu nieuczciwe i niesmaczne. Jak się narobiło bałaganu, to nie fotografuje się z osobami, które zabrały nam miotłę i postanowiły choć trochę po nas posprzątać.

 

Dlatego nie podzielam hurraoptymizmu obserwatorów życia miejskiego, którzy jak Wojciech Kacperski biorą projekt „Plac Defilad” za znak, że w tym miejscu „jeszcze będzie przepięknie”. Koniec drugiej kadencji władz samorządowych to zdecydowanie za późno na mgliste obietnice i PR-owe zagrywki. To jest czas na rozliczanie się z tego, co się udało, a co nie, i z konkretnych planów na przyszłość. Warszawa nie może dłużej czekać.

 

I owszem, jeszcze będzie przepięknie – ale dopiero wtedy, kiedy aktywni mieszkańcy oprócz tworzenia fantastycznych pomysłów zaczną też wymagać od władz, by te wreszcie stanęły na wysokości swojego zadania w miejskiej wspólnocie. A jest nim z pewnością coś znacznie poważniejszego niż to, że odda się co jakiś czas lokal, ulicę czy kawalątek pustego placu na realizację nawet najbardziej urzekających oddolnych pomysłów mieszkańców.

 


Jeśli nie chcą Państwo przegapić kolejnych wydań naszego tygodnika, zachęcamy do zapisania się do naszego newslettera.