dwutygodnik internetowy
18.03.2013
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Odkrywcy i turyści na afrykańskim szlaku

Zbiorowi bohaterzy są coraz powszechniejszą metodą tworzenia reportaży. W związku z taką ewolucją pisanej gałęzi gatunku, należy zastanowić się głębiej nad tym, co jest sensem, a co istotą narracji? Szukając odpowiedzi na to pytanie, autorka przytacza słowa Susan Sontag o fotoreporterach.

Od dekady możemy w polskim reportażu zaobserwować dwa równoległe trendy. Pierwszy – odrodzenie zainteresowania reportażem pisanym. Drugi – postępujący zanik zainteresowania reportażem fotograficznym. Pytanie: skąd taka rozbieżność? Kinga Siewior postanowiła prześledzić rolę fotografii reporterskiej na przykładzie XX wiecznych polskich podróżników w Afryce.

Całość jej książki podzielić można na dwie części. Pierwsza, krótsza, poświęcona jest filozofii spojrzenia i teorii fotografii. Niezwykle istotnym elementem tej analizy jest ideologiczny sposób konstruowania wizerunku inności. I to jest strzał w dziesiątkę. Nie ma co się czarować – nasz sposób patrzenia na Afrykę jest doskonałym materiałem do takich badań. W następnym kroku, gdy już zrozumiemy meandry procesu stereotypizacji, z łatwością dostrzeżemy także w nim rolę zdjęć – spojrzeń zwielokrotnionych.

 

Niemniej ciekawa jest również wycieczka po krótkiej historii zmian w postrzeganiu reportażowej fotografii, na którą zaprasza nas autorka. Zapoznanie się z dziejami myśli fotograficznej pozwala dobrze zrozumieć zmianę w traktowaniu fotografii, z dokumentalistycznej prawdy, pozbawionej kontekstualizacji, aż po współczesne badania nad zagadnieniami interpretacji czy reprezentacji sensotwórczej fotografowanego widoku. „Jeżeli zdjęcie jest odzwierciedleniem rzeczy materialnej – zauważa Siewior – to automatycznie staje się i odzwierciedleniem niematerialnego sposobu jej widzenia”. I trzymając się tej myśli, stara się ona w drugiej części książki, przeanalizować reporterskie fotografie oraz wzrokocentryczne opisy inności na konkretnych przykładach.

A przykłady wybrała doskonałe. Ferdynand Ossendowski i jego wyprawa do Afryki Środkowej, inspirowana Livingstonem i Stanleyem z 1924-25 roku, której jednym z zamiarów było zebranie etnologicznej dokumentacji fotograficznej. Ferdynand Goetel, który mniej więcej w tym samym czasie przebywał w Egipcie, zmagając się z licznymi już w tych czasach europejskimi turystami. Następnie znany rowerzysta, Kazimierz Nowak, podróżnik o wiele dojrzalszy w dociekaniu i sądach o odwiedzanych miejscach, niż niejeden jego rówieśnik. Jan Józef Szczepański, który podróżował z portu do portu statkiem podczas powolnego rozpadu kolonialnej Afryki. To on rozmyślając o akcie fotograficznym, coraz mniej traktował go w kategoriach dokumentu, zmierzając się zarazem z wczesną kodakoizacją i problemem szacunku wobec fotografowanych ludzi bądź miejsc. No i nie dałoby się napisać takiej książki, gdyby zabrakło rozdziału o Ryszardzie Kapuścińskim i jego podejściu do utrwalania Afryki na zdjęciach. Rozdział to ciekawy, albowiem poszerzony o rozważania na temat komplementarności reportażu pisanego i fotograficznego. Kapuściński był wielkim przeciwnikiem łączenia tekstu i zdjęć pod jedną okładką.

 

Na koniec autorka omawia powinności reportera, funkcje reportażu pisanego i fotograficznego oraz granice dokumentalizmu na przykładach zdjęć Wojciechów Jagielskiego i Tochmana. Warto zauważyć, że w „Nocnych wędrowcach” fotografie nie zostały nawet podpisane, co można próbować łączyć z przyznaniem się Jagielskiego do tworzenia bohaterów złożonych z wielu biografii i historii. Prosta piłka. W takich przypadku nie ma czego podpisywać.

Zbiorowi bohaterzy są coraz powszechniejszą metodą tworzenia reportaży. W związku z taką ewolucją pisanej gałęzi gatunku, należy zastanowić się głębiej nad tym, co jest sensem, a co istotą narracji? Szukając odpowiedzi na to pytanie, autorka przytacza słowa Susan Sontag o fotoreporterach: „By być profesjonalistą dzisiaj, trzeba umieć manipulować, trzeba być cynicznym”. Po czym komentuje to w następujący sposób: „Wydaje się, że reporter musi czynić podobnie. Zrywanie z czytelniczymi przyzwyczajeniami: alinearność narracji, poetyka szoku, funkcjonalizacja i ironia, wodzenie czytelnika na granice wytrzymałości emocjonalnej – wszystkie te elementy techniki reporterskiej, chociaż bliższe manipulacji niż tylko unaocznieniu, są dziś akceptowalne. Służą bowiem szczytnym celom – mają budzić sprzeciw wobec obojętności, uwrażliwiać na widok cudzego cierpienia”. Zdaje się, że Kinga Siewior widzi w tym wartość, podkreślając w ostatnim zdaniu książki, że tylko te słowa i obrazy, które nas kłują, są prawdziwe. Nie byłbym tego taki pewien, niemniej warto o tym pamiętać, czytając i oglądając współczesne reportaże, bo to one wyrabiają nasz obraz Afryki. Kłującej Afryki.

 

Kinga Siewior bardzo zgrabnie przeskoczyła przez XX-wieczną przemianę relacji reporterskiej i ta zgrabność jest wielką zaletą jej książki. Inaczej usnęlibyśmy z nudów. Wielką wadą jest brak choćby jednej fotografii – czytamy o zdjęciach bez możliwości prostej konfrontacji tych słów z obrazem. To jest zarzut nie tyle do autorki, co do projektantów książek w naukowych wydawnictwach – czasem lepiej stworzyć trochę droższą pozycję, lecz pełniejszą. Apeluję.

Podsumowując, warto odnotować, że fotografia jest coraz częściej narażona na zarzuty natury estetycznej, etycznej i ideologicznej, a jednocześnie jest ona coraz powszechniejszym naszym towarzyszem. Dlatego dobrze jest sięgnąć po anatomię podróżniczej fotografii w pigułce. Można dzięki niej na nowo przemyśleć rolę aparatu fotograficznego podczas naszych wyjazdów, dajmy na to, na afrykański szlak.

 

Kinga Siewior, „Odkrywcy i turyści na afrykańskim szlaku. Fotografia w polskim reportażu podróżniczym XX wieku”. Universitas, Kraków 2012 r.