dwutygodnik internetowy
04.06.2012
magazyn papierowy


Kup
egzemplarz
Magazynu
kontakt
z tym
artykułem

Nabrani na Dyktatora

Czy można dopatrzeć się całkiem poważnej krytyki współczesnej demokracji w filmie, w którym co chwila sypią się niewybredne dowcipy – fizjologiczne, rasistowskie, seksistowskie i wszelkie inne „poniżej pasa”? Jak najbardziej, jeśli autorem filmu jest Sacha Baron Cohen.

Czy można dopatrzeć się całkiem poważnej krytyki współczesnej demokracji w filmie, w którym co chwila sypią się niewybredne dowcipy – fizjologiczne, rasistowskie, seksistowskie i wszelkie inne „poniżej pasa”? Jak najbardziej, jeśli autorem filmu jest Sacha Baron Cohen. Brytyjski komik, znany dotąd ze swoich wcieleń w role Borata, Ali G czy Bruno, w najnowszym filmie odchodzi od formy fikcyjnego dokumentu, będącej do tej pory jego znakiem firmowym. Niektórzy mogą czuć się zawiedzeni, że Cohen nie chce nikogo nabierać. No właśnie – czy na pewno nikogo?

Z pozoru „Dyktator” to film fabularny opowiadający historię Aladeena, władcy fikcyjnego północnoafrykańskiego państewka Wadiya. Aladeen i jego małe królestwo to miejsce, w którym kumulują się nagromadzone w zachodniej kulturze (przede wszystkim masowej) wyobrażenia na temat tego, jak wygląda współczesne „imperium zła”. Aladeen jest tyranem, którego hobby to wydawanie na śmierć kolejnych niewiernych poddanych, modelowanie według własnego widzimisię ustroju i kultury swojego kraju, oraz – rzecz jasna – rozwijanie programu atomowego. Przy czym największym zmartwieniem wodza jest to, czy czubek śmiercionośnej rakiety będzie szpiczasty, czy zaokrąglony. Kiedy nie dogląda prac nad bombą, Aladeen organizuje zawody sportowe, które sam wygrywa, albo gra w grę wideo dla terrorystów (misja: Monachium’72). Aladeen zostaje w końcu wezwany do Nowego Jorku na rozmowy rozbrojeniowe z przedstawicielami ONZ. Za kulisami tego spotkania szykuje się zamach na dyktatora. Główną rolę gra w nim jego prawa ręka – generał, który pod pozorem „przywrócenia demokracji” chce sprzedać dostęp do złóż ropy zachodnim i chińskim koncernom.

 

Jak zwykle w filmach Cohena, najciekawsze jest pytanie, które, jak w Rewizorze Gogola, pada w finale niemalże wprost: z kogo właściwie się śmiejecie? Zapadająca w pamięć scena przemówienia Aladeena przed zgromadzeniem ONZ rozwiewa te wątpliwości. Aladeen mówi niby o urokach dyktatury, ale całość jego przemówienia mogliby wydrukować sobie na transparentach przedstawiciele ruchów Occupy. W tym momencie jasne staje się, że choć film z pozoru udanie wyśmiewa różne aspekty dyktatury (ciekawe, jak zareagowaliby na niego obywatele, powiedzmy, Wenezueli albo Turkmenistanu), to w rzeczywistości gdzie indziej wymierzone jest ostrze jego satyry. Pokazując nam obraz „dyktatora idealnego”, ucieleśniającego wszystko to, co przyzwyczajonym do demokracji ludziom Zachodu wydaje się całym złem świata, Cohen wyśmiewa zachodnie przyzwyczajenia, wyobrażenia i mity, na których chcielibyśmy budować globalny porządek.

1989 rok, rok wielkiego zwycięstwa demokracji nad komunizmem, był dla Zachodu momentem przełomowym. To był „koniec historii”, bo od tego momentu punktem dojścia dla świata miało być połączenie liberalnej demokracji i wolnego rynku. Proces ten postępował dotychczas z wolna, ale systematycznie, a wciąż trzymający się władzy egzotyczni dyktatorzy – tacy jak filmowy Aladeen – utwierdzali Zachód w przekonaniu, że jego najważniejszym zadaniem jest „zaprowadzać demokrację” – a to w Iraku, a to w Afganistanie, a to na Białorusi.

 

Ten proces widać dość wyraźnie również w Polsce. Bezkrytyczna niemalże wiara w to, że nasze przejście od komunizmu do demokracji było pasmem sukcesów, każe nam czynić z naszego modelu punkt odniesienia dla innych państw, którym chcemy pomagać. „Polska Pomoc” – dla Ukrainy, Białorusi, ostatnio także Tunezji – ma być naszym flagowym okrętem nie tylko w formie karawan z pomocą humanitarną, ale także w dzieleniu się z innymi wiedzą o naszych sukcesach. Dobrze oddaje to nazwa powstałej w tym roku fundacji, mającej ten cel realizować – „Wiedzieć Jak”.

Ktoś powie – w czym problem? Czy to źle, że chcemy pomóc innym przez dzielenie się swoim doświadczeniem? Szkopuł w tym, że dopóki mamy komu pomagać i z kim się dzielić naszą wiedzą o tym, „jak to się robi”, dopóty pozostajemy utwierdzeni w przekonaniu, że nasz model rozwoju stanowi obowiązujący wzór. A to znacznie osłabia naszą umiejętność krytycznego oglądu owego modelu. Kryzys 2008 roku pokazał, że taki krytyczny ogląd jest nam potrzebny dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek.

 

Po drugie – i tutaj Sacha Baron Cohen idealnie trafia w swój czas – przekonanie, że demokracja liberalna jest nadal punktem odniesienia dla całego świata, coraz mocniej dziś się chwieje. Dziś świat jest znacznie bardziej wielobiegunowy, niż to bywało dawniej – prymat Europy to stare dzieje, dominacja USA również należy do przeszłości, bo skończyła się razem z XX wiekiem. Przykład Chin pokazuje nie tylko nam, ale także innym państwom, że nie trzeba wcale demokracji, by wkroczyć na ścieżkę rozwoju gospodarczego i cieszyć się z profitów, jakie daje kapitalizm. Oczywiście cieszą się tylko wybrani, ale nie zmienia to faktu, że nasz flagowy towar eksportowy – demokracja – przestał być utożsamiany z bogactwem i potęgą. I to jest moment, żeby przystanąć i spojrzeć na siebie samych. Francis Fukuyama, filozof, który stał za słynnym hasłem „końca historii”, dziś przekonuje, że Zachodowi potrzeba właśnie krytycznej refleksji nad obecnym modelem rozwoju. I podkreśla, że ruchy takie jak amerykański Ruch 99% czy Occupy, przyczyniają się istotnie do wytworzenia atmosfery do takiej refleksji.

 

Pytanie, które warto dziś postawić, brzmi: czy wkraczamy w wiek, w którym ludzie częściej będą wychodzić na ulice, by krytykować demokrację, niż by walczyć o jej zaprowadzenie w kolejnych częściach świata? Jak demokracja wyjdzie z tego „egzaminu dojrzałości”? Czy świat niedemokratyczny poradzi sobie bez nas i naszego wszędobylskiego neoliberalnego „wiedzieć jak”?
Odpowiedzi na te pytania nie znajdziecie w filmie „Dyktator”. Za to – ostrzegam – znajdziecie w nim całą garść bardzo niesmacznych dowcipów. Być może nieco za dużo, by dostrzec w filmie Cohena dzieło na miarę słynnego „Dyktatora” Charliego Chaplina. Ale i tak było blisko.