dwutygodnik internetowy
14.07.2014
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nie zabierajcie nam Baryki

Adam Michnik ma prawo nie być skłonnym do krytyki państwa, które w dużej mierze jest owocem działań jego środowiska. Paradoksalna jest jednak jego awersja do myślenia o polityce jako o polu kompleksowej przemiany rzeczywistości.

Ilustr.: Urszula Woźniak

Antek ma syndrom Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego. W taki sposób Adam Michnik ocenił wrażliwość wobec nierówności społecznych obecną w publicystyce swojego syna. Te słowa to świetny punkt wyjścia do refleksji nad tym, jak generacja założycieli wolnej Polski widzi politykę, oraz zaangażowanie społeczne pokolenia „dzieci III RP”.
 
Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” zabrał na jej łamach głos przy okazji hucznie obchodzonego miesiąc temu Święta Wolności. Postanowił lapidarnie rozprawić się z kolejnymi głosami krytyki wobec społecznego wymiaru transformacji, jakie pojawiały się ostatnio często w weekendowych wydaniach dziennika, na czele którego stoi. Wyraził smutek z powodu „braku równowagi” w opisie transformacji prezentowanym przez „Gazetę”. Wytknął niemalże intelektualną nieuczciwość Marcinowi Królowi za głośne słowa „byliśmy głupi”, oraz wykazywał bezcelowość żali Karola Modzelewskiego o reformy Balcerowicza. Z lekkim pobłażaniem skwitował, jako ciekawe, lecz nieżyciowe, rozważania profesorów Judta i Baumana o szkodliwości monopolu ekonomicznych zasad w myśleniu o społeczeństwie. Słowem, przedstawił po raz kolejny, w skróconej wersji, opowieść o bezalternatywności wyborów polityczno-ekonomicznych ostatnich lat. Za kwintesencję wywodu można uznać wspomnianą wyżej lekcję literatury, którą udzielił potomkowi, a można chyba wnioskować, że za jego pośrednictwem, całemu młodemu pokoleniu. Warto się jednak zastanowić, czy jej przekaz jest słuszny i czy „syndrom Baryki” to zespół objawów chorobowych, czy wręcz przeciwnie – oznaka intelektualnego zdrowia.
 
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba pokrótce odtworzyć portret głównego bohatera powieści Żeromskiego, czytanej do dziś obowiązkowo przez wszystkich polskich licealistów. Pierwsze, co przychodzi na myśl to nagląca potrzeba aktywnego uczestnictwa w historii, która na jego oczach gwałtownie przyśpiesza. Świadomość, że ma obowiązek reagować na wydarzenia tu i teraz, oraz zgodnie ze swoimi żarliwymi przekonaniami. Że lepszy jest udział, niż stanie z boku. Ta chęć życia doprowadza go najpierw do działań skrajnych, jak uczestnictwo w mrożących krew w żyłach praktykach rewolucyjnych, następnie każe udać się na linię frontu w wojnie z komunistami, kiedy indziej zaś stanąć w obronie chłopów z posiadłości własnego przyjaciela-ziemianina.
 
Postawa Baryki ewoluuje, gdyż pryncypialność idzie u niego w parze ze zdolnością do refleksji i umiejętnością reorientacji swoich działań pod wpływem rozmaitych doświadczeń i obserwacji. „Każde słowo budzi w nim kontr-słowo”. Kiedy widzi, że komunistyczny ideał gorzej wygląda w praktyce bakijskiego bruku, stać go na rozpatrzenie dotychczas odrzucanych obiekcji własnej matki wobec rewolucji. Mało tego, jest w stanie nawet oddać głos ojcu – piewcy archaicznego, sarmackiego patriotyzmu i dać się na swój sposób wciągnąć w jego mitologiczną opowieść o Polsce. Nie zgadza się na jednowymiarowe diagnozy i recepty, niezależnie czy oferowane są przez komunistów, czy przez „etosowego państwowca”, Gajowca. Stara się uczyć na błędach i szuka najlepszej możliwej drogi dla realizacji idei, w które głęboko wierzy.
 
A najważniejsze miejsce wśród nich zajmuje bez wątpienia poszukiwanie sprawiedliwości w stosunkach społecznych. Nie dające się zdusić przekonanie, że nie można się zgodzić na świat, w którym „jedni mają jadła tyle, że z niego urządzili kult, obrzęd, nałóg, obyczaj i jakąś świętość, a drudzy po to tylko żyją, żeby nie zdychać z głodu.” Przekonanie, które idzie w parze z wyniesioną z traumatycznego doświadczenia rewolucji pewnością, że głodni ostatecznie rzucą się do gardła sytym. I, co może najważniejsze, świadomość, że z tej krwawej jatki nie wyłoni się nowy, lepszy świat, bo „chory nie może przecie sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego chorego musi leczyć ktoś świadomy – lekarz”.
 
Wołanie o lekarza, który zadziała na rzecz polepszenia stosunków społecznych działając niejako „z wyprzedzeniem”, wyciągając wnioski z historii i z obserwacji patologii jakie w tych stosunkach występują, zdaje się świetnie korespondować z diagnozami Marcina Króla. Profesor historii idei przestrzegał ostatnio, że jeśli elity nie obudzą się z egoistycznego snu i nie przemyślą na nowo idei równości, może zdarzyć się „coś”, co wywróci obecne stosunki do góry nogami. Spójrzmy jednak na sprawę szerzej. To nieco paternalistyczne przekonanie o misji i odpowiedzialności elit, wpisuje się dobrze w polską tradycję inteligenckiej myśli i postaw. Wraz z wskazanymi wyżej elementami aktywnej postawy wobec świata, reprezentowanymi przez młodego polskiego inteligenta, który chce żyć sensownie i zgodnie z własnym sumieniem w czasach, które starają się mu to skutecznie utrudnić utożsamiają to, co najcenniejsze w intelektualnej historii Polski ostatniego stulecia. Połączenie tradycji walki o wolność z postulatem równości, próbę „wymyślenia świata na nowo” bez równania dotychczasowego z ziemią. Czy do tej koncepcji, nie nawiązywał na swój sposób marksistowski bunt Kuronia i Modzelewskiego, radykalne chrześcijaństwo ks. Jana Zieji i piękny odruch solidarności leżący u podstaw Komitetu Obrony Robotników? Można chyba postawić tezę, że „syndrom Baryki” to po prostu próba i odwaga życia w zgodzie ze swoimi przekonaniami i obserwacjami, oraz przemienienia rzeczywistości według najszczerzej wyznawanych poglądów. To syndrom nieustannej troski o społeczeństwo i przekonania, że należy myśleć o nim jako o całości, którą należy urządzić mądrze i sprawiedliwie.
 
Jeden z głównych twórców obecnej Polski i człowiek, który przez długi czas sprawował w niej swoisty „rząd dusz” ma prawo nie być skłonnym do krytyki państwa, które w znacznej mierze jest owocem projektu politycznego jego środowiska. Jest jednak paradoksem, gdy intelektualista, uznawany powszechnie za jednego z liderów wielkiej zmiany w naszej części Europy, wykazuje wyraźną awersję do myślenia o działalności politycznej jako o polu do przeprowadzenia kompleksowej przemiany rzeczywistości. Z poglądów Michnika bije rodzaj konserwatywnego determinizmu. Polska, Europa i świat są urządzone tak, jak są. Jeśli coś nie działa tak, jak trzeba to widać tak musi być. „Kto ma wizje, powinien pójść do lekarza psychiatry”, a każde dążenie do równości jest jak otwarcie drogi do gułagu. Jeśli są poważne problemy, jak wielkie bezrobocie wśród młodych, to należy myśleć o ich rozwiązaniu w sposób zadaniowy, a nie „poprzez kompleksową przemianę świata, która rzekomo uzdrowi świat”. Tak jakby kompleksowa przecież zmiana dokonana przez Michnika i jego pokolenie była ostatnią, którą należało przeprowadzić, a rozważanie o jakiejś kolejnej przemianie, było aberracją i działaniem szkodliwym. To prawda, że z idealizmem wiąże się niebezpieczeństwo doktrynerstwa, jednak wątpliwe, czy jest ono większym zagrożeniem niż pokusa bierności i relatywizowania każdej niesprawiedliwości i nieuczciwości. Zwłaszcza w czasach, gdy wśród zadowolonych z siebie elit obserwujemy raczej deficyt tej pierwszej postawy.
 
Cezary Baryka skończył tragicznie. Nie zgadzał się ani z rewolucyjnymi diagnozami młodych komunistów, ani z „polityką małych kroków” proponowaną przez Gajowca. Patrząc na zaślepienie obu stron widział przyszłość w perspektywie nieuchronnego wybuchu i był tą perspektywą przerażony. Zdecydował się więc na czyn rodem z romantycznego poematu. Popełnił de facto samobójstwo idąc na czele robotniczego pochodu na przeciw oddziałów policji. Można wyśmiewać tę decyzję i z pewnością nie jest ona tym, co z „dorobku” tego literackiego bohatera powinniśmy czerpać. Jednak i tu należy sobie postawić pytanie, czy tragiczna ironia dalszej historii naszego kraju nie przyznała racji jego diagnozie sytuacji? Wszak zarówno „Polska Gajowców”, czyli II RP, jak i „Polska Lulków” czyli PRL kończyły się spektakularnymi porażkami i pozostawiały po sobie całą masę nierozwiązanych problemów, które Baryka (a właściwie twórca tej postaci, Stefan Żeromski) przewidywał. Pierwsza – wielkie rozwarstwienie społeczne, wynikające z faktycznej władzy mieszkańców „polskich dworków”, druga – ekonomiczną zapaść i kulturalną degradację wynikającą z dominacji klas społecznie „chorych”…
 
Dlatego może dobrze byłoby, żeby Cezary Baryka nie pozostał tylko jedną z wielu nieco egzotycznych figur z licealnego kanonu lektur. Warto go odkurzyć i cieszyć się z tego, że bakcyle roznoszące jego „syndrom” nie wyginęły jeszcze całkowicie.
 
UWAGA! W czasie wakacji internetowa odsłona „Kontaktu” będzie ukazywać się raz na dwa tygodnie – co drugi poniedziałek. Serdecznie zapraszamy do lektury!

  • Anna Minkiewicz

    Nie uczęszczałam do polskiego liceum i nie czytałam ‘Przedwiośnia’, ale ten tekst mnie bardzo do tego zachęcił :-).

    Co do meritum sprawy, zgadzam się całkowicie z tezą petryfikacji pogładów redaktora Michnika i niestety większośći jego współtwórców nowej rzeczywistości polskiej.
    Wykonali oni niezmiernie ważne dzieło, za które chyba wszyscy jeśteśmi im wdzięczni, ale jak się okazuje, nie byli i dalej nie są w stanie obudzić się z wynikającej z tego auto-satysfakcji ‘pokonania komunizmu’. Jak gdyby komunizm był jedyną bolączką polityczną i społeczną i od 25 lat nic się nie zmieniło na całym świecie.
    Jest to dodatkowo smutne kiedy bierzemy pod uwagę fakt, że większość z nich to wykształceni intelektualiści, po których można było spodziewać się bardziej trzeźwego i otwartego spojrzenia na świat.

    Widzę tylko jedno wytłumaczenie tej petryfikacji, mianowicie zawężony cel ich zmagań sprzed 25 lat: chyba walczyli nie tyle o prawa człowieka i obywatelskie, o wolność myśli i słowa, co przeciwko komunizmowi. To wytłumaczyłoby, dlaczego tylu z nich po tym jak obalili komunizm, spoczęło w wygodnej auto-satysfakcji, uważąjąc chyba, że stworzyli we własnym kraju (i tej części Europy) nową rzeczywistość tak doskonałą, że już nie zostało nic do poprawienia. Oraz, że nie ponosimy żadnej odpowiedzialności za resztę świata.

    To wytłumaczyłoby, dlaczego nie protestowali przeciwko naszym krwawym, neo-kolonialnym zapędom w Iraku czy Afganistanie, dlaczego dalej uparcie popierają USA, jakgdyby tam od 25 lat nic się nie zmieniło, dlaczego wreszcie, np panowie Michnik i Wałęsa pozwalają sobie na to, aby osoby więzione w tajnym więzieniu w Starych Kiejkutach nazywać ‘terrorystami’ -choć jak narazie nie ma na to żadnych dowodów, a o conajmniej jednym (Abu Zubaidah) sam rząd USA już dawno przyznał, że takim nie był- i aprobować tortury na nich stosowane. Więc tylko nas nie wolno torturować i ofiar rządu rosyjskiego? Ludność reszty świata w razie potrzeby na nas nie ma co liczyć …

    Aż nie chce się wierzyć, jak daleko ci bohaterowie demokacji zdążyli oddalić się od społecznych, moralnych i etycznych zasad w które kiedyś ponoć wierzyli i które propagowali.