dwutygodnik internetowy
22.02.2016
magazyn papierowy


Niebezpieczne związki. Po co konserwatystom małżeństwa jednopłciowe? Zapis debaty

W logikę związku partnerskiego jest wpisane to, że można go łatwiej rozwiązać. Trwałe związki są fundamentem ładu społecznego. Wewnątrz tych związków ludzie zobowiązują się do troski o siebie nawzajem, do codziennej pomocy, wspólnego radzenia sobie z trudami życia, ale też do wsparcia, szczególnie w sytuacjach kryzysowych – długotrwałego bezrobocia, choroby, niedołężnej starości. Wydaje się, że tylko trwały związek małżeński, w założeniu dozgonne zobowiązanie, jest w stanie tę funkcję spełnić.

Ilustr.: Joanna Grochocka

ilustr.: Joanna Grochocka

Prezentujemy skrócony i zredagowany zapis debaty, która odbyła się 14 grudnia 2015 roku, wokół 29. numeru papierowego Magazynu Kontakt, zatytułowanego „Niebezpieczne związki”. W debacie wzięli udział: dr. hab. Mariola Bieńko, Cezary Gawryś, Maciek Onyszkiewicz i Vyacheslav Melnyk. Dyskusję poprowadził Cyryl Skibiński.

 

CYRYL SKIBIŃSKI: Podczas dyskusji nad wprowadzeniem małżeństw jednopłciowych w Wielkiej Brytanii premier Cameron, konserwatysta, powiedział: „Popieram małżeństwa jednopłciowe nie pomimo tego, że jestem konserwatystą, popieram je właśnie dlatego, że jestem konserwatystą”. Maciek Onyszkiewicz w swoim tekście powiedział coś więcej – poparł ideę małżeństw jednopłciowych, ale jednocześnie sprzeciwił się związkom partnerskim…
MACIEJ ONYSZKIEWICZ (MAGAZYN KONTAKT): Chociaż „Kontakt” jest pismem odwołującym się do katolicyzmu, a numer „Niebezpieczne związki” kręci się wokół synodu biskupów, to mój artykuł dotyczył rozwiązań prawnych i nie czuję się kompetentny, żeby wypowiadać się na temat rzeczywistości sakramentalnej. Chciałem skupić się na rozwiązaniach ustawowych. Na jakie konserwatywne wartości się powołuję? Przede przekonanie o wartości trwałego, w założeniu dozgonnego i odpornego na pokusę łatwego rozstania związku. Starałem się praktycznie argumentować swoje tezy. Uzasadniałem wartość trwałego związku na dwóch płaszczyznach: po pierwsze wychodząc z argumentacji społecznej – wierzę, że trwałe związki są fundamentem ładu społecznego. Wewnątrz tych związków ludzie zobowiązują się do troski o siebie nawzajem, do codziennej pomocy, wspólnego radzenia sobie z trudami życia, ale też do wsparcia, szczególnie w sytuacjach kryzysowych – długotrwałego bezrobocia, choroby, niedołężnej starości. Wydaje się, że tylko trwały związek, w założeniu dozgonne zobowiązanie, jest w stanie tę funkcję spełnić.

Drugi aspekt dotyczy potrzeby trwałego zakorzenienia instytucjonalnego, które jest niezbędne, żeby budować swoją tożsamość, będącą czymś więcej niż tylko spojrzeniem na siebie tu i teraz, ale pozwalającą postrzegać całe swoje życie jako proces i serię związków przyczynowo–skutkowych. Wydaje się, że obecnie instytucji, które mogą coś takiego zapewnić, jest stosunkowo niewiele. Kiedyś była to praca czy miejsce zamieszkania, z którymi było się związanym przez całe życie. Teraz małżeństwo i rodzina są w odwrocie, ale jednak są to jedne z niewielu instytucji, które właśnie mają gwarantować takie trwałe zakorzenienie. Kolejnym argumentem konserwatywnym, do którego się odwołuję, jest w ogóle przywiązanie do instytucji, która już jest sprawdzona i w której nauczyliśmy się już funkcjonować, a którą jest małżeństwo. Jest z tym związana obawa, że małżeństwo miałoby być wyparte przez inną instytucję, o której nie wiemy, czy ona będzie w stanie równie dobrze realizować te funkcje, które rodzina i małżeństwo realizują dzisiaj.

CS: Dlaczego uderzasz w związki partnerskie?

MO: W logikę związku partnerskiego jest wpisane to, że można go łatwiej rozwiązać. Jest mniej trwały i stabilny niż tradycyjne małżeństwo. Mam świadomość, że poruszam się po dosyć śliskim gruncie, dlatego że badania empiryczne nie pokazują całkowicie tej rzeczywistości. Na przykładzie Francji jesteśmy w stanie stwierdzić, że związków partnerskich jest coraz więcej, w większości są to związki heteroseksualne, a liczba małżeństw gwałtowanie spada. Natomiast absolutnie nie wynika z tego, że liczba małżeństw spada właśnie przez związki partnerskie. Wydaje mi się, że jest to jedna z przyczyn, ale na pewno nie jedyna i na pewno nie główna. Jeżeli chodzi o trwałość tych związków też nie mamy jednoznacznych danych. Wprawdzie dane z 2013 roku wskazują, że związki partnerskie we Francji rozpadają się równie często jak małżeństwa, tylko że większość tych związków została zawarta w ostatnich kilku latach. Jest to perspektywa, która mówi, że być może związki partnerskie są trwałe w czasie kilku pierwszych lat, a nie wiemy, jak się sprawdzają w dłuższej perspektywie. Wydaje mi się to dosyć zdroworozsądkowe i spójne myślenie, że instytucja, którą łatwiej rozwiązać, która daje mniejsze przywileje i uprawnienia, jest bardziej narażona na rozstanie niż tradycyjne małżeństwa.

CS: Czy to jest rozwiązanie satysfakcjonujące dla organizacji walczących o prawa mniejszości seksualnych? Małżeństwa, a nie związki partnerskie?

VYACHESLAV MELNYK (KAMPANIA PRZECIW HOMOFOBII): Kampania Przeciw Homofobii od lat już postuluje takie rozwiązanie jak związek partnerski, dostępne dla par homoseksualnych. Jest to opisane w naszej strategii na lata 2014–2017. Małżeństwa osób tej samej płci widzimy w perspektywie dalekosiężnej, nie ukrywamy, że jest to celem, do którego dążymy. Natomiast teraz próbujemy uregulować najbardziej podstawowe kwestie, jakimi są: dziedziczenie po sobie, wizyta partnera czy partnerki w szpitalu – można je uregulować w takich instytucjach jak związek partnerski – więc, odpowiadając na pytanie: w tej chwili myślimy, że najbardziej pragmatycznym i praktycznym rozwiązaniem byłyby związki partnerskie, natomiast równość małżeńska jest długoterminowym celem. W Polsce jest wiele organizacji pozarządowych, które bezpośrednio postulują małżeństwa jednopłciowe. Są tutaj przedstawiciele organizacji „Miłość Nie Wyklucza”, która to hasło niesie na swoich sztandarach już od paru dobrych lat. Środowisko LGBT jest bardzo różnorodne i mamy tyle propozycji rozwiązań, ile grup. Natomiast są organizacje, które patrzą w krótszej, bardziej praktycznej perspektywie, a są takie, które podzielają zdanie redaktora Onyszkiewicza, że małżeństwo to rozwiązanie zarówno praktyczne, ale też potrzebne parom jednopłciowym na tę chwilę.

CS:  Chciałbym zapytać redaktora Gawrysia, co on, jako publicysta katolicki, myśli, kiedy słyszy postulat dopuszczenia przez prawo małżeństw jednopłciowych?

CEZARY GAWRYŚ („WIĘŹ”): Chciałem zastrzec, że odpowiem nie jako publicysta katolicki, bo to by sugerowało, że reprezentuję tutaj stanowisko kościoła katolickiego. Jestem katolikiem głęboko wierzącym, ale jednocześnie po prostu publicystą. Na podstawie wieloletniego już doświadczenia towarzyszenia osobom homoseksualnym oraz czytania i myślenia na temat ich sytuacji egzystencjalnej, społecznej, doszedłem do wniosku, że jakieś rozwiązanie instytucjonalne jest jak najbardziej potrzebne i wskazane. Z całą pewnością sytuacja osób homoseksualnych w społeczeństwie polskim, w większości katolickim, jest mówiąc eufemistycznie niekomfortowa i rozumiem postulaty takich organizacji jak „Kampania przeciw homofobii”. Uważam, że wprowadzenie rozwiązania prawnego, nowej instytucji, która sankcjonowałaby związki osób tej samej płci oparte na wzajemnej miłości i pragnieniu towarzyszenia sobie, poprawiłoby ich sytuację w społeczeństwie. Uniemożliwiłoby używanie języka pogardy, nienawiści i przeciwdziałałoby negatywnym stereotypom opartym na nieznajomości takich osób, ponieważ podczas ceremonii zawarcia związku te osoby ujawniałyby się i w swoim środowisku, i wobec całego społeczeństwa.

Zasadniczo podzielam intencję Maćka Onyszkiewicza i jego diagnozę, że w naszym społeczeństwie są pewne zjawiska cywilizacyjne, które sprawiają, że ludzie z trudnością budują w swoim życiu coś trwałego i że często odbija się to negatywnie na budowaniu relacji małżeńskich czy partnerskich. Uważam, że jeśli już wprowadzać nową instytucję sankcjonującą prawnie związek osób tej samej płci, to powinna być zbliżona do zobowiązania, jakie składają sobie nawzajem małżonkowie, a nie do luźnego związku partnerskiego, który można rozwiązać jednym kliknięciem. Wydaje mi się, że jest to pójście na łatwiznę i usankcjonowanie bylejakości relacji międzyludzkich i banalizacji zobowiązań. Natomiast zdecydowanie sprzeciwiam się (nie tylko jako publicysta katolicki, ale też osobiście) nazywaniu tej instytucji, stworzonej przez prawo cywilne dla związków osób tej samej płci, małżeństwem. W naszej cywilizacji opartej na korzeniach judeochrześcijańskich, filozofii greckiej i prawie rzymskim instytucja małżeństwa powstała jako związek mężczyzny i kobiety, którego celem jest wspólne życie oparte na uczciwości, wierności, bliskości, miłości, mające na celu zrodzenie i wychowanie nowego życia, czyli założenie rodziny. To, że rodzina jest idealnym, absolutnie niepowtarzalnym środowiskiem dla wychowywania człowieka, dla wzrastania człowieka, a tym samym dla trwania kultury i społeczeństwa, to w moim przekonaniu jest zupełnie bezdyskusyjne. Rozszerzanie pojęcia małżeństwa o związki jednopłciowe byłoby moim zdaniem wprowadzaniem zamieszania w naszej kulturze. Uważam, że forma instytucjonalna, jaką nasze cywilizowane społeczeństwa zachodnie w tej chwili próbują wprowadzić, kierując się poczuciem sprawiedliwości wobec osób orientacji homoseksualnej, powinna mieć inną nazwę.

CS: Na jakie potrzeby odpowiada heteroseksualny związek partnerski, na które nie może odpowiedzieć małżeństwo? Skąd taki boom na związki partnerskie wśród par heteroseksualnych?

DR HAB. MARIOLA BIEŃKO (ISNS): Wydaje mi się, że toczymy tę dyskusję dość paternalistycznie. Pamiętajmy, że związek jest pewną umową społeczną. Dzisiaj jest umową w sensie dosłownym, ludzie się tak naprawdę umawiają co do pewnych rzeczy. W debacie publicznej na ten temat problemy pojawiają się, kiedy mówimy o poczęciu życia, o dzieciach. Kiedyś w scenariuszu małżeństwa oczywiste było, że ludzie chcą mieć dzieci, chcą zalegalizować związek po to, aby móc wypełniać pewne obowiązki i korzystać z praw. Wszystkie te związki, które dzisiaj nazywamy alternatywami, zawsze istniały. Jest tylko jedna podstawowa różnica, że dzisiaj stawiamy je na równi, próbujemy właśnie porównywać małżeństwo do związku partnerskiego, rangować, hierarchizować. Kiedyś było oczywiste, że małżeństwo stoi dużo, dużo wyżej ponad wszelkimi związkami niezalegalizowanymi i nie podlegało to dyskusji. Kolejna kwestia – wydaje nam się, że małżeństwa kiedyś były bardziej trwałe niż dzisiaj. Pamiętajmy, że ludzie żyli krócej i małżeństwa krócej trwały. Dzisiaj pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, które można przeżyć w małżeństwie, to piękny staż. Tylko że te małżeństwa kiedyś też nie były takie trwałe. Ludzie umierali, mężczyźni wchodzili w ponowne związki małżeńskie, kobiety szły do klasztoru albo także jako wdowy decydowały się na związek. Tak naprawdę dzisiaj ludziom nie chodzi o trwałość, ale o jakość tych związków. Tutaj jest punkt ciężkości. Kiedyś małżeństwa rzeczywiście trwały, ponieważ taka była obyczajowość, rozwody miały niższy poziom akceptowalności. Dzisiaj w Polsce rośnie liczba ludzi, którzy uznają, że rozwód jest dopuszczalny. Myślę, że w tym chaosie, który Beck nazwał „normalnym chaosem miłości”, umówienie się co do nazwy tych związków jest najmniejszym problemem.

CS: Cezary Gawryś zadeklarował nie jako publicysta katolicki, ale jako człowiek głęboko wierzący, że jest zwolennikiem wprowadzenia jakiejś formy związków jednopłciowych byleby nie nazywały się małżeństwami. Chciałem zadać pytanie, jak pan radzi sobie z nauką Kościoła. Nie bardzo widzę pole, by w ramach tego, co Kościół mówi, znaleźć miejsce dla jednopłciowych związków. Otóż „Akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane, są one sprzeczne z prawem naturalnym, wykluczają z aktu płciowego dar życia, nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej, w żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane”. Potem dowiadujemy się, że homoseksualizm jest obiektywnie nieuporządkowany, że takie osoby wezwane są do życia w czystości. Rozumiem, że można z tego wyczytać, że miłość homoseksualna nie istnieje i trzeba żyć w celibacie. To jest droga homoseksualisty w kościele.

CG: Zacznę od opowiedzenia o swoim doświadczeniu. Towarzyszyłem pewnemu młodemu człowiekowi, który jest lekarzem psychiatrą, człowiek zrównoważony, wyważony, bardzo ambitny, spełniający się zawodowo. Wychował się w tradycyjnej rodzinie katolickiej, był w grupie oazowej, potem przeszedł szereg terapii i w końcu doszedł do wniosku, że akceptuje swoją seksualność jako dar od Boga i że będzie się realizował, jako człowiek głęboko wierzący, właśnie w ten sposób. Znalazł przyjaciela i ponieważ dowiedziałem się o tym od niego, zaprosiłem, żeby do nas przyszedł na kolację. Opowiadali o swojej podróży do Werony, gdzie odwiedzili dom Romea i Julii, i Andrzej, mój przyjaciel, pokazywał ich zdjęcia i na jednym zdjęciu był jego przyjaciel – nazwijmy go Darkiem – i mówi: „A to jest moja Julia”. To było niesamowicie dla nas, małżonków z dużym stażem, przejmujące przeżycie – po prostu okazywaliśmy naszą pełną akceptację, radość, zrozumienie. Potem Andrzej do mnie zadzwonił i powiedział: „Wiesz, Cezary, dla nas to było tak jak zaręczyny, wizyta u was”. To mi uprzytomniło, jak potrzebne jest tym osobom przeżycie akceptacji przez społeczeństwo. Oni akurat, ani jeden, ani drugi, nie mogą się przed swoimi rodzicami ujawnić, nie chcąc ich poddawać zbyt bolesnej próbie, kierując się po prostu miłością, wyczuciem, a my byliśmy takimi jakby pararodzicami. Uświadamia mi to, jaka jest potrzeba rytuału. Jesteśmy wszyscy uspołecznieni i nie jesteśmy samotnymi wyspami, nie wystarcza nam prywatność i dlatego postulat, wulgarnie wyrażany: „Siedźcie cicho, nie pokazujcie się, róbcie co chcecie, ale w swoim domu” jest nie do przyjęcia, urąga ludzkiej godności i naturze ludzkiej. Człowiek ma potrzebę ujawnić, czym żyje i kim jest. Potrzeba rytuału i uważam, że forma legalizacji związku przez państwo, nie mówiąc na razie w ogóle o Kościele, jest bardzo potrzebna.

Przechodząc do pytania, uważam, że w książce „Wyzywająca miłość”, którą przygotowaliśmy razem z Katarzyną Jabłońską, przyjęliśmy na wstępie założenie, że trzymamy się Ewangelii i katechizmu jako chrześcijanie i zadajemy pytanie, co powinniśmy zrobić i co powinien zrobić Kościół, żeby zrealizować postulat, który jest wyrażony w katechizmie, a którego pan Cyryl nie wyczytał, że osoby, niezależnie, czy są chrześcijanami czy nie, mamy traktować z szacunkiem, delikatnością i współczuciem. Od razu dodam, że współczucie budzi kontrowersje, bo się kojarzy z litością, z poczuciem wyższości. Ja współczucie rozumiem – myślę, że zgodnie z intencją autorów katechizmu – jako autentyczną miłość bliźniego. Każdy drugi człowiek  zasługuje na współczucie, bo każdy jest skazany na ludzki los pełen cierpienia, który kończy się śmiercią, i każdy zasługuje na współczucie, czyli na empatię, na zauważenie, niezależnie od tego, czy ta udręka wynika z orientacji seksualnej czy z innych powodów. Jednym słowem szacunek, delikatność i miłość. Od tego jako wspólnota jesteśmy jeszcze bardzo daleko, przynajmniej w Polsce. W książce nasi bohaterowie jednak idą dalej i mówią, jaki ból, jakie rozdarcie, powoduje w nich nauczanie Kościoła i właśnie opinie wyrażone w katechizmie, które zostały przytoczone.

Co to znaczy, że akty homoseksualne są wewnętrznie nieuporządkowane? „Nieuporządkowane” to tyle co złe, niemoralne. „Wewnętrznie” to znaczy ze swojej istoty, a wiemy, że w teorii moralnej rozpatruje się czyn człowieka, który od osoby jest nieodłączny. Warto wspomnieć chociażby „Osobę i czyn”, podstawowe dzieło Karola Wojtyły. Osoba wyraża się w czynie, dlatego też to rozróżnienie, że my rozróżniamy grzech od grzesznika, jest bardzo trudne do realizacji w praktyce, a już w stosunku do osób homoseksualnych, które homoseksualność uważają za swoją tożsamość, to już jest w ogóle ekwilibrystyka – potępić grzech, a nie potępić grzesznika. W teologii moralnej uważa się, że istnieje trójkąt – jest przedmiot czynu, intencja sprawcy i okoliczności. Dopiero rozważając wszystkie te elementy, można dokonać oceny moralnej i w Ewangelii znajdujemy wymowne potwierdzenie – Jezus przecież prowokował swoich słuchaczy, zwłaszcza faryzeuszy i uczonych w piśmie, którzy byli rytualistami, formalistami i hipokrytami. Najświętszym przykazaniem dla ówczesnych wyznawców judaizmu było przykazanie szabatu, obwarowane tym, że nie wolno wykonywać w ogóle żadnych czynności, a Jezus pytał: „Czy jeśli w szabat twój wół albo twój syn wpadnie do studni, to go nie uratujesz?”. Oczywiście. I czy będzie to czyn niemoralny, nieuporządkowany wewnętrznie? Nie, będzie to czyn dobry, dlatego że liczy się intencja i okoliczności. Kościół w odniesieniu do osób homoseksualnych głosi strasznie pesymistyczną wizję aktów homoseksualnych, już pomijam, czy chodzi o akty genitalne czy po prostu o okazywanie czułości, przecież ekspresja seksualna ma bardzo różne formy. Zaczyna się od spojrzenia, od dotknięcia, od przytulenia, prawda? Czy to wszystko jest od razu złe? Mało tego, skłonność homoseksualna jest obiektywnie nieuporządkowana…

Kościół nie używa terminu „orientacja”, stosowanego przez naukę i mającego uzasadnienie począwszy od XIX wieku, kiedy pojawiło się pojęcie homoseksualizmu. Przedtem były tylko akty homoseksualne, które miały różną funkcję – na przykład zwycięscy wojownicy gwałcili pokonanych i to był akt upokorzenia. W opowieści o Sodomie – dlaczego oni chcieli zgwałcić gości? Ponieważ chcieli ich upokorzyć, było to złamanie przykazania o szacunku dla gościa, a wcale nie musiało być wyrazem popędu homoseksualnego. Pojęcie homoseksualizmu pojawia się dopiero w XIX wieku i oznacza orientację, czyli tożsamość, osobowość. Chodzi nie tylko o to, że jestem zdolny do aktu homoseksualnego, ale i to, że mogę zakochać się tylko w takiej osobie, że to jest dla mnie niesłychanie ważne. Kościół nie chce nazwać tego orientacją, bo orientacja czy kondycja to znaczy struktura człowieka, natura, los, coś całościowego. Autorzy katechizmu zasadniczo używają słowa „skłonność”. Można mieć różne skłonności. Dobre, złe, skłonność do spania długo, skłonność do drapania się w ucho, skłonność do gromadzenia pieniędzy, no i taka skłonność homoseksualna. Ale to jest przecież coś więcej niż skłonność! Nad skłonnością mogę zapanować i mogę ją zwalczyć w sobie. A czy ja mogę zwalczyć w sobie orientację homoseksualną? Kościół używa tu eufemizmów, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, mówi o „głęboko zakorzenionej” skłonności. Głęboko – to znaczy takiej nie do wyrwania, prawda? To znaczy więc, że one są obiektywnie złe. To jest pesymistyczna wizja człowieka. A przecież natura ludzka jest dobra. A co mówi święty Tomasz? „Gratia supponit naturam – łaska buduje siłę na naturze”, bo natura jest dobra, tylko skażona grzechem pierworodnym, więc potrzebna jest łaska, żeby ją wspomogła. Dlatego łaska Boża jest niezbędnie potrzebna do zbawienia. Ale natura nie jest zła, a tutaj okazuje się, że natura osób homoseksualnych jest zła. Moja konkluzja jest taka, że sformułowania katechizmu wprowadzają nas w sytuację intelektualnego klinczu i uważam, że z czasem będzie to zmienione, tak jak Kościół zmienił swój stosunek do roli kobiet w społeczeństwie, do demokracji, do wolności, do niewolnictwa. Jestem przekonany, że jeżeli kultura ludzka pójdzie w tym kierunku, żeby stworzyć instytucję i rytuał dla usankcjonowania wiernej, trwałej miłości między osobami homoseksualnymi, to i Kościół z czasem znajdzie jakąś formę błogosławienia tych par.

CS: I dopuszczenia do sakramentów?

CG: Oczywiście, że tak. Cały problem, który podnosi papież Franciszek i dlatego budzi taki opór, to zauważenie, że sakrament to sakrament grzeszników. Przecież idziemy na eucharystię po to, aby karmić się życiem, śmiercią, zmartwychwstaniem Chrystusa. Nim samym mamy się karmić, bo on jest łaską. Czym jest łaska? Dawniej teologowie mówili: „Łaska to jest mikstura, lekarstwo, które płynie od pana Boga do nas”. Teraz teologowie mówią: „Łaska to obecność samego Boga, to Duch Święty”. Dlatego wśród traktatów dogmatycznych nie ma osobnego traktatu o łasce, tylko jest jeden traktat o Duchu Świętym i łasce. Więc jeżeli łaska jest do zbawienia niezbędnie potrzebna, to niezbędnie potrzebna jest Eucharystia, a kościół swoim jurydyzmem i dogmatyzmem jurydycznym, stawiając warunki nie do spełnienia, wyklucza pewne kategorie ludzi wierzących z karmienia się łaską.

 

Cały numer „Niebezpieczne związki” można przeczytać tutaj.